Ace Combat 8: Wings of Theve (PS5) - recenzja gry. As w przestworzach
Seria Ace Combat jest z nami od ponad trzydziestu lat, choć tak naprawdę na popularności zyskała dopiero wraz z przejściem na szóstą generację konsol, gdy nowo powstałe studio Project Aces zabrało się za AC04: Project, które znamy szerzej jako Ace Combat: Distant Thunder. Gry z tej serii praktycznie od zawsze stały na wysokim poziomie, jednak przez lata nie potrafiły przebić się do mainstreamu. Spędzało to sen z powiek włodarzom Bandai Namco, którzy, począwszy od Ace Combat 6, próbowali wyjść do szerszego grona graczy. Szóstce udało się to niezbyt dobrze, podobnie jak spin-offowi Assault Horizon czy nieistniejącej już, darmowej odsłonie Ace Combat Infinity. Dopiero wydane na konsole poprzedniej generacji Ace Combat 7 przebiło szklany sufit i mogło pochwalić się grubo ponad siedmioma milionami graczy. Budując na fundamencie takiej popularności i przede wszystkim wysokiej jakości, po siedmiu latach od AC7: Skies Unknown otrzymaliśmy Ace Combat 8: Wings of Theve.
Zanim jednak przejdę do głównej części recenzji, informuję, że w Ace Combat 8: Wings of Theve znajdziemy tryb dla wielu graczy, który według obietnic twórców ma być usprawniony względem poprzedniczki. Niestety nie jestem w stanie tego zweryfikować z prostego powodu. Serwery odpowiedzialne za online nie działają i nie miałem opcji go odpalić. Wybaczcie.
Gra idealnie skrojona pod początkujących i spełniająca wymagania starych wyjadaczy
Zazwyczaj, gdy deweloper postanawia uczynić serię bardziej przystępną dla nowych graczy, cierpią na tym starzy wyjadacze. Gry stają się łatwiejsze, porzucają bardziej skomplikowane mechaniki, a fabuła idzie w kierunku oklepanych schematów znanych z zachodnich blockbusterów. Na szczęście w przypadku Ace Combat 8: Wings of Theve żaden z tych problemów nie ma miejsca.
Poziom trudności - odnosząc się do normalnego - jest w moim odczuciu idealnie wyważony. Początkowe misje nie sprawiają nam większego wyzwania, później trudność rośnie liniowo, bez większych skoków stawiających nas pod ścianą. Każda z misji ma ograniczenie czasowe, nie sprawia ono jednak żadnego problemu, o ile skupimy się na tym, czego gra od nas w danym momencie wymaga. Dosyć szybko zauważyłem, że czasami nie warto przejmować się tykającym licznikiem, a raczej należy poświęcić uwagę temu, by po prostu nie zostać zestrzelonym, gdy na niebie polują na nas inni piloci, z ziemi walą w nas działka przeciwlotnicze i samonaprowadzające rakiety, a gdzieś z tyłu głowy trzeba mieć na uwadze, że kontakt z ziemią przy nieudanych manewrach kosztuje nas błyskawiczne roztrzaskanie. Uwaga gracza jest więc ciągle wystawiana na najwyższą próbę.
W szerszym planie znacznie większą uwagę powinniśmy przykładać do odpowiedniego dobrania rodzaju samolotu i jego wyposażenia do aktualnej misji. Zarówno dla siebie, jak i naszych towarzyszy latających z nami praktycznie w każdej misji. No i przede wszystkim do stopnia opanowania sterowania. Weterani mogą korzystać z klasycznego, trudniejszego do opanowania modelu, jednocześnie pozwalającego na znacznie szersze manewry podczas powietrznych starć. Początkujący lub osoby niechcące się za bardzo stresować mogą wybrać uproszczone sterowanie, które pozwala lepiej panować nad samolotem kosztem możliwości wykonywania bardziej zaawansowanych manewrów.
Względem poprzedniczki wprowadzono pewne zmiany nieco zmniejszające trudność w trakcie starć. Działko główne ma lepszy zasięg i łatwiej się nim celuje w trakcie walk lotniczych. Flary otrzymały większy zakres działania i możemy je odpalać dużo wcześniej niż do tej pory. Oczywiście na wyższych poziomach trudności te ulepszenia tracą na znaczeniu i dużo bardziej musimy polegać na umiejętnym lataniu oraz powietrznych manewrach. Warto też pamiętać, że decydując się na uproszczone sterowanie, odbieracie sobie sporo możliwości manewrowych. Nawroty są powolne, co obniża dynamikę starć jeden na jednego, a ponadto dużo trudniej będzie nam nadążyć za sprawniejszymi przeciwnikami. Choć należy pamiętać - jak już wspomniałem - że na normalnym poziomie trudności nie powinno to być problemem. To bardziej ostrzeżenie, by do wyższych poziomów podchodzić dopiero po otrzaskaniu się z produkcją i sterowaniem, bo tam Ace Combat 8 po prostu nie wybacza.
Rozgrywka w Ace Combat 8 to niesamowity narkotyk
Rzadko kiedy zdarza się, by gra trzymała w napięciu od pierwszej minuty obcowania z nią. Ace Combat 8: Wings of Theve już w płynnie poprowadzonym samouczku - który możemy zignorować - pokazuje, że nie ma czasu na przygotowania. Zostajemy wrzuceni od razu za stery samolotu bojowego i wykonujemy coraz bardziej rozbudowane misje. Zaczynamy oczywiście od prostych zadań, gdzie musimy zestrzelić paru wrogów czy zabezpieczyć lotniskowiec, szybko jednak zostaną nam dołożone kolejne obowiązki. A to przyjdzie nam przeprowadzić szturm na zajęte lotnisko, a to wykonamy rekonesans, który szybko zmieni się w emocjonujące pojedynki z wrogimi eskadrami.
Jeszcze w pierwszej połowie gry zaznać będziemy mogli uwielbianego przez fanów typu misji - anihilacji - gdzie w określonym czasie musimy zlikwidować jak najwięcej wrogich instalacji i maszyn, nabijając odpowiednio wysoki wynik punktowy. Najbardziej jednak ekscytujące są misje, w których otrzymujemy rozkaz zniszczenia czegoś ogromnego. Wtedy mamy do czynienia z kwintesencją serii Ace Combat. Reżyseria wspina się na najwyższy poziom, towarzyszy nam fantastyczna ścieżka dźwiękowa, a podczas starć spoceni mocniej ściskamy pada w dłoniach.
Oczywiście, jak w poprzedniczkach, każda z rozgrywanych misji jest przez grę oceniana. Im szybciej i dokładniej ją wykonamy, tym wyższą notę otrzymamy. Dodatkowe zestrzelenia czy niszczenie naziemnych instalacji skutkują dodatkowymi punktami, co ma bezpośrednie przełożenie na to, ile dostaniemy pieniędzy na zakup nowych samolotów, ulepszeń do nich oraz nowego typu oręża.
Decydując się na wykonanie misji, musimy wybrać odpowiedni typ samolotu z dobrze dopasowanym wyposażeniem. Mamy pojazdy lepiej sprawdzające się w pojedynkach z maszynami latającymi, mamy uniwersalne samoloty, wspomagające walkę, oraz te, które wyposażone są wyłącznie w uzbrojenie powietrze–ziemia. Mając na uwadze, że na każdą misję lecimy przynajmniej z naszym skrzydłowym, warto zadbać, by w naszym hangarze było odpowiednio dużo różnorodnych maszyn. Każda z misji przed startem wyświetla, czy nasz zespół jest odpowiednio mocny, by poradzić sobie z wyzwaniem. Nie traktujcie tego jako wyroczni, raczej jako sugestię. Wprawiony gracz poradzi sobie nawet przy średnio dopasowanym samolocie.
A tych do odblokowania czeka sporo. Wiele maszyn możecie kojarzyć z poprzednich odsłon, a może i ze świata realnego. Polatać możemy m.in. F-22A Raptor, F-16C, F-14D Super Tomcatem, A-10C Thunderbolt II, maszynami z serii Su, MiG-ami, Eurofighterem Typhoon, Rafale czy Gripenem. Do rąk dostaniemy także fikcyjne maszyny stworzone na potrzeby Ace Combat 8, choć od razu nie będziemy mogli ich odblokować. Po prostu nie będzie nas na to stać — no i wpierw przyjdzie nam ukończyć grę. Łącznie na start dostaniemy ponad 30 maszyn, więc jest z czego wybierać. Nie musicie się też obawiać, że różnice są kosmetyczne. Wręcz przeciwnie. Czasami warto przemęczyć się chwilę, by dozbierać na coś znacznie lepszego. Czuć wtedy power drzemiący w mocniejszych samolotach.
Legendy niekoniecznie rodzą się na polu walki
Jeśli mieliście już do czynienia z serią Ace Combat, to wiecie, że fabuła w grze miesza ze sobą poważniejsze wątki polityczne, heroiczne kreacje postaci i głębokie dialogi z typową dla anime przesadą oraz rozmachem. Ace Combat 8: Wings of Theve wydaje mi się nieco poważniejsze pod tym względem, choć nie musicie się obawiać, że scenarzyści poszli w stronę Assault Horizon.
Ponownie trafiamy do fikcyjnego świata Strangereal, gdzie tym razem rzucono nas w sam środek konfliktu - a raczej do jego krytycznego punktu - między FCU (Federacją Centralnej Usei) a Republiką Sotoa, gdzie szalę zwycięstwa, za sprawą kosmicznej broni zwanej Włócznią Tonitrus, przechyliła na swoją stronę Sotoa. W przeciwieństwie do poprzednich gier z serii nasz główny bohater jest tak naprawdę nikim szczególnym. Na potrzeby propagandy został określony mianem tytułowego Wings of Theve, postaci, która ma wlać w serca resztek FCU nadzieję.
Całość oparta zostaje na szerzonej w social mediach propagandzie wykorzystującej m.in. sztuczną inteligencję do modyfikacji zdjęć i wpływania na odbiór rzeczywistości przez ludzi. Nie powiedziałbym, że to zamierzony komentarz do aktualnych czasów, niemniej scenarzyści wstrzelili się idealnie.
Mimo że osią centralną przez całą grę pozostaje wojna między Useą a Sotoą, to głównym motorem napędowym są interakcje wewnątrz oddziału Joker dowodzonego przez głównego bohatera. Rozwój postaci, które stopniowo otwierają się przed anonimowym Rexem, wpływ propagandy na otaczający nas świat i wreszcie interakcje z wrogimi dowódcami, które od zawsze są crème de la crème serii Ace Combat, jak zwykle stoją na najwyższym poziomie. Może i ostatecznie stawka rywalizacji między jednostkami nie jest na poziomie Ciphera z Pixym, bo do głosu dochodzi jednak mocny, antykorporacyjny wydźwięk historii, ale ciężko mi powiedzieć, żebym miał być niezadowolony z opowieści przedstawionej w 30 misjach.
Przepiękne przestworza
Seria Ace Combat od zawsze mogła pochwalić się świetną oprawą wizualną. I nie inaczej jest w przypadku Ace Combat 8: Wings of Theve. Oczywistą oczywistością są niesamowicie dopracowane modele samolotów, które zużywają się, brudzą i niszczeją w trakcie misji. Podobnie jak wprowadzony już w poprzedniczce system chmur, które wyglądają niesamowicie zarówno z oddali, jako element designu, jak i w momencie, gdy w nie wlecimy i krople wody pojawią się na naszym kokpicie. Albo gdy z powodu temperatury samolot zacznie nieco obmarzać. Gdy dołożymy do tego wyładowania atmosferyczne pojawiające się w niektórych misjach, otrzymamy wizualną ucztę.
Również modele postaci wyglądają nadzwyczajnie dobrze, choć oglądamy je praktycznie wyłącznie w scenkach między misjami. Jedynym tak naprawdę odstającym wizualnie aspektem są obiekty na ziemi. Choć uznawanie tego za wadę byłoby już czepialstwem z mojej strony, bo to najmniej ważny aspekt wizualny gry.
Trochę szkoda, że nie pokuszono się o system dynamicznej pogody zmieniającej się w trakcie misji, choć rozumiem, że twórcy chcieli mieć kontrolę nad sceną i jej reżyserią. Pewne rzeczy z artystycznej wizji trzeba po prostu zaakceptować. Jeśli chodzi o płynność rozgrywki, to żadnych spadków nie uświadczyłem, podobnie jak błędów wpływających na misje czy zawieszania się konsoli. Ace Combat 8: Wings of Theve jest zdecydowanie jednym z bardziej dopracowanych tytułów tego roku, w jakie było mi dane zagrać.
Osobny akapit trzeba poświęcić muzyce, która w serii Ace Combat pełni równie ważną rolę, co fabuła i rozgrywka. Często nadaje ton sytuacji, pompuje krew w naszych żyłach podczas najważniejszych starć. W Ace Combat 8: Wings of Theve główną rolę otrzymał duet Ryo Watanabe i Mitsuhiro Kitadani, którzy, podobnie jak w siódmej części, wspomagani są wybranymi kompozycjami Keikiego Kobayashiego.
Gdy porównywałem sobie ścieżkę dźwiękową do starszych odsłon, słychać różnicę. Mniej mamy mocnych utworów, w których wybrzmiewają gitary. Dużo więcej jest tutaj orkiestry, nieco bardziej stonowanych kompozycji wykorzystujących chóry. Nie oznacza to, że ścieżka dźwiękowa jest słabsza od tej z poprzedniczek. Jest po prostu inna, choć nadal świetnie pasuje do misji, w trakcie których ją słyszymy. Zresztą Bandai Namco udostępniło wybrane utwory w sieci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, byście posłuchali sami. Z mojej perspektywy nadal niedoścignionym wzorem pozostaje kultowe "Zero" czy The "Unsung War". Kto wie jednak, czy za parę lat nie zmienię zdania i Everflow do nich nie dołączy.
Szykujcie portfele / skarbonki
Po dwudziestu godzinach spędzonych z Ace Combat 8: Wings of Theve - które, powiem szczerze, nawet nie wiem, kiedy zleciały - mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwszym człowiekiem. Gra jest fenomenalna praktycznie w każdym aspekcie, począwszy od historii, która nie odbiega od standardu najlepszych odsłon serii, przez świetnie skrojoną rozgrywkę, aż po techniczny aspekt dopełniony cudną ścieżką dźwiękową.
Jako osoba będąca niejako pomiędzy nowicjuszem w serii a wyjadaczem znającym na wylot każdy tytuł, cieszę się, że Bandai Namco nie szło na kompromisy, i jestem pełen podziwu, że udało im się otworzyć serię dla nowych graczy, nie zniechęcając starych fanów. Nie wiem ostatecznie, jak wypadnie tryb online, niemniej nawet jeśli w jakiejś czarnej wizji okaże się katastrofą, to nikt nie odbierze trybu dla jednego gracza.
Ocena - recenzja gry Ace Combat 8: Wings of Theve
Atuty
- Idealnie wyważona przystępność dla nowicjuszy i zadowolenie weteranów serii
- Usprawnienia w rozgrywce wciągają ją na absurdalnie wysoki poziom
- Nie ma tu praktycznie nudnej misji, non stop coś się dzieje
- Historia zgrabnie balansuje między lekkim anime, a poważnym komentarzem na temat korporacji napędzających wojny
- Cudne wizualnia, fantastyczne audio i niezmiennie trzymająca wysoki poziom ścieżka dźwiękowa
- To jest po prostu Ace Combat z krwi i kości
Wady
- Nie wiem no... interaktywne odpowiedzi naszego bohatera w trakcie scenek nic nie wnoszą
Gdyby inni wydawcy potrafili dbać o swoje serie jak Bandai Namco dba o Ace Combat, świat byłby piękniejszy.
Graliśmy na:
PS5
Przeczytaj również
Komentarze (6)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych