O krok za daleko (2026) - recenzja serialu [Netflix]. Harlan Coben znowu to zrobił

O krok za daleko (2026) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Harlan Coben znowu to zrobił

Łukasz Musialik | 06.01, 21:00

Zacznijmy od wyznania, które w towarzystwie filmoznawców brzmi jak herezja, ale w domowym zaciszu jest prawdą objawioną. Styczeń bez nowego serialu na podstawie prozy Harlana Cobena to styczeń stracony. Netflix doskonale wytresował naszą ciekawość, serwując nam co roku to samo danie, tylko w innej posypce. Po zeszłorocznym, nieco mdłym „Tęsknię za tobą” (Missing You) i wcześniejszym, viralowym „Już mnie nie oszukasz” (Fool Me Once), tym razem na stół wjeżdża „O krok za daleko” („Run Away”).

I cóż, James Nesbitt biegający po brytyjskich przedmieściach z wyrazem wiecznego cierpienia na twarzy to dokładnie to, czego potrzebowaliśmy na poświąteczny kac. Czy to jest dobre kino? Nie. Czy obejrzałem całość w jeden wieczór, ignorując fakt, że rano muszę wstać do pracy? Oczywiście, że tak.

Dalsza część tekstu pod wideo

O krok za daleko / Run Away / miniserial / Netflix
resize icon

O krok za daleko (2026) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Ojciec w matni, czyli Nesbitt ratuje scenariusz

Osią fabuły jest Simon Greene - w tej roli niezawodny, choć grający na jednej, zbolałej nucie James Nesbitt. Simon to uosobienie sukcesu. Ma piękny dom, żonę Ingrid (Minnie Driver, która wnosi do produkcji zaskakująco dużo klasy) i życie, które sypie się jak domek z kart w momencie, gdy odnajduje swoją zaginioną córkę, Paige. Scena w parku, gdzie Simon widzi swoje dziecko wyniszczone przez nałóg, gdzie gra za grosze na gitarze, to jeden z mocniejszych punktów otwarcia w historii cobenowskich adaptacji. To tutaj serial łapie nas za gardło. Desperacja ojca jest namacalna, a brutalne zderzenie z rzeczywistością (i pięścią chłopaka córki) ustawia emocjonalny ton opowieści.

Nesbitt dwoi się i troi, by nadać sens decyzjom swojego bohatera, które - bądźmy szczerzy - często urągają zdrowemu rozsądkowi. Aktor, znany z „Cold Feet” czy „The Missing”, ma ten specyficzny rodzaj charyzmy, który każe nam kibicować mu nawet wtedy, gdy robi rzeczy karygodnie głupie. Bo Simon, jak każdy bohater w uniwersum Cobena, zamiast dzwonić na policję, woli prowadzić śledztwo na własną rękę, wplątując się w morderstwo, kłamstwa i sekrety z przeszłości, o których nie śniło się filozofom. Chemia między nim a Minnie Driver jest wyczuwalna, co dodaje stawce emocjonalnego ciężaru, ratując serial przed osunięciem się w całkowitą groteskę.

O krok za daleko / Run Away / miniserial / Netflix
resize icon

O krok za daleko (2026) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Logika na urlopie w Manchesterze

Nie oszukujmy się jednak - oglądanie „O krok za daleko” wymaga od widza podpisania paktu o zawieszeniu niewiary. Intryga, która zaczyna się jako dramat rodzinny o narkomanii, szybko skręca w rejony, gdzie logika pakuje walizki i „wyjeżdża w Bieszczady”. Mamy tu wszystko - tajemniczy kult, płatnych zabójców tańczących do starych przebojów (duet Ash i Dee Dee to jedni z bardziej irytujących, a zarazem fascynujących psychopatów w tym uniwersum), a także detektywów, którzy zawsze są o dwa kroki za głównym bohaterem.

Największym zaskoczeniem - i zarazem pewnym zgrzytem - jest obecność Ruth Jones w roli prywatnej detektyw Eleny Ravenscroft. Aktorka, kojarzona głównie z komediowym „Gavin & Stacey”, tutaj próbuje swoich sił w poważniejszym repertuarze. Jej wątek, choć momentami intrygujący, wydaje się doklejony z innego serialu, a tonalne przeskoki między brutalnymi morderstwami a niemal sit-comowymi interakcjami w biurze Eleny mogą przyprawić o zawrót głowy. Scenarzyści próbują łączyć mrok „The Stranger” z lżejszym klimatem, ale szwy są tu zbyt widoczne. Do tego dochodzi klasyczna dla Netflixa „brytyzacja” amerykańskiej powieści - wielkie rezydencje w Manchesterze udają światowe metropolie, a wszyscy bohaterowie są ze sobą powiązani w sposób, który statystycznie jest niemożliwy w mieście większym niż tradycyjne małe polskie miasteczko.

O krok za daleko / Run Away / miniserial / Netflix
resize icon

O krok za daleko (2026) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Finałowa przewrotka i syndrom ostatniego odcinka

Siłą napędową serialu jest jednak jego konstrukcja. Każdy odcinek kończy się cliffhangerem tak bezczelnym, że przycisk „Następny odcinek” wydaje się jedynym logicznym wyborem. Coben (i showrunner Danny Brocklehurst) to mistrzowie manipulacji. Rzucają nam fałszywe tropy, sugerują oczywiste rozwiązania tylko po to, aby w finale wywrócić stolik. I trzeba przyznać, że zakończenie „O krok za daleko” dowozi. Finałowy twist, dotyczący roli Ingrid i prawdziwego przebiegu wydarzeń, jest satysfakcjonujący, nawet jeśli po drodze musieliśmy przymknąć oko na dziesiątki nieścisłości.

W porównaniu do książkowego oryginału, serial nieco łagodzi pewne wątki, a inne niepotrzebnie komplikuje, ale jako całość broni się lepiej niż zeszłoroczne wpadki platformy. To thriller, ale taki czasami rozrywkowy do obejrzenia z popcornem w rękach - idealnie skrojony, aby wyłączyć myślenie i dać się ponieść nurtowi absurdu. Nie zmieni Waszego życia, nie wygra Emmy za scenariusz, ale przez osiem godzin będziecie się bawić wyśmienicie, próbując zgadnąć, kto zabił Aarona i co, u licha, dzieje się z tą rodziną.

O krok za daleko (2026) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Podsumowanie

„O krok za daleko” to solidny średniak w koronie Netflixa. James Nesbitt ratuje ten statek przed zatonięciem na morzu nielogiczności, a Minnie Driver dodaje mu potrzebnego prestiżu. To serial, który doskonale wie, czym jest - guilty pleasure najwyższej próby. Jeśli zaakceptujecie, że w tym świecie każdy ma sekret, a policja jest bezradna jak dziecko we mgle, będziecie się bawić doskonale.

Atuty

  • Charyzmatyczny James Nesbitt
  • Wciągające tempo akcji
  • Zaskakujący finałowy twist

Wady

  • Gigantyczne dziury logiczne
  • Nierówny wątek detektywistyczny
  • Pretensjonalni złoczyńcy

Tak, jest tutaj zbyt wiele zwrotów akcji, i tak, część z nich jest absurdalna. Ale jeśli potrafisz przełknąć swój sceptycyzm i zaakceptować, że oglądasz opowieść, która operuje na swoich własnych warunkach logiki, to jest to rzeczywiście satysfakcjonujący seans.

7,5
Łukasz Musialik Strona autora
Pasjonat gier od samego dzieciństwa, kiedy to swoją pierwszą konsolę dostał od rodziców. Od tamtej pory zafascynowany grami i ich światem, ponieważ jako dorosły uważa, że to nie tylko rozrywka, ale także sztuka, która może nas uczyć, inspirować i poruszać emocje. Nieustannie poszerza swoją wiedzę i doświadczenie w dziedzinie gier i konsol, aby móc dostarczać innym jak najbardziej wartościowe treści.
cropper