Lucky Luke (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Disney+]. Legenda, która chce urosnąć
Kiedy w 1946 roku belgijski rysownik Morris powołał do życia samotnego kowboja, który potrafi strzelić szybciej niż własny cień, chyba nie przewidział, że osiemdziesiąt lat później ten flegmatyczny bohater wyląduje w samym oku internetowego cyklonu. Przeniesienie ikonicznej, wpisanej w europejskie DNA postaci do formatu wielkobudżetowego serialu aktorskiego zawsze przypominało spacer po rozkołysanej linie nad Wielkim Kanionem. Wystarczy rzut oka na współczesne platformy wideo, aby utonąć w morzu narzekań na pierwszą odsłonę z 2026 roku.
Cztery godziny żenady i produkcja, która kompletnie nie przypomina komiksu? Ortodoksyjni fani pewnie złapią się za głowy, lamentując nad utratą klasycznego, lekkiego humoru na rzecz ponurej rzeczywistości. Ale zanim dokonamy bezrefleksyjnego linczu na tej francuskojęzycznej superprodukcji od Disney+, weźmy głęboki, kowbojski oddech. Owszem, twórcy odrzucili bezpieczną, komiksową dosłowność, ryzykując gniew tradycjonalistów. Jednak szorstki, zaprawiony w bojach Alban Lenoir dobitnie udowadnia, że dzisiejszy western, mimo narracyjnych potknięć i kilku ewidentnych ślepych zaułków, ma w swoim bębenku ołów zdolny przykuć naszą uwagę na długie wieczory.
Lucky Luke (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Disney+]. Cień, który ostatecznie dogonił swojego rewolwerowca
Adaptacje komiksów duetu Goscinny i Morris od zawsze miały potężnie pod górkę w klasycznym kinie aktorskim. Pamiętam z uśmiechem politowania pokraczne próby z Terencem Hillem z lat 90. czy przaśne, wręcz karykaturalne produkcje z Jeanem Dujardinem, które ostatecznie po prostu tonęły w odmętach przeszarżowanego slapsticku. Twórcy nowego serialu, scenarzyści Mathieu Leblanc oraz Thomas Mansuy, z pomocą reżysera Benjamina Rochera, celująco odrobili tę lekcję. Zignorowali pokusę kręcenia mrugającej do widza, przerysowanej kreskówki, o co zresztą puryści będą mieli do nich największe pretensje.
Zamiast czystego humoru z zeszytów Dupuis, dostajemy rasowe, miejscami wręcz mroczne kino drogi. Akcja pierwszego sezonu mądrze kręci się wokół motywu zmuszenia wyobcowanego samotnika do niechcianej współpracy. Luke, stykając się z żywiołową Louise (w tej roli debiutująca Billie Blain) poszukującą zaginionej w tajemniczych okolicznościach matki, zrzuca wreszcie maskę z teflonu. Z dnia na dzień staje przed wyzwaniem nieporównywalnie trudniejszym niż nawet najszybsza strzelanina w samo południe - musi unieść ciężar ojcowskiej odpowiedzialności. Jednak gdzie podział się słynny cień bohatera, który notorycznie nie nadąża za wyciągnięciem rewolweru z kabury? Został on tu sprowadzony zaledwie do ładnej, psychologicznej metafory doganiającej bohatera przeszłości. I chociaż takie autorskie, niesamowicie dorosłe podejście początkowo uwiera, sprawia zarazem, że świszczące na ekranie kule nabierają tu wreszcie upragnionego ciężaru emocjonalnego.
Lucky Luke (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Disney+]. Gdzie kucharek sześć, tam… Calamity Jane i bracia Daltonowie
Czymże byłby jednak mit o zblazowanym mścicielu bez galerii barwnych łotrów na jego drodze? Disney+ oraz współpracujące z platformą francuskie studia producenckie bez wahania sięgnęły do przepastnego worka z kanonicznymi postaciami, lecz to właśnie tutaj pojawia się największy realizacyjny dysonans. Francuzi serwują nam istny ekranowy tygiel, nad którym nie zawsze potrafią zapanować. Jerome Niel jako legendarny, choleryczny Joe Dalton, mimo wielu trików i scenograficznych iluzji mających oddać jego komiksowy wzrost, nierzadko miota się między budowaniem realnej grozy a niezamierzoną karykaturą.
To istny wulkan neurotycznej, bardzo toksycznej energii, który wprawdzie absolutnie kradnie każdą scenę, w której się zjawia, lecz jednocześnie regularnie burzy pieczołowicie budowaną spójność dramatyczną produkcji. O wiele lepiej wypada Camille Chamoux jako nieokrzesana Calamity Jane - to fantastyczny powiew anarchistycznej siły. Jej ironiczna, uszczypliwa relacja z głównym bohaterem kapitalnie ożywia ekran, idealnie rezonując ze współczesną, wyemancypowaną widownią. Nie sposób nie pochwalić też Victora Le Blonda jako lodowatego, wręcz psychopatycznego Billy’ego the Kida, którego występy budzą szczery niepokój. Niestety, w tym imponującym natłoku westernowych sław gubi się gdzieś całkowicie sens i emocjonalny fundament wątku samej Louise. Scenariusz z irytującą konsekwencją spycha ją w blade tło dokładnie za każdym razem, gdy twórcy po raz kolejny zachłystują się luksusem wprowadzenia na ekran innej potężnej ikony.
Lucky Luke (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Disney+]. Wizualna galopada po Dzikim Zachodzie pod ciężarem kapelusza
Czas jednak przejść do najjaśniejszego punktu całego przedsięwzięcia, elementu, który uchronił ten wehikuł przed spektakularną katastrofą. Zatrudnienie Albana Lenoira do roli Luke’a to wybór, za który początkowo wręcz wieszano castingowców na wirtualnych stryczkach, jednak ekranowo broni się on w sposób wprost brawurowy. Ten francuski twardziel, ekspert od surowego kina akcji, wnosi w uniwersum fenomenalną fizyczność, ostatecznie niszcząc powszechne wyobrażenie o tyczkowatym chłopcu z komiksu. Lenoir kreuje tu archetyp herosa autentycznie wykończonego swoją własną legendą, tudzież rewolwerowca, który z nieukrywaną rozkoszą poszedłby już na emeryturę, pozostawiając ten zepsuty świat samemu sobie.
Wypada w tej apatii piekielnie wiarygodnie, a kiedy w momentach absolutnej ostateczności sięga po broń, z ekranu leje się choreograficzny majstersztyk na miarę westernowej wariacji na temat „Johna Wicka”. Czysto wizualnie nowa propozycja platformy z myszką to mała telewizyjna perełka. Zjawiskowo nasycone, palące słońcem pustkowia, rzemieślniczo zbudowane fasady amerykańskich miasteczek i brudne, wiarygodne kostiumy konstruują gęsty, zawiesisty klimat minionego stulecia. Rzecz jasna, w dobie wszechobecnych green-screenów CGI miewa tu dramatyczne potknięcia - renderowany i ulepszany cyfrowo koń Jolly Jumper regularnie wywołuje frustrujący zgrzyt zębów swoimi nienaturalnymi ruchami. Mimo tego szpecącego detalu, nacisk na w pełni praktyczne efekty podczas strzelanin oraz hipnotyzująca, czerpiąca z dokonań Ennio Morricone muzyka, skutecznie niosą ten projekt do mety.
Lucky Luke (2026) - recenzja i opinia o 1 sezonie serialu [Disney+]. Podsumowanie
Zbierając te wszystkie westernowe trofea w jedną całość, należy obiektywnie przyznać, że pierwszy sezon „Lucky Luke'a” nie jest z pewnością nieoglądalnym fiaskiem, ale nie jest też oczywiście kinowym arcydziełem bez skazy. To niesamowicie śmiała, szarżująca, choć momentami nierówna próba reanimacji staroświeckiego mitu w sposób respektujący zasady dzisiejszego kina gatunkowego. Otrzymaliśmy zatem produkt hybrydowy. To już nie jest infantylna, papierowa bajeczka dla najmłodszych na niedzielny poranek, ale krwisty, angażujący dramat akcji podszyty intrygą, który spina genialny w swoich niuansach Alban Lenoir.
I choć miejscami serial widocznie gubi swoje równe tempo przez nadmiar wygenerowanych komputerowo ulepszaczy oraz zgubne, wielowątkowe rozstaje fabularne, z których mało co wynika dla pobocznych postaci, to ogromny rozmach wizualny, solidna dawka brudu i znakomite finałowe konfrontacje bronią się na medal. Zamiast więc ślepo ufać radykalnym, wściekłym opiniom rozczarowanych wyznawców komiksowego pierwowzoru, warto po prostu nalać sobie szklaneczkę czegoś mocniejszego, samemu wskoczyć w to siodło i przekonać się na własnej skórze, jak intrygująco smakuje nowy, chropowaty Zachód według Francuzów.
Atuty
- Alban Lenoir w roli Lucky Luke'a
- Genialna scenografia
- Choreografia akcji
Wady
- Spłycona rola Louise
- Sztuczny cyfrowy koń
Dla fanów komiksów ciekawostka z mnóstwem smaczków. Dla reszty przyjemna, ale szybko zapomniana familijna rozrywka na jeden wieczór. Disney+ dostał western, który strzela… średnio szybko. Warto sprawdzić, ale niekoniecznie wracać.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych