Patrząc na tytuł nietrudno domyśleć się, że w najnowszej grze Cambridge Studio naszym zadaniem jest zostanie gwiazdą szklanego ekranu. Droga do sukcesu i na czerwony dywan prowadzi przez serię programów telewizyjnych. Występy w nich sprawiają, że stajemy się coraz popularniejsi, a nasza gęba regularnie pojawia się na okładkach kolorowej prasy. Dosłownie będzie to nasza gęba, ponieważ na starcie gra robi nam kilka zdjęć i tak tworzymy swoje wirtualne ja. Do tego nagrywamy chwytliwy slogan, który postać będzie wygłaszać w odpowiednich momentach, a na koniec pozostaje jeszcze machnąć swój autograf (uwierzcie, pisanie za pomocą Move do łatwych nie należy) i możemy startować z tematem.

Do wyboru mamy kilka programów, a każdy z nich to zestaw mini gier. Jest zatem show traktujące o modzie, Let's Get Physical, czyli konkurencje fizyczne, polegające choćby na bieganiu po wielkim kole i unikaniu przeszkód, gotowanie z kucharzem-raperem i „budowlanka”, znaczy się program w stylu tych, gdzie ekipa remontowa odnawia czyjeś mieszkanie. Ponadto gdy zyskamy na popularności, dostajemy możliwość grania w różnorakich reklamach, poczynając od środka do czyszczenia toalet, a skończywszy na luksusowych autach. Każdy z programów ma swojego gospodarza i tu dają o sobie znać wspomniani celebryci. W harcach na wybiegu towarzyszy nam niejaki Franek Mediolanek grany przez Tomasza Jacykówa, a Ostry Chili De - raper i kuchta w jednym, przemawia głosem Jacka Granieckiego, czyli popularnego Tedego. Mamy też żeglarza Mateusza Kusznierewicza i niejaką Sashę Strunin, która rzekomo jest piosenkarką, choć w życiu o niej nie słyszałem. Generalnie brawo dla SCEP za pomysł, bo polska lokalizacja wyszła całkiem zgrabnie, a choćby Tede wypada fachowo i po prostu pasuje do granej postaci. To samo można powiedzieć o innych, choć Jacyków namawiający do kręcenia bioderkami jakoś niespecjalnie mi podszedł. Ale ja po prostu nie lubię faceta, więc najzwyczajniej w świecie jestem uprzedzony.

Lokalizacja zatem daje radę i szkoda, że rady nie daje cała reszta. Tu dochodzimy bowiem do smutnej prawdy - mini gry w TV Superstars starają się być zróżnicowane i stawiać przed nami wyzwanie, ale faktem jest, że kiepsko im to wychodzi. Wyobraźcie sobie wspomniane show o modzie. Całość polega na tym, że przebieramy swojego awatara w strój, który nam wcześniej pokazano. Potem możemy pomazać mu twarz szminkami i tuszami do rzęs, a następnie wychodzimy na wybieg i wszystko czego wymaga od nas gra, to głupkowate machanie PS Move w prawo i lewo. Żenada i choć z innymi mini grami jest nieco lepiej, to i tak trudno mówić o zachwytach. Znośne są konkurencje fizyczne, choć wystrzeliwanie naszego ludka do celu z katapulty, czy strzelanie kulkami z farbą w obrazek, który mamy pomalować, też niespecjalnie długo bawi. Gotowanie z Ostrym Chilli De to raptem cztery potrawy, a ich przygotowywanie przeplatane jest z rymowaniem. To jednak polega na prostym wychylaniu Move, wydaje się być dodane na siłę i niespecjalnie urozmaica pichcenie, które niestety jest gorsze niż w pierwszym lepszym Cooking Mama na Wii. Z kolei zabawa w remontowanie domu polega na takich czynnościach jak cięcie desek piłą, malowanie ścian wałkiem czy odrysowywanie szablonów sprejem. To również znudzi się Wam zanim podrapiecie się po tyłku. Podobnie jak granie w reklamach, które są równie proste jak pokazy mody i sprowadzają się do kręcenia kółek kontrolerem i nagrania hasła reklamowego. Choć akurat w tym przypadku efekt końcowy jest całkiem fajny, więc warto się nieco pomęczyć.

Cóż, jak widzicie, samego mięska nie ma w TV Superstars zbyt wiele. Nawet zebranie przy konsoli grupy znajomych niewiele da, bo od ekranu raczej wcześniej niż później zacznie wiać nudą. Zaserwowane tu mini gry nie potrafią przykuć do konsoli i sprawić, że z dziką przyjemnością powtarzamy kolejne wyzwania w celu zdobycia większej ilości punktów. TV Superstars ma też idiotyczną wadę dodatkowo podbijającą frustrację. Po spartoleniu danego zadania nie możemy od razu go powtórzyć, bowiem gra wychodzi do menu głównego, zmuszając nas do włączania wszystkiego od początku. W zasadzie nie mam pojęcia, komu może się ten tytuł spodobać, bo nie miałbym serca polecić go nawet graczom niedzielnym. Aż dziw bierze, że chłopaki z Cambridge Studio - ojcowie świetnych MediEvil i Primal, firmują swoim logo tak miałki produkt. Omijajcie go szerokim łukiem.