Dobry Omen (2019) - recenzja 3. sezonu serialu [Amazon]. Kiedy ojcowie marki są nieobecni

Dobry Omen (2019) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Kiedy ojcowie marki są nieobecni

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 20:00

Wielkimi krokami zbliża się drugie nadejście Chrystusa, a wraz z nim koniec świata - ludzie zostaną rozliczeni ze swoich przewin i zasiądą w upierdliwie ciasnych i pozbawionych jakichkolwiek dekoracji salach Boga lub Szatana. Rzecz w tym, że nowo wybrany archanioł Aziraphale wcale nie chce aby świat się skończył. Zamierza więc działać, spróbować sprawić, aby Jezus po prostu zaprowadził na świecie pokój, zamiast doprowadzać go do metaforycznej mety. A Crowley? Leży gdzieś na ulicy i leczy kosmicznej wielkości kaca. 

Literacki "Dobry Omen" zajmuje ważne miejsce w moim sercu, ponieważ była to jedna z pierwszych książek, do jakich się przekonałam i którą naprawdę chciałem przeczytać - zaraz za przygodami Harry'ego Pottera. Polecił mi ją brat, już wtedy całkiem spory fan prozy Terry'ego Pratchetta. Być może to właśnie jego wpływ sprawił, że chwilę później byłem już fanatycznym entuzjastą "Świata dysku", podczas gdy Gaiman prawie kompletnie zniknął z mojej książkowej mapy. Niby byłem świadom jego wkładu w świat komiksu i przybliżenie szerszemu czytelnikowi mitologii nordyckiej, ale jakoś nigdy nie zdarzyło mi się przeczytać ani "Koraliny", ani "Amerykańskich bogów" ani takiego choćby "Gwiezdnego pyłu". Widziałem jednak filmy/seriale na ich podstawie i w każdym znaleźć można było jakąś wartość. Zdecydowanie jest to autor lubiący przemyślane, pełne interesujących, satysfakcjonujących zwrotów historie, wypełnione alegorycznymi, ciekawymi postaciami.

Dalsza część tekstu pod wideo

Kiedy Amazon zdecydował się dać zielone światło drugiemu sezonowi "Dobrego omenu", Pratchetta nie było już wśród żywych, więc odpowiedzialność za ostateczny kształt serialu spadła na Gaimana i widać, że drugi sezon bardzo mocno zmienił ton całej opowieści. Zrobiło się poważniej (choć to wciąż zdecydowanie komedia), bardziej dramatycznie i jakoś tak... Mniej brytyjsko. Brzmi absurdalnie, wiem, w końcu to wciąż angielski serial, z głównie angielską obsadą i angielskim pisarzem u steru, lecz zniknęła gdzieś ta bystra obserwacja świata i absurdystucznie napisane, acz wciąż wyraźnie ludzkie postacie, które zawsze tak dobrze wychodziły Terry'emu. Wciąż nie oglądało się tego źle, ale do pierwszego sezonu (i, przede wszystkim, książki) brakowało całych lat świetlnych. Teraz natomiast, przez wzgląd na oskarżenia, z którymi mierzy się Gaiman, w pokoju scenarzystów zabrakło i jego. Pytanie jest takie - czy to dobrze dla serialu, czy jednak źle? 

Dobry Omen (2019) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Po co te nowości wprowadzane na ostatniej prostej?

Niej będę trzymał cię w niepewności - ostatni, finałowy sezon "Dobrego omenu", który tak naprawdę jest 90 minutowym filmem, a nie serialem, nie jest za dobry. Dostajemy centralną tajemnicę, której rozwiązanie jest niemal od początku oczywiste, wprowadzone zostają nowe postaci, które nie wnoszą absolutnie nic do całej opowieści i wychodzą z niej bez żadnej satysfakcjonującej puenty, a samo zakończenie, choć udaje całkiem urocze, w rzeczywistości nie ma żadnego sensu, jeśli choć pół sekundy się nad nim zastanowić. 

Zacznijmy od Jezusa (Bilal Hasna). Syn boży dostaje nowe ciało i zadanie ruszenia na ziemię celem zjednania sobie ludzi. Wychodzi z tego kilka względnie ciekawych gagów, jak choćby ten, że umie on gadać praktycznie wyłącznie przypowieściami, ale wyszedł już trochę z wprawy, więc kiepsko mu one wychodzą. Całkiem szybko - i w pełni przypadkowo - zostaje on oddelegowany do wybitnie pobocznego zadania, gdzie poznaje Marka Addy'ego (to akurat zawsze plus) i... Kompletnie traci jakiekolwiek znaczenie dla dalszej części fabuły. Niby spoko, bo to i tak już od dawna jest historia dwóch zakochanych w sobie istot wyższych, ale za czasów Pratchetta końcowi tego wątku towarzyszyłaby jakaś zgrabna puenta, a i pewnie dorzucałoby ono choć niewielką cegiełkę do rozwiązania głównej intrygi. Tu nie dostajemy niczego takiego.

Dostajemy też ekranowy debiut Boga i Szatana. Nie będę zdradzał kto się w nich wciela, ale tak jak nie jest źle. Zwłaszcza casting Diabła wypada bardzo ciekawie - raczej nieoczywisty wybór, acz na swój sposób bardzo trafny i dobrze odzwierciedlający charakter tego świata. Nie do końca podoba mi się natomiast Bóg - nie dlatego, że jest czarną kobietą (choć jestem pewien, że dla niektórych będzie to rzecz nie do przełknięcia), a dlatego, że mieliśmy już w tej roli Frances McDormand w pierwszym sezonie - co, nie można było zdobyć jej żeby zachować ciągłość? Niby to był tylko jej głos, więc pewne pole do manewru istniało, ale nie rozumiem po co zmieniać coś, co już było doskonałe. Chyba że po prostu nie było ich na nią stać. Wtedy okej. Zwłaszcza, że ta nowa też wcale nie radzi sobie źle. Można dyskutować o zasadności pojawienia się ich obojga w tym zakończeniu oraz roli, jaką ostatecznie odegrają, ale sami aktorzy dali radę. O zakończeniu jeszcze może wspomnę. 

Dobry Omen (2019) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Biednemu wiatr w oczy

Niestety, widać, że Amazon próbował ukręcić łeb całej tej produkcji i tylko czysty upór zainteresowanych pozwolił dowieźć jakiekolwiek zakończenie. Objawia się to, między innymi, srogo obciętym budżetem. Zapomnij o scenach podróży przez malowniczą Anglię, jakichś bardziej ambitnych sekwencjach czy wizualnych fajerwerkach. Niebo i piekło zawsze były w tylko pojedynczymi lokacjami, z raczej niewielką ilością detali i dekoracji, ale tym razem to samo spotkało i Soho, czyli londyńską dzielnicę, w której rozgrywa się większa część akcji. To teraz praktycznie jedno skrzyżowanie z dwoma-trzema fasadami, jedną boczną alejką, w której swoje smutki odsypia Crowley i... Bardzo prostymi, tekturowymi atrapami, podpisanymi jako "in development" czy coś w tym stylu. Wiadomo, postacie są ważniejsze, ale teraz trudno pozbyć się wrażenia, że ogląda się teatr telewizji, a nie pełnoprawną produkcję, zrobioną przez bogatą jak siemasz firmę.

Będzie spoiler dotyczący zakończenia.

Na tym etapie, jedynym, co ciągnie ten cyrk do mety, jest niezaprzeczalna chemia i bromans, który od lat łączy Davida Tennanta i Michaela Sheena. Można płakać, że dlaczego wszystko musi się kręcić wokół wątku homoseksualnego, choć ja wcale tak tego nie widzę. To są dwie boskie istoty, stojące wysoko ponad takimi podziałami, a ich relacja jest absolutnie czysta i piękna, jak przyjaźń najwyższego kalibru (z małym całusem tu i tam, bo inaczej widz mógłby nie zrozumieć). To napisawszy, wydaje mi się, że obaj panowie są działają najlepiej, kiedy drą koty, kiedy jeden z nich próbuje być delikatny, a drugi najchętniej by go pogryzł. Na szczęście, tego typu scen, gdzie te ich charaktery się wzajemnie uzupełniają, jest tu cała masa. Dopiero bliżej końca można mówić o jakimś większym pojednaniu. Co tyczy się natomiast samego zakończenia... To jest ono po prostu głupie. Reżyserka, Rachel Talalay, pozycjonuje je jako uroczy happy end dla naszych bohaterów, ale przecież ludzie grani przez Tennanta i Sheena w ostatniej scenie to nie są Aziraphale i Crowley, których znaliśmy, a kompletnie nowe postacie, pozbawione ich wspomnień i dusz, jedynie wyglądające tak samo jakimś absurdalnym zbiegiem okoliczności - co też nie ma sensu, bo Bóg obiecał, że stworzy świat bez Boga, bez boskiego planu i innych takich dziwactw. Więc co, akurat tak się złożyło, że w tym kompletnie nowym świecie, w tym samym czasie, urodzili się ludzie o bardzo podobnych nazwiskach i tych samych twarzach, co nasz anioł i ex-demon? To nie jest urocze, a zwyczajnie głupie i pokazuje jak niewiele pracy umysłowej w pisanie scenariusza włożyli autorzy tego sezonu.

Obawiam się, że jakiej oceny nie wystawię temu sezonowi/filmowi, i tak będzie źle. Bo z jednej strony dostajemy tu garść naprawdę świetnych aktorów, którzy bardzo dobrze wiedzą, co robią, więc zbyt niska ocena byłaby dla nich mocno krzywdząca, z drugiej cięcia budżetowe i skandalicznie słaby scenariusz aż proszą się o zmieszanie z błotem. Ostatecznie jednak, jak to się mówi, z g@wna bicza nie ukręcisz, a skoro fundament całego projektu leży i kwiczy, to nawet najlepsza obsada świata nie da rady go uratować. Kilka niezłych, uroczych scen filmu nie czyni. 

Advertisement

Atuty

  • Michael Sheen i David Tennant;
  • Kilka zabawnych scen;
  • Finał z Bogiem i Szatanem całkiem klimatyczny.

Wady

  • Kompletny, narracyjny chaos;
  • Kiepska, przewidywalna intryga;
  • Kompletnie niepotrzebne, nowe postacie, pojawiające się tylko po to, by zaraz zniknąć;
  • Widoczne cięcia budżetowe;
  • Skandalicznie słabe zakończenie, które próbuje udawać, że wcale nie jest złe.

"Dobry Omen" kończy się bez fanfar. Bardzo dobry serial, który dostaliśmy siedem lat temu powinien był zakończyć się wraz z książka. Producenci nie potrafili jednak powiedzieć stop, dopóki nie wyeksploatowali go niemal do zera.

4,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper