Straciłem głowę dla Puppeteer. Tytuł jest niesamowicie uroczy, piękny i zrobiony z rozmachem dużych produkcji, mimo iż akcja nie rusza się z desek sceny. Czego się jednak spodziewać po studiu, w którego szeregach stoją ludzie odpowiedzialni za Shadow of The Colossus? Toż to gwarancja wizualnie bajecznej, niezapomnianej przygody.

Już podczas ekranu tytułowego mamy wrażenie oczekiwania na spektakl. Narrator zapowiada przedstawienie, prosi o wyłączenie komórek, a w tle słychać ciche rozmowy widowni. W trakcie gry, stale widoczna jest podwiązana kurtyna i dolne reflektory oświetlające scenę. Widzowie udane akcje nagradzają oklaskami, wstrzymują oddech przy niebezpieczniejszych fragmentach oraz zanoszą się śmiechem od zabawnych docinków postaci. Pod wpływem tej gry aż chce się odwiedzić teatr lalek, a może i młodsi gracze przestaną patrzeć na takie miejsca, jako „nie mieliśmy lekcji i poszliśmy z klasą na głupie lalki zamiast do kina”. Zacznijmy jednak od początku. W Królestwie Księżyca, Królowa zostaje zdetronizowana przez swojego misia, który dostał ciągot do władzy. Pluszak wiedział, że jego wygrana była jedynie efektem zaskoczenia, więc zaczął porywać dusze dzieci z Ziemi i zaklinać je w lalki strzegące zamku. Gracz włada chłopcem imieniem Kutaro, którego złowrogi Miś Bandzior Królewski również zamienił w kukiełkę i odgryzł mu głowę. Teraz nasz dzielny bohater musi odzyskać łepetynkę i uwolnić więzione dusze rówieśników. By to zrobić, Kutaro musi pokonać zwierzęcych generałów Misia, zebrać ich okruchy księżycowego kamienia i obalić tyrana, w nadziei na odzyskanie swojej głowy i i powrotu do człowieczej postaci.

Donut-Level

Pomoże mu w tym kot wiedźmy Ezmy, Jin Jang (którego zastąpi później córka Słońca - Pikarina) oraz legendarne nożyczki Kalibrus. Nożyce stanowią główną broń małego bohatera, ale także służą jako narzędzie do pokonywania kolejnych lokacji. A tych jest całe zatrzęsienie. Cała gra składa się z siedmiu aktów zawierających po trzy sceny każdy. Przy wyborze, narrator opisuje co się dotychczas wydarzyło, a dodając, że przejście jednej takiej sceny zajmie nam dobre pół godziny, łatwo wyliczyć, że jednorazowe przejście gry wyrwie nam z życiorysu ponad dziesięć godzin. Do tego dochodzi szukanie sekretów i dodatkowych główek oraz uwalnianie dusz innych dzieci. To jedna z niewielu gier, które wypinają się na zasadę „piękna, lecz krótka”. A piękna to ona też jest. Każdy z dwudziestu etapów szczyci się własną, wyjątkową scenerią, często nie tylko jedną. To wciąż teatr lalek, więc efekty, jak dym czy ogień, występują w postaci rysunkowych odpowiedników (przez które możemy przecinać się Kalibrusem i dostawać się do nowych lokacji), co utrzymuje tylko w przekonaniu, że wylewający się z ekranu artyzm jest efektem pracy mistrzów stylistyki. Muzyka przypasowuje się do odmiennych scenerii, jednak nie dorasta to wpadających w ucho motywów z LittleBigPlanet czy ostatnich Raymanów.

Początkowo mamy jedynie nożyce, lecz niemal każdy akt oferuje coś nowego. Bomby, lina z hakiem (przyciągając nią przeciwników, aż chce się krzyknąć „Get over here!”), tarcza do obrony - i nic z tego nie zostaje zapomniane po chwili! Do końca gry korzystamy stale z wszystkich dostępnych umiejętności, co wcale nie jest takie oczywiste i popularne w podobnych grach. Monotonii tu zdecydowanie nie uświadczymy. Rolę "marianowych" monet pełnią tu księżycowe iskry. Za każdą setkę otrzymamy kolejną szansę (na wypadek śmierci), a znajdziemy je dosłownie wszędzie. Tutaj wchodzi rola gracza numer dwa. Jako towarzysz naszego bohatera występuje Jin Jang lub Pikarina, którymi władamy prawą gałką pada i jednym przyciskiem odpowiadającym za interakcję. Zaprzęgnięcie do co-opa partnera niesie jednak wiele korzyści. Przede wszystkim, druga osoba ma możliwość używania PlayStation Move, jak i zwykłego pada. Jej rola przestaje się ograniczać do interakcji z elementami otoczenia (co skutkuje krótką animacją poruszanej scenografii i kilkoma iskrami lub główką), a zyskuje możliwość zbierania tychże iskier i przekazywania ich protagoniście. Potrafi także niszczyć i wyłączać większość przeszkadzajek oraz urywać głowy niemilcom, więc gra może wydać się zbyt łatwa w takiej konfiguracji, jednak wypada to świetnie podczas pomagania swojemu dzieciakowi, grającemu jako Kutaro, który ma wrażenie, że wszystko robi zupełnie sam i rozpiera go z tego powodu duma.

5

Nasz bohater nie ma głowy, toteż będzie musiał sobie znaleźć jakiś substytut. Twórcy zamieścili aż sto różnych łebków (yeti, bałwan, małpa, rewolwer...), których kolekcją możemy się napawać, wybierając odpowiednią opcję w menu. Przeczytamy tam też wskazówki pomagające znaleźć pominięte główki, jak na przykład „Akt 2, Scena 3 - Kto by pomyślał, że tygrys może być uczulony na koty?”. Łepetynki pełnią również funkcję pozostałych żyć i ułatwień. Mając ich do trzech naraz, przy otrzymaniu obrażeń tracimy makówkę i mamy kilka sekund na jej dorwanie lub znika. Przemierzając kolejne plansze, możemy napotkać miejsca, gdzie gra zasugeruje użycie odpowiedniej z nich, co wynagrodzi księżycowymi iskrami, dodatkowymi główkami, możliwością łatwiejszej ścieżki przez dany etap bądź ułatwi walkę z bossem. I teraz wyjaśnię ten tekst o GoWie. Chociaż większość czasu spędzimy na lataniu po platformach, to walki z bossami są najbardziej przemyślane i efektowne. Na początku musimy znaleźć określony sposób na większego od nas generała, a po dostatecznym go osłabieniu, włączamy finisher QTE. Scenki te są niezwykle rajcujące - kamera zbliża się za plecy naszej kukiełki , a wtedy cała technika operowania nożycami, unikania potężnych ataków i rozcinania szwów wrażych szefów skojarzy Wam się natychmiast ze kończącymi akcjami Kratosa. Zmienić tekstury, dodać hektolitry krwi i mamy rzeźnię na miarę serii God of War. Zdecydowanie najmocniejszy aspekt tytułu. W tego typu tytułach, dubbing stawi często „być albo nie być” w danym kraju. W grach dla dzieci lokalizacja kinowa nie wystarczy. Tutaj na szczęście jest wszystko. Aktorzy spisali się, utrzymując sztuczne przerysowanie rodem ze spektakli kukiełkowych, co może trochę denerwować starszych graczy, nie przyzwyczajonych do skrzeczenia z programów telewizyjnych dla najmłodszych. Na plus wypadają tłumaczenia nazw własnych - zamek Płaczewo (Castle Gistlestein), Miś Bandzior Królewski (Moon Bear King) czy zwykły, a jak fajnie brzmiący Generał Świnia.

Skeleton-Crow

Znalazło się nawet miejsce na walory edukacyjne, jak zabawna definicja komunizmu i jego wpływie na dietę, podczas kłótni narratora z Pikariną, czy używanie trudniejszych słów i wyjaśnianie ich przez profesora-flaminga - Mr. Pinka. Nie mogę też pominąć momentu, w którym przyjazny nam pirat, walcząc ze świnią nazwał ją „szkorbucim bekonem” czy ściganie się na koniu z pociągiem, gdzie narrator zamienia się w komentatora z wyścigów konnych. Jedynym mankamentem są piosenki śpiewane przez chórki, które zostały w angielskim oryginale, z polskim tłumaczeniem kinowym. Jeśli czytacie tę recenzję to muszą w najmniejszym stopniu interesować Was platformówki, a naprawdę ciężko o lepszy wybór niż Puppeteer. Świetnie wyważony poziom trudności i to skubnięcie QTE, zaznajomi początkujących graczy z padem. Coraz cięższe wyzwania nie pozwalają na nudę zaprawionym w boju, oprawa graficzna nie pozwoli Wam wyłączyć konsoli, a jest też przyjemny system kompletowania znajdziek dla lubujących się w zbieractwie. Jestem pewien, że będą próby odtworzenia poszczególnych poziomów z LittleBigPlanet z racji kilku podobieństw między tytułami, ale nie ma co bawić się w podróbki - to ogromny tytuł, który wart jest tej stówki z hakiem.