The Mound: Omen of Cthulhu – recenzja gry. Zew szaleństw

The Mound: Omen of Cthulhu – recenzja i opinia o grze [PS5, XSX, PC]. Zew szaleństw

Krzysztof Grabarczyk | Dzisiaj, 10:00

Cthulhu. Uwielbiam mroczne uniwersum spisane przez H.P. Lovecrafta, jest bowiem i tajemnicze i straszliwe, wywołuje w czytelniku fascynację i przerażenie. I właśnie to ostatnie jest kluczem w najnowszej przygodzie zespołu ACE Team, deweloperów znanych dzięki niezłej serii Zeno Clash oraz imponującemu The Eternal Cylinder. Przygodzie w głębi szalonej dżungli, pełnej i skarbów i potworności. Zapraszam do recenzji.

W czwórkę zawsze raźniej, a przynajmniej tak mogłoby się wydawać. The Mound: Omen of Cthulhu skupia się na grze kooperacyjnej dla maksymalnie czterech graczy. W kontekście dotychczasowej twórczości ACE Team to interesujące założenie, bowiem deweloper nigdy wcześniej nie skupiał się na rozgrywce wieloosobowej. Nie ma tutaj rywalizacji, jest nacisk na współpracę i konieczność poruszania się w grupie. Świat gry chce nas pożreć i wypluć z powrotem pod postacią zdeformowanych, żądnych krwi niedawnych pobratymców trucheł. Nacisk na współpracę to kluczowy aspekt recenzowanej produkcji.

Dalsza część tekstu pod wideo

Trudno uniknąć porównywania The Mound: Omen of Cthulhu do innych tytułów. Twórcy wzięli co najlepsze z gier takich jak Phasmophobia, The Forest i wpięli opcję rozgrywki dla kilku graczy. Dotychczasowe produkcje oparte na twórczości angielskiego mistrza kosmicznego horroru stawiały na rozgrywkę dla pojedynczego gracza. Do tytułu od ACE Team podchodziłem zatem z niemałą rezerwą. Nie rozczarowałem się, ale i nie zakochałem się w tym świecie po uszy. Jako miłośnik Lovecrafta przebrnąłem przez liczne ekspedycje, aby poznać ten świat. Bujny, mroczny ale i koncepcyjnie kruchy.

W The Mound: Omen of Cthulhu poluje na Ciebie mroczna siła

undefined

The Mound: Omen of Cthulhu rozpoczyna się od krótkiej misji, uszytej wokół tajemniczego zniknięcia okrętu Lazarillo. Jedyny z ocalałych popadł w obłęd i nie sposób się z nim porozumieć. Po wyborze jednej z czterech postaci, dobijamy do brzegu i trafiamy na leżącego na plaży ocalałego marynarza. Po powrocie na galeon dowiadujemy się przerażających szczegółów. Ta wyspa żyje, obserwuje i poluje na wszystkich, którzy przybyli, aby złupić jej skarby. W tej historii bardzo szybko można dostrzec elementy grozy. Przybijamy okrętem na kraniec świata, w miejsce nieznane ludzkości, aby zmierzyć się z okropieństwami czyhającymi w świecie The Mound: Omen of Cthulhu. Ja kroczyłem w skórze Alonsa de la Torre, dawniej rozbójnika, a teraz człowieka szukającego pokuty. Są jeszcze Leonor czy Fray Gaspar.

Z poziomu górnego pokładu udajemy się na ekspedycję. Przed podpisaniem kontraktu warto się zaopatrzyć w uzbrojenie. Z początku gra jest oszczędna – stare pistolety skałkowe, toporki, noże marynarzy i garstka racji żywnościowych muszą wystarczyć. Same zlecenia dotyczą albo dostarczenia konkretnej ilości skarbów, aby dobiły do wartości określonej przez zleceniodawców. Warto rozważnie podchodzić do miejsca w ekwipunku. W zależności od liczby towarzyszy, wyspa oferuje liczne posążki do kolekcjonowania, zioła, żywność, broń, itd. Po dotarciu na brzeg mamy do dyspozycji woźnicę, który pozwoli nam na gromadzenie zdobytych zapasów. W każdym momencie trwania ekspedycji możemy powrócić na okręt i rozliczyć się z kontraktu. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia, choć nie w każdym przypadku powrót będzie możliwy. W wyprawach po określony przedmiot, np. dziennik, cel ten musi zostać wypełniony.

W grze nie ma ujednoliconego systemu klas postaci. Stąd kluczowy jest dobór odpowiedniego uzbrojenia. Wiadomo, że najlepiej kroczy się z dogadaną ekipą, której członkowie wybierają praktyczny sprzęt, tj. różniący się od posiadanego przez nas. W rozgrywce online nie zawsze jest to możliwe. Sama eksploracja nie ogranicza się do poszukiwania cennych przedmiotów. Na naszej drodze stają przerażające istoty. W The Mound: Omen of Cthulhu warto wsłuchiwać się w las. Gra umie przestraszyć w najmniej oczekiwanym momencie. Sam złapałem się na tym, gdy próbowałem wyciągnąć grzyby z porośniętego drzewa i zostałem zaatakowany przez monstrum, które dawniej było człowiekiem. Walki są trudne, a starcie z użyciem bronią białą często kończą się śmiercią. Jeśli towarzysze nie zdążą nas uratować staniemy się jednym z „mieszkańców” przerażającego lasu. Uzbrojenie można wzmacniać na pokładzie naszego statku.

Estetyczny horror The Mound: Omen of Cthulhu przyprawia o dreszcze

undefined

Grę opracowano przy użyciu technologii Unreal Engine. Poruszanie się w gęstym lesie i wsłuchiwanie w jego dźwięki do całkiem przyjemne doświadczenie. Podoba mi się, że nieustannie czujemy na sobie wzrok kogoś lub czegoś. Potwory może nie wygląda jakoś strasznie za to wydają z siebie przeraźliwe dźwięki, ulegają także niebezpiecznym transformacji. Świat gry jest bardzo dynamiczny, zmienia się w zależności od liczby załogi i ilości cennych przedmiotów, jakie uda nam się zebrać. Wizualnie także trzyma poziom. The Mound: Omen of Cthulhu w ruchu prezentuje się nader dobrze, problemy zaczynają się przy zbliżeniu do tekstur, np. skał czy drewnianych elementów. Im dłużej pozostajemy w dżungli wpływa ona nas. Byłem świadkiem sytuacji, w której inny gracz zaatakował mnie zupełnie bez powodu. Okazało się, że tylko ja to widziałem, bo oto właśnie gra poczęstowała mnie halucynacjami. Im dłużej brniemy w głąb dżungli tym większe szaleństwo czyha na psychikę postaci.

The Mound: Omen of Cthulhu cierpi jednak na kilka problemy. Pierwszych z nich jest tempo rozgrywki. W założeniu ma ono biec powoli, ma zbudować niepokojącą atmosferę. I to faktycznie działa ale tylko przez pierwsze trzy, może cztery ekspedycje. Gdy już zdobędziemy większe doświadczenie i wzmocnimy broń, ta gra zmienia się w gonitwę po skarby i tych kilka monstrów kroczących po poziomie. Zdarzało się, że w trakcie wędrówki nie natknąłem się na nic groźnego. Element losowości nie zawsze sprzyja budowie ciekawej narracji. Gra ma też problemy w zakresie starć z użyciem broni palnej. Hitboksy nie zawsze są poprawne. Stąd polecam skupić się na walce wręcz, lub eliminacji z ukrycia. Lokacje też nie grzeszą wielkością, ale to jedna z głównych bolączek gier tworzonych na licencji silnika Unreal. The Mound: Omen of Cthulhu jest ciekawym doświadczeniem, choć krótkotrwałym. Nie jest grą, przy której będziecie trwać miesiącami. Polecam jednak ją sprawdzić wszystkim miłośnikom Lovecrafta.

Advertisement

Ocena - recenzja gry The Mound: Omen of Cthulhu

Atuty

  • klimat
  • narracja
  • motyw ogarniającego szaleństwa
  • wykonanie

Wady

  • niska regrywalność
  • hitboksy z broni palnej
  • małe zróżnicowanie lokacji

Zew przygody na wyspie spaczonej kosmicznym horrorem Lovecrafta? Brzmi kusząco. Jednak po kilku godzinach dopadnie Was poczucie, że widzieliście już w tej grze wszystko. Dla odważnych.
Graliśmy na: PS5

Krzysztof Grabarczyk Strona autora
Weteran ze starej szkoły grania, zapalony samouk, entuzjasta retro. Pasjonat sportów siłowych, grozy lat 80., kultury gier wideo. Pisać zaczął od małego, gdy tylko udało mu się dotrwać do napisów końcowych Resident Evil 2. Na PPE dostarcza weekendowej lektury, czasem strzeli recenzję, a ostatnio zasmakował w poradnikach. Lubi zaskakiwać.
cropper