„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” (2026) - recenzja filmu [Disney]. Miał być hit, wyszło DLC do serialu

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney]. DLC do serialu

Roger Żochowski | Dzisiaj, 22:53

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” to trochę jak odpalenie starej, dobrze znanej płyty - wiesz dokładnie, co dostaniesz i właśnie dlatego trudno się tym naprawdę zachwycić. Film wjeżdża na ekrany po latach posuchy kinowego Star Wars, ale zamiast robić rewolucję, wybiera najbezpieczniejszą możliwą trasę.

Wiem, jak to zabrzmi, ale to wciąż serial. Tylko że rozciągnięty, napompowany i sprzedany jako kinowe widowisko. Twórcy zamiast kręcić nowy sezon serialu, skondensowali kilka odcinków w pełnometrażowy film. Tak to widzę. Struktura narracji jest tu wręcz epizodyczna. Jest misja, jest przystanek, jest walka, jest kolejna misja. Akcja dzieje się w okresie po upadku Imperium, kiedy galaktyką rządzi jeszcze dość krucha Nowa Republika. Din Djarin (Mandalorianin) działa jako legalny łowca nagród - wykonuje zadania dla „tych dobrych” i na zlecenie pułkownik Ward (Sigourney Weaver) ściga resztki imperialnych sił. Znamy to doskonale.

Dalsza część tekstu pod wideo

Mando dostaje zlecenie odnalezienia nieuchwytnego imperialnego watażki. Problem w tym, że trop prowadzi do świata przestępczego… a konkretnie do rodziny Huttów. Huttowie proponują układ - pomogą znaleźć imperialnego dowódcę, ale w zamian Mando musi odnaleźć i uratować Rottę - syna samego Jabby, jedynego prawowitego spadkobiercę tronu. Niestety całość sprawia wrażenie pretekstu do kolejnych scen akcji, a nie spójnej historii. Z drugiej strony zaletą dla niektórych może być fakt, że nie ma tu żadnego ratowania galaktyki czy epickiego konfliktu dobra ze złem. To nie jest historia, która zmienia układ sił w galaktyce (choć dość zaskakująco ma pewien nieoczywisty wpływ na kanon) czy rozwija mitologię. Ot, robota dnia dla łowcy nagród. Problem w tym, że o ile w serialu było to siłą „Mandaloriana”, w wersji kinowej brakuje ciężaru i... magii kina.

„The Mandalorian & Grogu” (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney]. Galaktyczny John Wick

„The Mandalorian & Grogu” (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney].
resize icon

Tak, wątek Rotty Hutta to ciekawy pomysł, który jednak nie do końca działa. Napakowany syn Jabby (Jeremy Allen White) to bardziej zbuntowany dzieciak z problemami niż gangster. Z pozoru brzmi to jak coś świeżego, ale wykonanie kuleje. Postać jest dziwnie napisana, jeszcze dziwniej zagrana i momentami po prostu nudna. Zamiast dodać dramatyzmu, często wybija z klimatu. Z kolei Din Djarin z milczącego rewolwerowca stał się praktycznie kosmicznym Johnem Wickiem - eliminuje wrogów hurtowo, bez większych emocji i refleksji, ale też nie ma tu godnego rywala. Dlatego też ciężko uwierzyć, że coś mu zagrozi, nawet gdy dostaje wciry. Trudno się z nim też związać w kinie. Jego hełm zostaje na głowie przez większość czasu, a decyzje rzadko mają realne konsekwencje. Samego Pedro Pascala jest więc tak naprawdę tyle, co kot napłakał, więc jeśli ktoś liczył, że film rozwinie tę postać, będzie bardzo zawiedziony.

Na szczęście jest Grogu - i to on robi robotę. Mały zielony mistrz mimiki znowu rozbraja. Spojrzenia, gesty, drobne reakcje - to wszystko działa lepiej niż połowa dialogów w filmie. Co więcej, dostaje w końcu fragment historii, w którym to on przejmuje inicjatywę. I to są jedyne momenty filmu, w których akcja trochę zwalnia, ale nie liczcie na wyżyny scenariuszowe. Jeśli coś tu dobrze działa, to relacja Mando i Grogu. To wciąż emocjonalny rdzeń całej historii. Motyw rodzicielstwa, troski, przekazywania wartości - to wszystko jest tu nadal obecne, choć momentami przykryte hałasem akcji. Gdy film zwalnia i skupia się na tej relacji, pokazuje, że może być czymś więcej niż tylko kosmiczną naparzanką. Napisałbym, że jest to doskonała produkcja, by udać się na nią z dziećmi, ale raczej z tymi trochę starszymi, bo jest tu kilka mrocznych momentów, walk z brzydkimi potworami i jumpscare'ów.

„The Mandalorian & Grogu” (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney]. To wciąż "Gwiezdne Wojny"

„The Mandalorian & Grogu” (2026) - recenzja i opinia o filmie [Disney].
resize icon

Oczywiście nie możemy zapominać, że to wciąż "Gwiezdne Wojny", więc są pościgi, walki, kosmiczne bitwy, infiltracje, swoisty zestaw „Star Wars starter pack”. Początek historii to tylko punkt wyjścia do serii przygód, które prowadzą bohaterów przez różne planety, kolejne walki i spotkania z mniej lub bardziej dziwacznymi stworzeniami. I muszę przyznać, że widoki plenerowe i design niektórych wrogów potrafi naprawdę zrobić wrażenie, a wszystkiemu towarzyszy też często niezła, elektroniczna muzyka. Paradoksalnie najlepiej wypadają momenty z praktycznymi efektami - kukiełki, animatronika, stare dobre rzemiosło. To one przypominają, jak kiedyś budowano klimat Star Wars i dlaczego to wszystko działało. CGI z kolei nie zawsze działa tu dobrze. Kosmiczne starcia i strzelaniny mogą się podobać (AT-AT pięknie padają), ale już sceny walk bywają chaotyczne, momentami wręcz nieczytelne.

Film wyraźnie gra pod nostalgię. Czuć inspiracje starymi westernami i klasycznym sci-fi. Problem w tym, że zamiast miksować to w coś świeżego, często wychodzi kopiuj-wklej tego, co już przecież znamy z serialu. Są tu sceny, które przywołują na myśl filmy Marvela i walki na arenie rodem z przygód Hulka i Thora, tylko finalnie te walki miały znacznie większy rozmach w produkcjach superbohaterskich. Czuć po prostu czasami, że kinowy Grogu pachnie jakością serialową (momentami kuleje nawet CGI) i nie niesie ze sobą tego bogactwa realizacyjnego, na jakie liczyliśmy, idąc do kina na nowe "Gwiezdne Wojny". To napisawszy nie odbieram fanom dobrej zabawy - jest tu sporo smaczków do odkrycia, choćby świetna "rola" Martina Scorsese (najlepsza nowa postać) czy walka z pewnym łowcą nagród wyjętym z animacji, tyle tylko, że nie jest to już Star Wars wyznaczające trendy - to Star Wars, które próbuje dogonić innych.

Nie da się ukryć, że to wszystko jest bardzo bezpieczne. Film nie próbuje niczego nowego, nie ryzykuje, nie wychodzi poza sprawdzone ramy z serialu. Ale serial miał jednak intrygę, poczucie odkrywania tajemnicy, cel, tutaj jest to znacznie mniej odczuwalne. Zamiast rozwijać uniwersum film raczej podtrzymuje je przy życiu. Jeśli jednak idąc do kina, nastawicie się na to, że to bardziej poboczna misja i nowy, dłuższy odcinek "Mandalorianina" (raczej z tych średnich, niż wysokich lotów), a nie pełnoprawny rozdział sagi, to z taką optyką można się już naprawdę dobrze bawić. To nie jest zły film - to po prostu film, który nie był potrzebny i który boi się być czymkolwiek więcej. A ja oczekiwałem właśnie tego "więcej".

Atuty

  • Grogu – król ekranu i emocji
  • Efekty praktyczne, strzelaniny w kosmosie - to wciąż Gwiezdne Wojny
  • Lekki, przygodowy klimat
  • Przyziemna przygoda może być zaletą
  • Podobała mi się muzyka

Wady

  • Fabularnie to wydłużony odcinek serialu
  • Brak stawki i konsekwencji
  • Momentami słabe CGI
  • Niewykorzystany potencjał Rotty
  • Nie ma tu niczego nowego

Bezpieczna, momentami przyjemna kinowa wycieczka — bardziej misja poboczna niż pełnoprawny, kinowy powrót Gwiezdnych Wojen.

6,0
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper