Conan Barbarzyńca (1982) - retro recenzja [20th Century Fox] Narodziny legendy
Pogłoski o tym, że Arnold Schwarzenegger miałby w najbliższym czasie ponownie sięgnąć po lekko już zakurzony miecz i powrócić do roli Conana z Cymerii w przygotowywanym przez Christopha McQuarriego filmie “King Conan” sprawiły, że część widzów z pewnością powróciła do klasyka z 1982 roku. I dla wielu z nich było to z pewnością doświadczenie z jednej strony odświeżające, głównie z uwagi na znakomitą prezencję Arnolda Schwarzeneggera, a z drugiej mimo wszystko dość osobliwe.
Nawet pobieżna lektura krótkiego, acz niezwykle interesującego życia R. E. Howarda z początku zdaje się potwierdzać to co o literaturze “magii i miecza” pisał choćby w “Danse Macabre” Stephen King. Twierdząc, iż jest to twórczość zrodzona w dużej mierze z odreagowania smutnego losu poniewieranych przez kolegów nastolatków. Wieczorami uciekających w świat wyobrażeń, stając się w nich niezwyciężonymi wojownikami, przed którymi padają kolejni przeciwnicy. Sam “Król horroru” mocno jednak cenił twórczość Teksańczyka, która wymykała się jednoznacznym definicjom. Będąc z jednej strony wyrazem marzeń o powrocie do starych czasów, kiedy można było jeszcze przemierzać ogromne połacie przestrzeni, nie musząc się martwić o tak prozaiczne sprawy jak to skąd wziąć pieniądze na opłacenie czynszu, a z drugiej o niemalże bezklasowym społeczeństwie, w którym główny bohater, nie tylko za pomocą siły fizycznej, ale również sprytu, inteligencji i przebiegłości potrafi wydobyć się z najgorszych opałów, będąc władcą swojego losu.
Choć cykl opowiadań Howarda od początku wydawał się wręcz idealną bazą do filmowej ekranizacji, o której myślano już w połowie lat 70. XX. wieku, sama produkcja napotkała ogromne problemy. Z jednej strony wynikające z kwestii praw do cyklu o Conanie, posiadanych przez wydawnictwo Lancer Books, a z drugiej ze względu na brak odpowiedniego producenta, a następnie także scenarzysty filmu. Ogromny sukces trylogii “Gwiezdne Wojny”, połączony z dużą popularnością książek o Conanie, ilustrowanych przez Franka Frazettę sprawiły jednak, że sprawy nabrały zdecydowanego przyspieszenia. Dopomógł w tym również skrypt przygotowany przez, kojarzonego dziś z zupełnie inną twórczością, Olivera Stone’a. Choć reżyser “Plutonu” przedstawił niezwykle rozbudowaną wizję, trudną do ujęcia w jednym pełnometrażowym obrazie, wiele z jego pomysłów ostatecznie znalazło się w skrypcie, przepisanym przez reżysera Johna Milliusa.
Conan Barbarzyńca (1982) - retro recenzja, opinia o filmie [20th Century Fox] Znakomicie dobrani aktorzy
Scenariusz filmu ostatecznie oparto nie na jednym, a kilku opowiadaniach Howarda, całość podporządkowując jednak klasycznej formule “narodzin bohatera”, którego życie w pewnym momencie zostaje podporządkowane imperatywowi zemsty na Thulsa Doomie (posępny James Earl Jones). Ten jeszcze jako przywódca złowieszczej bandy najeżdża na wioskę Conana, na oczach młodego bohatera zabijając jego matkę, a jego samego biorąc w niewolę. Po ucieczce Conan błąka się po przeróżnych części Hyborii, napotykając na swojej drodze również sprzymierzeńców, w postaciach Subotaia (Gerry Lopez), Czarnoksiężnika Akiro (Mako), a także Valerię (Sandahl Bergman), z którą połączy go nie tylko wspólne zamiłowanie do grabienia skarbców, ale również głębsze uczucie. Wszyscy w pewnym momencie natykają się na Thulsa Dooma, który w międzyczasie został wielkim czarnoksiężnikiem i liderem tajemnego kultu.
Sukces jaki produkcja Johna Milliusa odniosła głównie na rynku VHS nie byłby możliwy, gdyby nie odpowiedni dobór aktorów do wszystkich głównych ról. Choć początkowo rozważano do nich wielkie gwiazdy owych czasów, bardzo szybko zdano sobie sprawę z tego, że specyfika widowiska nakazuje pójście w zupełnie inną stronę. Stąd też decyzja o zatrudnieniu sprawiającego ogromne wrażenie, ale nie mającego w tym momencie dużego doświadczenia aktorskiego Arnolda Schwarzeneggera, wciąż postrzeganego jako kulturysta z ogromnym scenicznym potencjałem. Pociągnęło to za sobą podobne wybory także do innych ról, bowiem Sandahl Bergman znana była wtedy przede wszystkim jako tancerka, którą do roli w “Conanie Barbarzyńcy” polecił współpracujący z nią wcześniej Bob Fosse, a z kolei Gerry Lopez był przede wszystkim surferem. Odważne decyzje miały naturalnie zarówno swoje wady i zalety.
Oglądając dziś Arnolda Schwarzeneggera w filmie Johna Miliusa, na myśl przychodzi od razu słynna kwestia Harry’ego Callahana z “Siły Magnum”: „Prawdziwy mężczyzna musi znać swoje ograniczenia”. I rzeczywiście — rosły Austriak prezentuje się na ekranie znakomicie. Co więcej, już wtedy, bodaj po raz pierwszy w tak dużej produkcji, daje się zauważyć jego talent komediowy, szczególnie w sekwencji wizyty w świątyni Thulsy Dooma. Trudno bowiem zachować kamienną twarz, obserwując sceny, w których próbuje on dostać się do przybytku, przebrany za jednego z mnichów, którego wcześniej bezceremonialnie obezwładnił. Znacznie gorzej wypadają natomiast sceny dialogowe — i wydaje się, że problem ten dotyczy większości głównych aktorów. Rozmowy brzmią sztucznie i momentami nienaturalnie. Na szczęście — wracając do przywołanego cytatu z „Brudnego Harry’ego” — nie ma ich na tyle dużo, by znacząco wpływało to na odbiór filmu. Tym bardziej że nacisk położono tu przede wszystkim na wciągającą, przygodową narrację.
Conan Barbarzyńca (1982) - retro recenzja, opinia o filmie [20th Century Fox] Zdjęcia robią wrażenie
Na tle postawnego, ale też lekko aktorsko drewnianego Schwarzeneggera błyszczeć mogą inni odtwórcy, co dotyczy przede wszystkim Jamesa Earla Jonesa, wcielającego się w Thulsę Dooma. Aktor ten miał w owych latach niezwykłe szczęście do grania głośnych negatywnych bohaterów; o ile jednak w trylogii “Gwiezdne Wojny” używał on przede wszystkim swego niesamowitego głosu, tu mógł już zabłysnąć w pełnej krasie. Idealnie wpisując się w charakter całej produkcji; momentami posępnej i wyjątkowo patetycznej, z którą znakomicie współgra postać herszta wyjątkowo brutalnej bandy, stającego się po latach przywódcą przedziwnego quasi-religijnego kultu, w międzyczasie rozwijającego również zdolności magiczne. Wspomnieć wypada również o stosunkowo krótkim występie Maxa von Sydowa; jeszcze w poprzednich dekadach kojarzonego z zupełnie innym typem kina, który jednak w latach 80. dostarczy kilka niezapomnianych ról w filmach klasy B.
Wielkie wrażenie robią również zdjęcia do “Conana Barbarzyńcy”. Co ciekawe początkowo miano je częściowo realizować w ówczesnej Jugosławii, w której wciąż jednak trwała żałoba po śmierci Josipa Broza Tito, i ostatecznie zdecydowano się na Hiszpanię. Okolice Almerii zapewniły pustynne obrazy, a z kolei na południu Segowii nakręcono część górskich i śnieżnych scen. Seans filmu w 40 lat po jego premierze, jak również innych podobnych produkcji, takich jak choćby “Ciało i krew” Paula Verhoevena, ujawnia to, czego najbardziej brakuje współczesnym produkcjom, w których brud jest często - paradoksalnie - przeestetyzowany, przez co bardzo trudno przejmować się losem głównych bohaterów. W filmie Miliusa trafiają oni do zwykłego przeludnionego miasta, brzydkiego, momentami wręcz obskurnego, który i tak robi lepsze wrażenie niż choćby rozpadający się domek na uboczu, do którego Conan trafił wcześniej. Składa się to wszystko na wiarygodność świata przedstawionego, która robi wrażenie do dziś.
Nic więc dziwnego, że “Conan Barbarzyńca” jest obecnie oceniany nie tylko przez pryzmat bycia prawdziwym klasykiem gatunku, a takim wiele się wybacza, ale również stanowi przykład tego za czym tęsknią widzowie dobrze pamiętający erę VHS. Dziś mocno krytykujący, często pod względem czysto wizualnym nieskazitelne, ale za to pozbawione niezbędnej chropowatości, a przy tym również charakteru, współczesne produkcje fantastyczne. Film Johna Miliusa to przypadek produkcji niepozbawionej wad, którą łatwo obśmiać za pompatyczność, a wręcz nadętość niektórych scen, drewniane dialogi czy też trącące myszką efekty specjalne, który jednak dziś ogląda się wciąż bardzo dobrze.
Atuty
- idealnie pasujący do roli Arnold Schwarzenegger
- świetny casting do pozostałych ról, zwłaszcza Thulsy Dooma
- piękne zdjęcia
- dobrze dobrana muzyka
Wady
- mocno drewniana gra aktorska, co dotyczy zwłaszcza scen dialogowych
- spore problemy z tempem
“Conan Barbarzyńca” to dziś nie tylko klasyk gatunku fantasy, ale również film, który zapewnia ponad dwie godziny dobrej rozrywki z Arnoldem Schwarzeneggerem w najwyższej formie.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych