Znajomi i sąsiedzi (2025) – recenzja, opinia o serialu [Apple]. Więcej znajomych oznacza więcej problemów
Po wydarzeniach pierwszego sezonu, Coop stwierdził, że nie chce wracać do swojego poprzedniego życia – woli być złodziejem. To bardziej uczciwe zajęcie. Udało mu się wpaść w satysfakcjonującą rutynę, z której wyrywa go jednak nagły atak bólu pleców. Musi zawołać pomoc, co oznaczać będzie jednak ujawnienie swoich wieczornych aktywności kolejnej osobie. I może nie byłoby w tym niczego złego, gdyby chwilę później na scenę nie wszedł kolejny gracz – lekko podejrzany, nieznośnie przyjacielski miliarder, Owen Ashe, który jest odrobinę zbyt ciekawski i zaradny, by móc zostawić go samemu sobie...
Pierwszy sezon „Znajomych i sąsiadów” był przyjemnym powiewem świeżości w świecie seriali. Bogaci, zepsuci ludzie, najbardziej na świecie uwielbiający zapach własnych piardów i dźwięk swoich głosów, nie są niczym nowym, tak samo jak historie opowiadające o ich śliskich interesach i usłanej trupami – czasami tylko metaforycznymi – drodze na szczyt. Serial Jonathna Troppera był jednak inny pod tym względem, że zamiast drogi na szczyt, obrazuje drogę na dno głównego bohatera.
Kiedy poznaliśmy Andrew Coopera (John Hamm), miał on wszystko – kochającą żonę, dwójkę wspaniałych dzieci, niegodne ilości pieniędzy, tonę przyjaciół. Nagle, wszystko zaczęło się psuć. Dosłownie wszystko. Żona odeszła z najlepszym przyjacielem, firma wywaliła go na zbity pysk, skończyły się pieniądze, znajomości i wszystko pomiędzy. Myślałem, że pierwszy sezon będzie powolną drogą Coopa z powrotem na szczyt. Kiedy tak się jednak nie stało, zastanawiałem się, o co w tym wszystkim, ostatecznie, ma chodzić. Teraz, po skończeniu drugiego sezonu, wydaje mi się, że już wiem. To pasmo ciągłych nieszczęść, droga głównego bohatera przez piekło i zaczynam zastanawiać się, czy na końcu czeka na nas ostateczne odkupienie, niczym w „Boskiej komedii” Dantego, czy może odwlekamy jedynie to, co nieuniknione, i dusza Coopa już jest stracona?
Znajomi i sąsiedzi (2025) – recenzja, opinia o serialu [Apple]. Tysiące wątków, a tak mało czasu
Przez chwilę zrobiło się trochę poważnie, ale spokojnie – drugi sezon dzisiejszego serialu nie próbuje nawet uważać poważnej historii. To bardziej tragikomedia, w której kolejne postacie znajdują się w niedorzecznie skomplikowanych, niecodziennych sytuacjach, ku uciesze widza. Jak zareaguje Barney (Hoon Lee), kiedy dowie się o nocnych eskapadach swojego przyjaciela? Co zrobi Coop, kiedy ktoś zacznie go szantażować? Czy Mel (Amanda Peet) wybaczy Sam (Olivia Munn), że tamta próbowała wrobić jej byłego męża w morderstwo? Jak zareaguje reszta sąsiedztwa, kiedy wyklęta przez nich Smantha zacznie spotykać się z najnowszym bogaczem w okolicy, Owenem (James Marsden)? Co w dzisiejszych czasach porabia Nick (Mark Tallman)? Serial całkiem szybko i sprawnie zaczyna odpowiadać na te pytania, malując nowy status quo, a później... wsadza metaforyczny kij między szprychy tego względnie poukładanego życia. A później kolejny i tak aż do finału. Prawie. Nie uprzedzając faktów, akurat ostatni odcinek sezonu trochę mnie zawiódł. Działo się w nim zastraszająco mało, z czego praktycznie nic nie miało większego znaczenia dla fabuły tego sezonu. Zaznaczam: tego sezonu. Bo trzeci już teraz zapowiada się grubo. Co nie zmienia faktu, że nie lubię, kiedy scenarzyści grają w ten sposób z widzem.
Cofnijmy się jednak troszeczkę i porozmawiajmy o tym, co faktycznie dzieje się w tym sezonie. Przede wszystkim, nie podoba mi się, na jak daleki plan zepchnięta została „niestosownie atrakcyjna” sprzątaczka i przy okazji kryminalna partnerka Coopa, Elena (Aimee Carrrero). Na przestrzeni całego sezonu nie istnieje ona praktycznie ponad jeden, mocno poboczny wątek, gdzie musi szybko zdobyć spore pieniądze. Jak to się dalej rozwinie? Przekonamy się w przyszłym sezonie... Gdzie indziej Barney sprzeciwia się swojemu teściowi i... to już koniec tej historii. Jego żona jest w ciąży – również nic więcej na ten temat nie usłyszymy. Menopauza Mel? No, jest. Ale scenarzyści kompletnie o niej zapominają. Jak o połowie swoich własnych pomysłów. Masz się przez chwilę pośmiać, a później idziemy dalej, zapominając o tym, co było. Zasadniczo cały ten sezon kręci się wokół postaci Ashe'a, dosyć mocno zawężając ramy opowieści.
Znajomi i sąsiedzi (2025) – recenzja, opinia o serialu [Apple]. Owen Ashe, miliarder, ojciec, przyjaciel... oszust?
Sam pan Owen jest natomiast bardzo ciekawą postacią. Wiemy, że ma bardzo dużo pieniędzy, ale nie wiemy skąd. Ma córkę, która szybko wpada w oko synowi Coopera – z wzajemnością. On sam zaczyna interesować się Samanthą, która przypomina mu zmarłą żonę. Gdy tylko go poznajemy, w naszych głowach zaczyna roić się wręcz od teorii. Całkiem szybko staje się on również jednym z najbliższych przyjaciół i współpracowników naszego głównego bohatera, co może być potencjalnie problematyczne, ponieważ sam Ashe jest niemal jak gwiazda, przyciągając uwagę wszystkich ludzi w okolicy i sprawiając, że zaczynają orbitować wokół jego blasku, czasami grzejąc się w nim, innym razem parząc. Zdecydowanie jest on na dłuższą metę problemem dla Coopa i chyba właśnie dlatego tak bardzo psioczę na ten sezon – który przez większość odcinków naprawdę mi się podobał – ponieważ scenarzyści, podobnie jak całą resztę wątków tej paczki odcinków, zamiatają go pod dywan i na razie. Nie trzeba niczego tłumaczyć, nie ma potrzeby dawać widzowi satysfakcję. Jasne, wszystko wskazuje na to, że trzeci sezon jeszcze jakoś go rozwinie, a trupy w szafie Coopa i jego bliskich jeszcze wyjdą na zewnątrz, ale na ten moment interesuje mnie to, co tu i teraz. A prawda jest taka, że w kwestii intrygi nie ma tu mowy o dobrym, mocnym, zapadającym w pamięć zakończeniu.
Serial w dalszym ciągu wygląda bardzo ładnie i... „bogato”. Bohaterowie noszą pięknie skrojone, kosztownie wyglądające ciuchy, jeżdżą drogimi samochodami, piją zniewalająco bursztynową whisky. W pierwszych kilku odcinkach powraca nawet „sprzedawca telewizyjny Coop”, opisujący wartość przedmiotów, które kradnie swoim znajomym, ale i na niego nie ma już później czasu. Mam wrażenie, że idąc w stronę pojedynczej intrygi, pojedynczego problemu, serial zatracił odrobinę swojego charakteru. Jasne, to wciąż te same ujęcia w zwolnionym tempie, znajomo wyglądająca praca kamery i postacie, ale Owen Ashe sprawił, że „Znajomi i sąsiedzi” stali się bardziej... zwyczajni.
Drugi sezon „Znajomych i sąsiadów” zaczął się całkiem ciekawie, obiecując całą masę intryg, problemów i zwrotów akcji – i trzeba mu przyznać, że większość z tych obietnic spełnił, ponieważ dzieje się tu naprawdę sporo. Powiedziałbym wręcz, że może odrobinę za dużo, przez co serial stracił odrobinę charakter, za który pokochaliśmy pierwszy sezon. Do tego, trudno nie odnieść wrażenia, że pędzący na łeb na szyję scenarzyści nie przywiązują zbyt wielkiej wagi do spójności tego, o czym opowiadają, przez co wątki zaczynają się, później urywają albo do niczego nie prowadzą, w myśl zasady, że „ogarnie się to później, albo i nie”. To wciąż solidna rozrywka, ale przy tym też krok w tył w stosunku do oryginału.
Atuty
- Wciąż solidny, czarny humor;
- Urocze więzi rodzinne;
- Owen Ashe jest ciekawym przyjacielo-wrogiem;
- Mnóstwo większych i mniejszych zwrotów akcji.
Wady
- Nijakie zakończenie, będące bardziej wstępem do trzeciego sezonu, niż domknięciem drugiego;
- Natłok porzuconych wątków i pomysłów;
- Zaginął gdzieś charakter pierwszych odcinków;
- W paru miejscach można odnieść wrażenie, że scenarzystom zwyczajnie się nie chciało.
Świat Coopa z jednej strony rozszerza się, z drugiej zawęża, stając się dziwnym, paradoksalnym tworem, w którym jednocześnie dzieje się bardzo wiele i nic. Owen Ashe jest ciekawą postacią, a przy tym katalizatorem wywalającym cały serial do góry nogami. Specyficznie, jak na kontynuację udanego pierwszego sezonu.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych