Dzień objawienia (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. A można było skończyć na Fabelmanach
Jak zareagowałby świat, gdyby amerykański rząd nagle wziął i ujawnił, że owszem, Roswell i Strefa 51 to nie były żadne ściemy, że weszliśmy w kontakt z przybyszami z kosmosu? Czy załamałyby się światowe religie? Czy doszłoby do zamieszek albo wręcz ogólnoświatowej paniki? Jak zareagował być na to Ty, drogi czytelniku?
Te i wiele innych pytań nie imponuje już może świeżością, ale wciąż potrafi intrygować. Zastanawiam się, czy informacja o faktycznym istnieniu kosmitów zrobiłaby w ogóle wrazenie w dzisiejszych czasach, gdzie rodzaj ludzki jest już tak przebodźcowany, że nie interesują nas już wieści z kosmosu - że w przyszłym roku ponownie wybieramy się na księżyc, że zaobserwowano wyrzut energii z czarnej dziury, że na jakiejś odległej planecie dosłownie pada rubinami. Co z tego, skoro ktoś tam pokazał dupę, Trump dalej siedzi na stołku i dostarcza dziennych porcji humoru, a jakiś dzieciak wymyślił nowy, wiralowy taniec. I jest to wszystko trochę smutne, jasne (napisał gość, który potrafi scrollować shorty przez dobrą godzinę przed spaniem, zamiast książkę dokończyć...), ale również kompletnie nieistotne w kontekście dzisiejszego filmu.
Otóż, "Dzień objawienia" nie jest o konsekwencjach tytułowego wydarzenia, a o względnie zabawnej przygodzie do niego prowadzącej. Widziałem gdzieś krzyki malkontentów, że po cholerę w takim razie było tak nazywać film?! Przyznam, że nie rozumiem tych ludzi. W "Armagedonie" też wcale nie ma armagedonu, nie widziałem ani jednej lukrecjowej pizzy w całym "Licorice Pizza", a "Jutro nie umiera nigdy", podobnie jak połowa tytułów filmów o Bondzie, to po prostu chwytliwe brzmiące bzdury. I co z tego?! Tu przynajmniej dzień objawienia jest sednem filmu, więc mimo, że reżyser i jego scenarzysta, David Koepp, mogliby mieć większe jaja i faktycznie spróbować powiedzieć coś ciekawego na ten temat, ale przynajmniej da się ten tytuł jakkolwiek bronić. Nie, problemy filmu leżą gdzie indziej.
Dzień objawienia (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Czyli co, znowu kosmici?
Głównymi bohaterami filmu są Daniel Kellner (Josh O'Connor) i Margaret Fairchild (Emily Blunt). Film zaczyna się in medias res - Kellner ma przekazać coś, co ukradł z pracy ścigającemu go szefowi, Scanlonowi (Colin Firth), bo inaczej jego dziewczynie może stać się krzywda. Nie wiemy o co dokładnie chodzi, wiemy tylko, że informacje te nie mogą wyjść na zewnątrz. Gdzie indziej, Margaret zaczyna zachowywać się dziwnie po spotkaniu z pięknym, krwistoczerwonym kardynałem szkarłatnym. Zaczyna mówić w obcych językach nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Los powoli zaczyna łączyć ich ze sobą - a może to wcale nie los?
Scenariusz całkiem szybko zaczyna grać z widzem w raczej otwarte karty i powiedziałbym, że jest to trochę problematyczne, ponieważ bez aury tajemniczości, cały scenariusz staje się bardzo... Nijaki. Niby tu mamy jakiś pościg, tam Colin Firth używa jakiegoś dziwnego, magicznego klocka posiadającego moc robienia dokładnie tego, czego akurat w danym momencie wymaga od niego fabuła, a jeszcze gdzie indziej Colman Domingo zdaje się budować plan zdjęciowy. Coś się cały czas dzieje, ale reżyserowi nigdy nie udaje się zbudować wokół tego żadnego napięcia. Magiczne moce dobrych i złych oznaczają, że istnieje wyjście z dosłownie każdej sytuacji, pościgi gubią po drodze sens, a sytuacja zdaje się resetować po każdej zmianie sceny, zakończenie natomiast nie dość, że ledwie trzyma się kupy logicznie, to jeszcze nie oferuje niczego ciekawego fabularnie - jest boleśnie wręcz oczywiste i nijakie.
Dzień objawienia (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Obsada przez wielkie O
Jak to u Spielberga, obsada robi wrażenie już samą tylko listą nazwisk i trzeba przyznać, że wszyscy starają się jak mogą żeby podbić stawkę swoją grą, lecz jeśli scenariusz nie domaga, to nawet najznamienitsi aktorzy naszych czasów cudów nie zdziałają. Kellner jest jakimś tam rządowym naukowcem, ale nigdy nie widzimy go w tej roli. Jest również wiernym chłopakiem - na tyle wiernym, że nie porzuca swojej dziewczyny nawet w sytuacjach, w których zapewne miałoby to sens. Margaret ma chłopaka (Wyatt Russell), którego z jednej strony bardzo kocha, z drugiej totalnie porzuca, bo "musi się tym zająć". Czy dostajemy z tego powodu jakąś dramę - wyrzuty sumienia, poczucie bycia zdradzonym? Nie tam, po co?! W ogóle Russell zdaje się być najsłabszym ogniwem tego filmu. Nie powiedziałbym jednak, że jest to wina aktora. To po prostu scenariusz nie daje mu nic do roboty, przez co wychodzi z niego taka trochę zawalidroga i nic więcej.
Zdjęcia Janusza Kamińskiego jak zwykle pięknie zgrywają się z muzyką Johna Williamsa, dzięki czemu widz czuje się praktycznie jak w domu. Mało tego! Choć wtedy to nie Kamiński odpowiadał za obraz, i tak początek filmu skłonił mnie do zastanowienia czy to aby nie jest zawoalowany sequel E.T. Myśl zniknęła prawie tak samo szybko jak się pojawiła, ale pokazuje to tylko jak stabilnym aranżacyjnie reżyserem jest Spielberg. I choć zbyt frywolnie korzysta z dobrodziejstw CGI, to jednak wciąż potrafi zadbać o spektakl. Trzeba szybko odebrać "paczkę" z domu? Wjeżdżamy razem z werandą do środka, po czym wyjeżdżamy w towarzystwie ściany z drugiej strony. Ponoć miesiąc zajęło ludziom od rekwizytów zbudowanie makiety w taki sposób aby nie dość, że dało się tak przez nią przejechać, to jeszcze można było zrobić to kilka razy, bo duble. Szkoda, że za widowiskowością nie idzie konsekwencją, bo, jak już wspominałem, część z tych scen jest logicznie zwyczajnie... Głupia.
"Dzień objawienia" to ostatecznie bardzo dziwna bestia. Wizualnie miło się na nią patrzy, aktorzy dają z siebie wszystko, a fabuła ze dwa razy potrafi chwycić za serce, ale film jest generalnie za długi, brakuje w nim stawki i jakiegokolwiek napięcia, co jest szczególnie odczuwalne, kiedy na ekran wjeżdżają napisy końcowe, a widz zamiast spełnienia czy ekscytacji czuje jedynie zdziwienie/radość, że to już koniec. To ładny film. Ale nie dobry.
Atuty
- Cała obsada daje z siebie wszystko;
- Klimatyczna muzyka Johna Williamsa;
- Nawet uroczy przekaz;
- Kilka widowiskowych scen akcji.
Wady
- Tona niedorzeczności w fabule;
- Wątki i postacie, które do niczego nie prowadzą;
- Okrutnie byle jakie zakończenie.
"Dzień objawienia" to opowieść o kosmitach. Tylko tyle i aż tyle. Rzecz w tym, że dzisiaj już pierwsze spotkanie mało kogo obchodzi, a sama fabuła jest mało angażująca i miejscami wręcz głupia. Ja się zawiodłem.
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych