The Mound: Omen of Cthulhu – recenzja i opinia o grze [PS5, XSX, PC]. Zew szaleństw
Cthulhu. Uwielbiam mroczne uniwersum spisane przez H.P. Lovecrafta, jest bowiem i tajemnicze i straszliwe, wywołuje w czytelniku fascynację i przerażenie. I właśnie to ostatnie jest kluczem w najnowszej przygodzie zespołu ACE Team, deweloperów znanych dzięki niezłej serii Zeno Clash oraz imponującemu The Eternal Cylinder. Przygodzie w głębi szalonej dżungli, pełnej i skarbów i potworności. Zapraszam do recenzji.
W czwórkę zawsze raźniej, a przynajmniej tak mogłoby się wydawać. The Mound: Omen of Cthulhu skupia się na grze kooperacyjnej dla maksymalnie czterech graczy. W kontekście dotychczasowej twórczości ACE Team to interesujące założenie, bowiem deweloper nigdy wcześniej nie skupiał się na rozgrywce wieloosobowej. Nie ma tutaj rywalizacji, jest nacisk na współpracę i konieczność poruszania się w grupie. Świat gry chce nas pożreć i wypluć z powrotem pod postacią zdeformowanych, żądnych krwi niedawnych pobratymców trucheł. Nacisk na współpracę to kluczowy aspekt recenzowanej produkcji.
Trudno uniknąć porównywania The Mound: Omen of Cthulhu do innych tytułów. Twórcy wzięli co najlepsze z gier takich jak Phasmophobia, The Forest i wpięli opcję rozgrywki dla kilku graczy. Dotychczasowe produkcje oparte na twórczości angielskiego mistrza kosmicznego horroru stawiały na rozgrywkę dla pojedynczego gracza. Do tytułu od ACE Team podchodziłem zatem z niemałą rezerwą. Nie rozczarowałem się, ale i nie zakochałem się w tym świecie po uszy. Jako miłośnik Lovecrafta przebrnąłem przez liczne ekspedycje, aby poznać ten świat. Bujny, mroczny ale i koncepcyjnie kruchy.
W The Mound: Omen of Cthulhu poluje na Ciebie mroczna siła

The Mound: Omen of Cthulhu rozpoczyna się od krótkiej misji, uszytej wokół tajemniczego zniknięcia okrętu Lazarillo. Jedyny z ocalałych popadł w obłęd i nie sposób się z nim porozumieć. Po wyborze jednej z czterech postaci, dobijamy do brzegu i trafiamy na leżącego na plaży ocalałego marynarza. Po powrocie na galeon dowiadujemy się przerażających szczegółów. Ta wyspa żyje, obserwuje i poluje na wszystkich, którzy przybyli, aby złupić jej skarby. W tej historii bardzo szybko można dostrzec elementy grozy. Przybijamy okrętem na kraniec świata, w miejsce nieznane ludzkości, aby zmierzyć się z okropieństwami czyhającymi w świecie The Mound: Omen of Cthulhu. Ja kroczyłem w skórze Alonsa de la Torre, dawniej rozbójnika, a teraz człowieka szukającego pokuty. Są jeszcze Leonor czy Fray Gaspar.
Z poziomu górnego pokładu udajemy się na ekspedycję. Przed podpisaniem kontraktu warto się zaopatrzyć w uzbrojenie. Z początku gra jest oszczędna – stare pistolety skałkowe, toporki, noże marynarzy i garstka racji żywnościowych muszą wystarczyć. Same zlecenia dotyczą albo dostarczenia konkretnej ilości skarbów, aby dobiły do wartości określonej przez zleceniodawców. Warto rozważnie podchodzić do miejsca w ekwipunku. W zależności od liczby towarzyszy, wyspa oferuje liczne posążki do kolekcjonowania, zioła, żywność, broń, itd. Po dotarciu na brzeg mamy do dyspozycji woźnicę, który pozwoli nam na gromadzenie zdobytych zapasów. W każdym momencie trwania ekspedycji możemy powrócić na okręt i rozliczyć się z kontraktu. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia, choć nie w każdym przypadku powrót będzie możliwy. W wyprawach po określony przedmiot, np. dziennik, cel ten musi zostać wypełniony.
W grze nie ma ujednoliconego systemu klas postaci. Stąd kluczowy jest dobór odpowiedniego uzbrojenia. Wiadomo, że najlepiej kroczy się z dogadaną ekipą, której członkowie wybierają praktyczny sprzęt, tj. różniący się od posiadanego przez nas. W rozgrywce online nie zawsze jest to możliwe. Sama eksploracja nie ogranicza się do poszukiwania cennych przedmiotów. Na naszej drodze stają przerażające istoty. W The Mound: Omen of Cthulhu warto wsłuchiwać się w las. Gra umie przestraszyć w najmniej oczekiwanym momencie. Sam złapałem się na tym, gdy próbowałem wyciągnąć grzyby z porośniętego drzewa i zostałem zaatakowany przez monstrum, które dawniej było człowiekiem. Walki są trudne, a starcie z użyciem bronią białą często kończą się śmiercią. Jeśli towarzysze nie zdążą nas uratować staniemy się jednym z „mieszkańców” przerażającego lasu. Uzbrojenie można wzmacniać na pokładzie naszego statku.
Estetyczny horror The Mound: Omen of Cthulhu przyprawia o dreszcze

Grę opracowano przy użyciu technologii Unreal Engine. Poruszanie się w gęstym lesie i wsłuchiwanie w jego dźwięki do całkiem przyjemne doświadczenie. Podoba mi się, że nieustannie czujemy na sobie wzrok kogoś lub czegoś. Potwory może nie wygląda jakoś strasznie za to wydają z siebie przeraźliwe dźwięki, ulegają także niebezpiecznym transformacji. Świat gry jest bardzo dynamiczny, zmienia się w zależności od liczby załogi i ilości cennych przedmiotów, jakie uda nam się zebrać. Wizualnie także trzyma poziom. The Mound: Omen of Cthulhu w ruchu prezentuje się nader dobrze, problemy zaczynają się przy zbliżeniu do tekstur, np. skał czy drewnianych elementów. Im dłużej pozostajemy w dżungli wpływa ona nas. Byłem świadkiem sytuacji, w której inny gracz zaatakował mnie zupełnie bez powodu. Okazało się, że tylko ja to widziałem, bo oto właśnie gra poczęstowała mnie halucynacjami. Im dłużej brniemy w głąb dżungli tym większe szaleństwo czyha na psychikę postaci.
The Mound: Omen of Cthulhu cierpi jednak na kilka problemy. Pierwszych z nich jest tempo rozgrywki. W założeniu ma ono biec powoli, ma zbudować niepokojącą atmosferę. I to faktycznie działa ale tylko przez pierwsze trzy, może cztery ekspedycje. Gdy już zdobędziemy większe doświadczenie i wzmocnimy broń, ta gra zmienia się w gonitwę po skarby i tych kilka monstrów kroczących po poziomie. Zdarzało się, że w trakcie wędrówki nie natknąłem się na nic groźnego. Element losowości nie zawsze sprzyja budowie ciekawej narracji. Gra ma też problemy w zakresie starć z użyciem broni palnej. Hitboksy nie zawsze są poprawne. Stąd polecam skupić się na walce wręcz, lub eliminacji z ukrycia. Lokacje też nie grzeszą wielkością, ale to jedna z głównych bolączek gier tworzonych na licencji silnika Unreal. The Mound: Omen of Cthulhu jest ciekawym doświadczeniem, choć krótkotrwałym. Nie jest grą, przy której będziecie trwać miesiącami. Polecam jednak ją sprawdzić wszystkim miłośnikom Lovecrafta.
Ocena - recenzja gry The Mound: Omen of Cthulhu
Atuty
- klimat
- narracja
- motyw ogarniającego szaleństwa
- wykonanie
Wady
- niska regrywalność
- hitboksy z broni palnej
- małe zróżnicowanie lokacji
Zew przygody na wyspie spaczonej kosmicznym horrorem Lovecrafta? Brzmi kusząco. Jednak po kilku godzinach dopadnie Was poczucie, że widzieliście już w tej grze wszystko. Dla odważnych.
Graliśmy na:
PS5
Przeczytaj również
Komentarze (6)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych