Legacy of Kain: Ascendance — recenzja gry. Zbezczeszczona świętość

Legacy of Kain: Ascendance — recenzja gry. Zbezczeszczona świętość

Paweł Musiolik | Wczoraj, 22:30

Mogłoby się wydawać, że po dwóch udanych remasterach od serii Legacy of Kain/Blood Omen odwraca się zły omen i pojawił się cień szansy, na powrót serii do świata żywych z nową produkcją. Wychodzi na to, że życzenia powrotu zostały złożone za pomocą tzw. małpiej łapki, bo to, co sobą reprezentuje Legacy of Kain: Ascendance niewarte jest Waszej uwagi. Tak szczerze, to nie mam żadnego pojęcia, czemu ktoś dał zielone światło temu projektowi.

Dalsza część tekstu pod wideo

Jak jednym ruchem podważyć całe uniwersum

Legacy of Kain: Ascendance powstało na bazię bardzo chłodno przyjętego (delikatnie mówiąc) komiksu Legacy of Kain: The Dead Shall Rise. Wprowadził on do świata Nosgoth nową postać Elaleth, siostrę Raziela, której bez problemów można przypisać wszystkie cechy Mary Sue. W komiksie, jak i w samej grze, okazuje się, że za wszystkimi znanymi do tej pory wydarzeniami stoi kierowana przez Hyldenów siostra Raziela, notabene potężniejsza niż Raziel i Kain. Seria przez lata eksperymentowała z podróżami w czasie, często bawiła się w tzw. retcony, czyli uzupełniała wydarzenia nowymi rzeczami. Czasami lepiej, czasami gorzej. Jednak nigdy poniżej jakiegoś poziomu nie schodzono. W wypadku Legacy of Kain: Ascendance dostajemy wydarzenia ocierające się o idiotyzmy, zaprzeczające charakterom postaci, ich motywacji i znaczącym wydarzeniom nadającym ton w pozostałych odsłonach serii.

I być może w jakimś akcie szaleństwa ten zabieg mógłby się udać, gdyby stali za nim ogarnięci scenarzyści. Tak jednak nie jest, całość zalatuje fanfikiem pisanym przez zafiksowanego na marce osobnika. Motywacją Elaleth jest jej zabity chłopak i chęć zemsty na bracie. Wątek fabularny jest sklecony na kolanie, podawany w poszarpany sposób, zupełnie jakby scenarzyści nie wiedzieli, jak połączyć ze sobą to, co oferował komiks. Wiele razy łapałem się za głowę w reakcji na scenki prezentowane przez grę, by przy zakończeniu zaliczyć jednego z największych facepalmów w swoim życiu.

Pikselowa platformówka, w której nic nie gra

Skoro warstwa fabularna jest poniżej krytyki, to może chociaż rozgrywka? Cóż, nie. Twórcy postanowili przygotować dwuwymiarową platformówkę z elementami walki, w której ani część platformowa nie jest dobra, ani ta związana z walką. Skakanie jest sztywne i mało dokładne. Postać ma problem z odbijaniem się od ścian i wspinaniem na krawędzi. Raziel i Elaleth potrafią się wznosić w powietrze, choć są ograniczeni, nazwijmy to, paskiem wytrzymałości. Rozgrywka nimi jest z tego powodu dużo łatwiejsza, gdyż design poziomów aż tak nie różni się od tego, gdy gramy Kainem i Razielem w postaci Sarafana, którzy mogą tylko skakać. 

Walka, podobnie jak aspekty platformowe, jest prosta. Jeden rodzaj ataku wręcz, latające wampiry mogą dodatkowo atakować z powietrza, co trywializuje każde starcie. Wszyscy mogą stosować uniki oraz parować ciosy i wyprowadzać kontry. Oto cały „system” walki w Legacy of Kain: Ascendance. 

Ciekawym pomysłem, jednym tak naprawdę z nielicznych, jest fakt ciągłego tracenia życia przez wampiry, przez co musimy co chwilę się pożywiać krwią. Oczywiście mamy jej w nadmiarze, więc nie jest to zbyt duże zagrożenie dla naszej postaci. Nie to, co ogień i woda. Zgodnie z lore, dotknięcie wody = śmierć wampira. Ogień zadaje nam spore obrażenia, więc co zrobili deweloperzy? Nawrzucali wszędzie ognisk i pochodni, które są dla nasz większym zagrożeniem niż każdy przeciwnik i boss razem wzięci.

Dla urozmaicenia rozgrywki dodano trochę sekretów w postaci wpisów do kroniki przedstawiających lore świata Nosgoth, parę znajdziek podnoszących poziom życia oraz artefakty wzmacniające naszych bohaterów. I to tyle. Oczywiście możemy przechodzić grę więcej niż raz, po jej ukończeniu mamy opcję wyboru poziomu, gdybyśmy coś pominęli, choć szczerze, nie widzę powodu, by męczyć się z grą więcej niż raz. Jej ukończenie zajmuje coś koło czterech godzin i to wystarczający czas tortur.

Jakieś pozytywy? 

Czy w Legacy of Kain: Ascendance są jakieś pozytywy? Tak, oba związane z udźwiękowieniem produkcji. Po pierwsze, wracają aktorzy głosowi znani z oryginału. Simon Templeman jako Kain brzmi nadal świetnie (nawet mimo niektórych fatalnych dialogów), podobnie jak Michael Bell w postaci Raziela. Choć w jego wypadku, niestety, słychać w głosie jego wiek (87 lat to nie w kij dmuchał), co trochę wybija z wczutki. Wydarzenia dzieją się przed oraz w trakcie oryginalnych gier, więc… no cóż, nic z tym nie zrobimy.

Druga sprawa to ścieżka dźwiękowa, która jest najjaśniejszym punktem całej gry. Jednakowo nowe kompozycje stworzone przez Celldwellera (Klaytona), jak i remiksy znanych utworów, którym nadano mocno industrialowego brzmienia. Ozar Midrashim już w oryginale był „mocnym” utworem, a remiks dodatkowo nadaje mu dynamicznego, metalicznego brzmienia. Gdyby tylko cała gra trzymała poziom ścieżki dźwiękowej, to łatwiej byłoby mi przetrawić powrót Kaina i Raziela. 

Plusikiem są też niektóre scenki w trójwymiarze, które wyrenderowano w stylistyce retro 3D, inspirowanej erą PS1. Szkoda, że całej gry nie zaprezentowano w ten sposób, wypadałaby na pewno lepiej niż miernej jakości pikselart doprawiony animowanymi scenkami z brzydką kreską i jeszcze gorszymi, prostacko animowanymi portretami. Niestety, Legacy of Kain: Ascendance jest małym potworkiem, z którego ucieszą się chyba tylko fani Blood Omena 2. Ich ulubiona gra nie jest już najgorszą odsłoną serii i niewiele wskazuje, by cokolwiek mogło odebrać ten tytuł Legacy of Kain: Ascendance.

Advertisement

Ocena - recenzja gry Legacy of Kain: Ascendance

Atuty

  • Ścieżka dźwiękowa
  • Powrót znanych aktorów głosowych

Wady

  • Słaba platformówka ze słabym systemem walki
  • Bardzo słaby design poziomów
  • Fabularna miazga
  • Krótki czas gry
  • Styl wizualny

Szkoda słów...
Graliśmy na: PS5

Paweł Musiolik Strona autora
cropper