Jay and Silent Bob: Chronic Blunt Punch - recenzja gry. Snoochie boochies
Jay i Cichy Bob chcieli, jak zawsze, spędzić produktywny dzień dilując spod swojego ukochanego Quick Stopu i słuchając muzyki. Na miejscu przekonali się jednak, że w sklepie trwa ostra rozróba. Jeśli chcą odzyskać swoją miejscówkę, będą musieli spuścić wpierdziel dzieciom, ministrantom seksi laskom, starym dziadom i stolcowym potworom. Wszystko po to, by ustalić kto stoi za tą kompletnie niesprawiedliwą napaścią!
Na początku lat dziewięćdziesiątych, niepozorny entuzjasta komiksów i kinematografii, pracownik lokalnego marketu w New Jersey, niejaki Kevin Smith, postanowił zrobić film. A że nie miał na to ani funduszy, ani zaplecza, ani właściwie niczego, cały swój debiut zaplanował wokół tych niedogodności. Kręcił nocami w miejscu swojej pracy, w czerni i bieli, żeby pora dnia nie rzucała się za bardzo w oczy. Sam zagrał jedną z ról, a w większości pozostałych obsadził swoich przyjaciół. Jego ostry, ale przy tym życiowy i zabawny styl pisania dialogów sprawiły, że "Clerks", czy też "Sprzedawcy", jak film znany jest u nas, stali się hitem, zarabiając w samych tylko kinach ponad cztery miliony dolarów, przy budżecie 27 tysięcy. Wydane rok później "Szczury z supermarketu" mogły pochwalić się budżetem, obsadą, gościnnymi występami i wszystkim tym, czego komedia potrzebuje aby odnieść sukces. Maszyna pod tytułem ViewAskewniverse ruszyła, a świat pokochał Jaya i Cichego Boba do tego stopnia, że zaliczyli oni nawet gościnny występ w trzecim "Krzyku", doczekali się dwóch serialu animowanych i nawet gier. Najnowszą z nich zajmiemy się dzisiaj.
"Jay and Silent Bob: Chronic Blunt Punch" powstawało równo dekadę, swoje życie zaczynając jaki projekt crowdfundingowy. Tego typu kickstarterowe kampanie często wykładają się po drodze, albo nigdy nie dowożąc końcowego produktu, albo wypluwając na rynek coś, co nigdy nie powinno było ujrzeć światła dnia. Dlatego już sam fakt, że gra wyszła, wygląda całkiem solidnie i zazwyczaj działa, jest godny odnotowania. Słowo klucz? Zazwyczaj. Ale po kolei!
"Chronić Blunt Punch" to prosty w swoich założeniach, bardzo klasyczny beat'em up, dostosowany do warunków grania na konsoli. Oznacza to, że nasza postać nie ginie co pół sekundy i nie musimy ładować kolejnych creditów, byle móc grać dalej - co i tak nie miałoby sensu, skoro gramy na konsoli i możemy "wrzucać" kolejne monety do woli. Ma to jednak również swoje słabe strony, ponieważ oznacza to, że aby móc kontynuować zabawę po straceniu całego paska życia, drugi gracz (lub my sami) musi wskrzesić nasze powalone cielsko. Niby prosta sprawa, ale bywają momenty, gdy jest to praktycznie niemożliwe.
Jay and Silent Bob: Chronic Blunt Punch - recenzja gry. Klasyka w najczystszym wydaniu
Być może brzmi to jakby gra była technicznie irytująca, ale nie jest to (do końca) prawda. Na samym początku wybieramy sobie, czy wolimy grać Jayem czy Cichym Bobem. Obaj panowie chodzą z tą samą prędkością i mogą wystosować podług przeciwnika lekki atak (kwadrat), mocny atak (trójkąt), unik (kółko), skok (iks), atak specjalny (L1) oraz atak wsparcia (R1). I, dla dobicia, pod L2 schowany jest również blok, choć nie jestem pewien, czy skorzystałem z niego chociaż raz przez całą grę. Sterowanie jest bardzo intuicyjne, oparte na znanych schematach i sama rozwałka jest raczej przyjemna. Musimy ustawić się na odpowiedniej płaszczyźnie aby faktycznie trafiać przeciwnika swoimi ciosami (raczej wiele wybaczające widełki), po czym możemy albo tłuc przysłowiową pałę, albo z namysłem kosić kolejne combosy. Te odblokowujemy w trakcie zabawy. Gdzieś poza naszym widokiem napełnia się niewidzialny pasek, dzięki któremu obie postacie zdobywają koleje poziomy doświadczenia. W praktyce oznacza to, że zyskujemy dostęp do kolejnych combosów. Jedne są bardziej przydatne - bardzo wczesne uderzenie bongosem Jaya służyło na i praktycznie przez całą grę - inne już bardziej w określonych sytuacjach, jak zdobyte na siódmym levelu air combo, które pozwala raz, że dosięgnąć wysoko ustawionych przeciwników, a dwa, że uciec przed atakami obiegającej nas chmary wrogów. Nie ma mowy o przesadnej złożoności - to głównie po prostu naparzanina bez ładu i składu, w której wygrywa ten, który bije szybciej - ale można czerpać radość z kolejnych, solidnie animowanych ciosów i tego, jak stołują one akcję na ułamek sekundy.
Przeciwnicy, których bijemy nie są jakoś przesadnie złożeni, ale część z nich jest sympatycznie wyrazista, dzięki czemu w rozgrywkę wprowadzana jest pewna dozą świeżości. Większość wrogów można po prostu tłuc, aż padną, ale na ostatnim etapie zabawy (na oko dwa z dziewięciu poziomów) pojawiają się zbitki, na które trzeba uważać.rozumuem, że absolutnym standardem gatunku są wrogowie, którzy za nic mają sobie twoje ataki, ale jeśli sparować ich do tego z brakiem czasu jakiejkolwiek niewrażliwości po zebraniu bęcek z naszej strony i możliwością ciągnięcia comco w nieskończoność, rozgrywka staje się "odrobinę" irytująca.
Na pewno robi robotę zrozumienie tematu przez team developerski - na każdym z dziewięciu etapów dostajemy dosłownie dziesiątki odniesień do kolejnych filmów Kevina Smitha. I nie tylko do nich! Widziałeś kiedyś cycatą łaskę z różowymi włosami? Przecież to po prostu Poison z "Final Fight"! Widzimy też odbijającego się na swojej lasce Sknerusa McKwacza i znanego z "Double Dragon " Adobo, który wreszcie wygląda tak, jak powinien - jego głowa to to dosłownie precel. Rzecz w tym, że żaden z tych przeciwników nie zostaje na dłużej w pamięci gracza. Wyjątkiem mooooooże są gówniane potwory, ale wyłącznie ze względu na swój design? Dlaczego znalazły się w grze? Bo były tematem w "Dogmie". Jaki to ma związek z tą tutaj grą? No... Żaden. Fani twórczości Smitha zdecydowanie będą cieszyć mordkę w każdym jednym levelu - czy to obserwując elementy tła czy design przecieków - ale dla całej reszty publiczności nie ma tu absolutnie niczego, co jakkolwiek wychodziłoby przez szereg.
Jay and Silent Bob: Chronic Blunt Punch - recenzja gry. Testował to ktoś?
"Chronic Blunt Punch" mogłoby być całkiem solidnym, nawet jeśli nie wybitnym tytułem. Napisać jakąkolwiek, pretekstową fabułę, dorzucić do tego solidny gameplay i wystarczy. Rzecz w tym, że fabuły jest tu tyle, co nic - zrozumiałe w beat'em upach - a sama rozgrywka mogłaby być okej...gdyby działała. Niestety. Obecny stan gry pozostawia bardzo wiele do życzenia. Pierdoły, takie jak zaznacz się menu powracające do pozycji wyjściowej sekundę przed wejściem w kolejną kartę dałoby się jeszcze wybaczyć - to bardzo irytujący przytyk niż cokolwiek innego. Najgorszy jest jednak fakt, że okazjonalnie gracz zostanie unieruchomiony, ponieważ Cichy Bob idzie nieustannie w lewo i nie robi nic innego, a Jay zaczyna kopać, zasadniczo pozbawiając się możliwości wykonania dowolnego innego ruchu. I nie pomaga przełączenie padów, maltretowanie klawiszy ani nic takiego. Trzeba zwyczajnie zresetować poziom, co w połączeniu z innymi błędami w kodzie sprawia, że gra staje się bardziej irytująca niż przyjemna.
"Chronić Blunt Punch" to zasadniczo nie najgorsza naparzanka, która nie ma jednak niczego ciekawego do zaoferowania i przy tym jest pełna błędów, wpływających na przyjemność z zabawy. Rozgrywka dla jednego gracza jest męcząca, ponieważ druga postać nie robi nic ponad czekanie na swoją kolej, która nadejdzie tylko wtedy, kiedy gracz wdusi odpowiedni przycisk, ale tylko wtedy, kiedy nikt go akurat nie bije, przez co istnieje możliwość, że chcemy się przełączyć przy połowie życia, ale zwyczajnie nie jest to możliwe. Nie jest to jednak problem, ponieważ pierwszych osiem poziomów nie stanowi żadnego problemu dla dwóch graczy siedzących obok siebie. Dopiero ostatni staje się względnie wymagający podczas walki z ostatnim bossem, co jasno pokazuje, że gra została wyważona "na oko".
Czy bawiłem się z nowym Jayem i Cichym Bobem dobrze? Chciałbym powiedzieć, że tak, ale ilość powtórzeń ostatniego poziomu, które musiałem odbębnić ponieważ gra była zwyczajnie zepsuta, skutecznie ostudziła mój zapał. Całość jest krótka - tych dziewięć poziomów można przejść spokojnie poniżej trzech godzin, a gra nie robi nic, aby zachęcić nas do dalszej zabawy. Kilkunastominutowe poziomy przechodziło się całkiem przyjemnie dopóki kierowany przez mojego syna Cichy Bob nie zaczynał nagle "iść w lewo", skutecznie uniemożliwiając progres. Może i zostanie to naprawione, ale z drugiej strony, grałem w grę już po jej premierze, więc nie rozumiem czemu miałbym wybaczyć jej tak rażące błędy. "Chronić Blunt Punch" mógł być niezłym średniakiem bez polotu, ale ilość błędów ciągnie go w dół.
Ocena - recenzja gry Jay and Silent Bob: Chronic Blunt Punch
Atuty
- Sympatyczne spite'y;
- Dużo odniesień do filmów Smitha;
- Kiedy gra działa, można bawić się z nią całkiem sympatycznie.
Wady
- Bardzo podstawowy system walki, który w żaden sposób nie rozwija się w tekście rozgrywali;
- Jaka fabuła?
- Brak zabezpieczenia przed wpadnięciem w pętlę bez możliwości wyjścia,;
- Irytujące bugi;
- Spite'y robią się mocno rozmyte przy scenkach dialogowych;
- Brak choćby próby zrobienia czegoś nowego.
"Jay & Silent Bob: Chronic Blunt Punch" mógł być zdecydowanie gorszy, ale z całą pewnością powinien był być lepszy. Nie ma powodu dla którego ktoś inny niż fani Kevina Smitha mieliby sięgnąć po tę grę.
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych