Scott Pilgrim EX - recenzja i opinia o grze [PS5, PS4, PC, XSX|S, NS]. Nostalgiczny powrót kanapowego króla
Nostalgia to potężny, fascynujący, choć niekiedy niesamowicie zdradliwy narkotyk. Z jednej strony bezbłędnie otula nas ciepłym, znajomym kocykiem wspomnień z czasów, gdy największe życiowe problemy kończyły się na braku kilku drobnych do wrzucenia w szczelinę żarłocznego automatu w zadymionym salonie gier. Z drugiej zaś strony potrafi bez litości zderzyć nasze wyidealizowane wizje i młodzieńcze emocje z chłodną, nierzadko brutalną rzeczywistością współczesnych, mocno wyśrubowanych standardów branży wideo.
Kiedy oficjalnie zapowiedziano Scott Pilgrim EX, pełnoprawną kontynuację kultowej, chodzonej bijatyki sprzed szesnastu lat, wielu weteranów gatunku wstrzymało oddech z niekłamaną ekscytacją. Czy utalentowane studio Tribute Games, absolutni rzemieślnicy i mistrzowie we wskrzeszaniu magii retro (czego dowiedli choćby przy wyśmienitym TMNT: Shredder's Revenge), zdołają ponownie zamknąć w butelce tę samą, anarchiczną energię, która zdefiniowała oryginał? Czy może dostaniemy jedynie ładnie opakowany, lecz pusty w środku produkt żerujący na tanim sentymencie?
Po kilkunastu godzinach intensywnej zabawy spędzonych na wirtualnych ulicach Toronto, z obolałymi od ciągłego wciskania przycisków kciukami i fenomenalną ścieżką dźwiękową zapętloną w głowie niczym najlepszy letni hit, znam już odpowiedź. To powrót, na który fani naprawdę czekali, choć nie jest to spacer całkowicie pozbawiony potknięć. Scott Pilgrim EX w wersji na konsolę PlayStation 5 to niezwykle szczery list miłosny do całej subkultury graczy, który dobitnie udowadnia, że w tym na pozór archaicznym gatunku wciąż drzemie gigantyczny potencjał.
Kanadyjska apokalipsa w szesnastobitowych barwach
Zacznijmy od tego, co uderza w zmysły już od pierwszych ułamków sekund po naciśnięciu przycisku odpowiadającego za start zabawy - Scott Pilgrim EX to absolutny, bezdyskusyjny triumf audiowizualny. Akcja nowej opowieści przenosi nas do surrealistycznej, alternatywnej wersji zaśnieżonego Toronto w bliżej nieokreślonym roku 20XX. Miasto nie jest już tradycyjnym polem bitwy ze słynną Ligą Złych Byłych, jak miało to miejsce w pierwszej grze, lecz zostało brutalnie opanowane przez trzy rywalizujące ze sobą, skrajnie absurdalne frakcje: zuchwałych Wegan, bezlitosne Roboty i przerażające Demony, wyciągnięte rodem z najgorszych koszmarów. Kiedy niemal wszyscy członkowie zespołu muzycznego Scotta zostają nagle uprowadzeni, nasz uroczo nieporadny protagonista oraz galeria jego równie ekscentrycznych przyjaciół muszą natychmiast ruszyć im na ratunek.
Sama fabuła, co raczej nie powinno stanowić dla nikogo zbytniego zaskoczenia, jest umowna i stanowi jedynie pretekst do prania setek przeciwników po wirtualnych pyskach. Niemniej jednak to, w jak wysmakowany sposób ta prosta historia została zaprezentowana, budzi najwyższy podziw. Pixel art wykreowany przez uzdolnionych grafików z Tribute Games to absolutna, światowa czołówka. Każda, nawet najdrobniejsza klatka animacji ciosu, każde wielowarstwowe tło tętniące własnym życiem to małe dzieło sztuki. Sklepy przypominające te z prawdziwych ulic Toronto, urocze punkty zapisu wyglądające jak żywcem wyjęte z klasycznych odsłon przygód niebieskiego jeża Sonica, czy wreszcie niezliczone, subtelne mrugnięcia okiem do fanów popkultury nieustannie budują gęsty, niepodrabialny klimat.
Całość tego wizualnego majstersztyku jest ponadto idealnie skąpana w genialnej, napędzającej do ciągłej walki muzyce formacji Anamanaguchi. Ich elektroniczne, chiptunowe brzmienia, będące niezwykle dojrzałą ewolucją ścieżki dźwiękowej z oryginału, uderzają w najczulsze, nostalgiczne struny. Utwory są skomponowane tak brawurowo i z takim uderzeniem, że wielokrotnie łapałem się na celowym, sztucznym przedłużaniu starć z bossami, byle tylko móc do samego końca posłuchać kolejnej wpadającej w ucho melodii.
Mordobicie, które ma w sobie duszę i RPG-owe statystyki
Zachwycające wizualia i fenomenalny, elektroniczny dźwięk to w ostatecznym rozrachunku jednak tylko przepiękny papier pakowny - bijącym sercem i prawdziwym sprawdzianem jakości każdej chodzonej bijatyki jest i zawsze będzie system walki. I w tym kluczowym aspekcie Scott Pilgrim EX potrafi zabłysnąć naprawdę jasnym światłem, choć trzeba od razu sprawiedliwie zaznaczyć kilka drobnych niuansów. Twórcy zdecydowanie nie poszli tu na skróty, oferując nam starannie przemyślaną mechanikę, która w zaskakująco udany sposób łączy klasyczne, radosne „mashowanie” przycisków z głębią godną pełnoprawnych gier z gatunku RPG.
Choć najwięksi puryści mogą kręcić nosem i narzekać, że nie uświadczymy tu aż tak skomplikowanego, niemal turniejowego systemu combosów, jaki zaoferowało wybitne, czwarte Streets of Rage, recenzowany tytuł jest w tym przypadku niezwykle soczysty. Wyprowadzane uderzenia mają idealnie wyważony ciężar, a finezyjne żonglowanie rzeszami przeciwników w powietrzu i patrzenie, jak z impetem odbijają się od niewidzialnych krawędzi ekranu, daje satysfakcję niezwykle trudną do opisania słowami. Ogromnym plusem i niekwestionowaną siłą napędową tytułu jest ogromna różnorodność grywalnych bohaterów. Kiedy na przykład przejmujemy kontrolę nad Lucasem Lee, gra przypomina powolne sterowanie potężnym tankiem z klasycznych bijatyk Capcomu, gdzie każdy pojedynczy cios waży przysłowiową tonę. Z kolei postacie takie jak Roxie Richter czy Gideon to istne, nieokiełznane demony szybkości, opierające swoją zabójczą skuteczność na błyskawicznych unikach, mobilności i efekciarskich, obszarowych atakach specjalnych. Co więcej, w grze niezwykle zręcznie zaimplementowano fascynujący system progresji.
Pokonani adwersarze upuszczają dźwięczące monety, które następnie, podczas eksploracji miasta, ze smakiem wydajemy w klimatycznych sklepikach. Kupujemy tam nie tylko odnawiające punkty zdrowia kanadyjskie specjały, ale przede wszystkim przedmioty permanentnie podnoszące podstawowe statystyki i nadające unikalne odznaki. Wyposażenie ulubionej postaci w uroczyście wyglądającego pluszaka Wallace'a, który odnawia punkty ataku specjalnego za absolutnie każdy udany cios, albo w błyszczący przedmiot znacząco zwiększający ilość wypadającej na chodnik gotówki, drastycznie zmienia nasze taktyczne podejście do kolejnych starć. To sprawia, że metodyczne szukanie idealnego ekwipunku staje się niesamowicie angażującą grą na wiele długich wieczorów.
Kanapowa rozwałka i samotne zgrzytanie zębami
Niemal od zarania dziejów gamingu powszechnie wiadomo, że gry z gatunku beat 'em up od zawsze rozwijały pełnię swoich niesamowitych możliwości i pokazywały swoje najpiękniejsze oblicze dopiero wtedy, gdy tuż obok na wytartej kanapie siadał dobry znajomy z drugim kontrolerem mocno zaciśniętym w dłoniach. Pod tym konkretnym względem Scott Pilgrim EX absolutnie i rygorystycznie trzyma się złotej zasady, w żadnym wypadku nie zawodząc pokładanych w nim oczekiwań. Produkcja ta wyraźnie, wręcz ostentacyjnie, została od zera zaprojektowana z głęboką myślą o szeroko pojętej kooperacji dla maksymalnie czterech spragnionych akcji graczy - co ważne, ramię w ramię zagramy tu zarówno w staroszkolnym trybie kanapowym, jak i za pośrednictwem zaskakująco stabilnego połączenia sieciowego.
Wrzucenie bezradnego, oszołomionego przeciwnika wprost pod rozpędzone pięści własnego znajomego, wspólne, perfekcyjnie zsynchronizowane odpalanie niszczycielskich ciosów specjalnych na bossach i ten wspaniały, pozornie niekontrolowany wizualny chaos, który z każdą kolejną minutą widowiskowo rozlewa się na ekranie telewizora, to absolutna kwintesencja idealnego „pizza night”. Kuszące komunikaty o możliwości błyskawicznego dołączenia do gry migają radośnie i zachęcająco na samej krawędzi interfejsu, dokładnie tak samo, jak miało to niegdyś miejsce w dusznych, zadymionych salonach arcade. Ta sielankowa sytuacja diametralnie się jednak zmienia i szybko traci nieco na swoim beztroskim, relaksującym uroku, gdy zdecydujemy się na samotną, wilczą przeprawę przez niebezpieczne, kanadyjskie metropolie.
Kampania przechodzona w pojedynkę niestety bardzo brutalnie obnaża kilka frustrujących potknięć zagnieżdżonych głęboko w fundamentach mechaniki. Najbardziej bolesnym i rzucającym się w oczy z nich jest wyjątkowo restrykcyjny system omdleń i powolnego podnoszenia się po otrzymanych ciosach, który w trybie solo potrafi błyskawicznie podnieść ciśnienie i doprowadzić do niekontrolowanej szewskiej pasji. Jeśli sprytni i mobilni wrogowie zagonią naszego samotnego bohatera w ciasny róg ekranu, niezwykle łatwo o tanią, nieuczciwą w naszych oczach śmierć z powodu tak zwanego „staggeringu”, czyli bolesnej niemożności szybkiego wyjścia z ciągłej serii ciosów oponenta. Kiedy na arenie nie ma obok pomocnego kumpla, który mógłby w porę odciągnąć uwagę potężniejszego Demona lub niezwykle zwinnego Weganina od naszych pleców, wybrane, bardziej intensywne starcia zamiast relaksować i bawić, po prostu solidnie irytują swoją niesprawiedliwą losowością.
Nostalgia naszpikowana sekretami, ale z krótkim terminem ważności
Biorąc pod uwagę i w pełni akceptując wspomniane wyżej mankamenty, absolutnie nie można odmówić deweloperom gigantycznej dozy autentycznej pasji i dobrego serca, które ewidentnie zostały w całości przelane w linie kodu tej produkcji. Scott Pilgrim EX to w żadnym, nawet najmniejszym wypadku nie jest tylko ładna, pusta laurka stworzona po kosztach dla zaślepionych nostalgią fanbojów, ale wielowymiarowa gra wręcz po brzegi naszpikowana interesującą zawartością dla najbardziej wytrwałych i ciekawskich wirtualnych odkrywców.
Tajemnicze, poukrywane w ciemnych zaułkach sklepy zaopatrzeniowe, zmyślnie schowane przed wzrokiem gracza rzadkie bronie, rzucające zupełnie nowe światło na standardową mechanikę potyczek (jak choćby zabójczy bicz rodem z kultowej wampirowej serii Castlevania czy komicznie wielkie rzodkiewki nawiązujące bez ogródek do hitowego Super Mario Bros. 2) sprawiają, że z pozoru żmudna eksploracja połączonego ze sobą świata nieustannie potrafi nabrać nowych, ekscytujących rumieńców. Niestety, pomimo tej obiektywnie imponującej głębi i bezkresnego wręcz mnóstwa kulturowych smaczków, najnowsza kampania fabularna mocno cierpi na jedną, dla wielu współczesnych konsumentów bardzo kluczową bolączkę - jest po prostu obiektywnie zdecydowanie zbyt krótka. Nieuchronne zakończenie całej epickiej przygody nadchodzi zdecydowanie za wcześnie, bezlitośnie pozostawiając ambitnego gracza z potężnym, niezaspokojonym apetytem na więcej, niczym wspaniały, niezwykle wykwintny, lecz stanowczo zbyt miniaturowy deser podany nam na koniec uczty w drogiej restauracji.
Wprowadzona tu nowa, nieco bardziej otwarta struktura poszczególnych misji i zadań zmusza nas wprawdzie do nagminnego tak zwanego backtrackingu i wielokrotnego, ponownego odwiedzania tych samych, skrupulatnie wyczyszczonych już z wrogów dzielnic, lecz dla wprawnego oka stanowi to raczej dość sztuczne pompowanie licznika całkowitego czasu gry, niż dostarczanie w pełni wartościowej, unikalnej treści. Co więcej, jeśli przyjrzymy się bliżej samej warstwie technicznej walki, bez problemu można dostrzec pewne irytujące, powtarzalne niedociągnięcia z przeszłości. Zwykłe poruszanie się postacią i odpowiednie nawigowanie wymierzonymi ciosami na przestrzennej osi Y, co staje się szczególnie odczuwalne przy ogromnym, przytłaczającym wręcz zagęszczeniu ruchliwych wrogów, potrafi być szalenie i niewybaczalnie wręcz nieprecyzyjne.
Zbyt często w ferworze walki zdarza się, że nasze perfekcyjnie zaplanowane kombosy uderzają w próżnię i całkowicie mijają wyznaczony cel tylko i wyłącznie dlatego, że umowny piksel buta naszego awatara nie zrównał się idealnie co do milimetra z pikselem głowy potężnego przeciwnika. Podobnie bardzo popularny wśród weteranów gatunku, szybki atak wyprowadzany z bezpośredniego doskoku, wydaje się chronicznie cierpieć na dziwne, minimalne i trudne do zrozumienia opóźnienie reakcji, które w kluczowych momentach okrutnie zaburza naturalną płynność prowadzonych przez nas potyczek.
Czy Scott Pilgrim EX to powrót do świata beat 'em up?
Zbierając te wszystkie omówione, niezwykle różnorodne elementy w jedną spójną i logiczną całość, końcowy werdykt może być tylko jeden. Scott Pilgrim EX w natywnej wersji przygotowanej na konsolę PlayStation 5 to szalenie udany, cudownie barwny i potężnie angażujący powrót bardzo popularnej przed laty marki, który z niebywałą wręcz gracją zręcznie balansuje na niezwykle cienkiej granicy pomiędzy głębokim hołdem dumnie oddanym klasycznemu retro a nowoczesną, płynną i responsywną grywalnością. Utytułowane już na rynku studio Tribute Games raz jeszcze ponad wszelką wątpliwość dobitnie udowodniło światu, że jak mało kto w dzisiejszej, mocno skomercjalizowanej branży doskonale rozumie, co dokładnie sprawia, że staroszkolne, dwuwymiarowe chodzone bijatyki nieprzerwanie posiadają w sobie tak silnie magnetyzującą moc przyciągania milionów przed ekrany telewizorów.
Mimo ewidentnie zauważalnych i psujących momentami krew potknięć - takich jak wysoce frustrujące i niesprawiedliwe momenty podczas decydowania się na samotną rozgrywkę, drobne, acz regularnie denerwujące gracza problemy z właściwą precyzją niewidzialnych hitboxów na głębokości osi Y, czy wreszcie zdecydowanie zbyt szybko i niespodziewanie kończący się główny wątek fabularny - jest to pozycja absolutnie, bezdyskusyjnie obowiązkowa. Nie zwlekajcie więc ani chwili dłużej - czym prędzej zwołajcie z okolicy swoich starych, dobrych znajomych od pada, zamówcie do domu największą dostępną w ulubionym menu pizzę pepperoni, mocno i pewnie chwyćcie za najnowsze kontrolery DualSense. Pamiętajcie o jednym - te ośnieżone, wirtualne, tętniące niesamowitym życiem ulice tajemniczego Toronto z całą pewnością nigdy same się nie uratują przed nadejściem cyfrowej zagłady.
Ocena - recenzja gry Scott Pilgrim EX
Atuty
- Wybitna, zapadająca w pamięć oprawa audiowizualna retro
- Angażujący system walki z ciekawymi elementami RPG
- Fantastyczny tryb kooperacji, idealny na spotkania towarzyskie
Wady
- Frustrujący system omdleń podczas gry w pojedynkę
- Zbyt krótka kampania pozostawia po sobie niedosyt
- Zauważalne problemy z precyzją na osi Y
Powinni po nią czym prędzej sięgnąć nie tylko wszyscy najbardziej zagorzali fani świetnych komiksów autorstwa Bryana Lee O'Malleya, ale także absolutnie wszyscy miłośnicy beztroskiej, kanapowej kooperacji, którzy tęsknią za dawnymi czasami świetności kanapowego grania.
Graliśmy na:
PS5
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych