SKLEP
Michał Włodarczyk 24.02.2018
Metal Gear Survive - recenzja gry. Potwór Frankensteina
4366V

Metal Gear Survive - recenzja gry. Potwór Frankensteina

"Bez procesów, bez sądów, od razu czapa!" - tymi słowami jeden z bohaterów filmu Pulp Fiction opisał swój stosunek do ludzi niszczących cudze samochody. Podobnie myśleli gracze w sierpniu 2016 roku, tyle że w odniesieniu do autorów zapowiedzianego Metal Gear Survive, które zostało dosłownie zmiażdżone przez fanów elektronicznej rozrywki na całym świecie. Czy słusznie?

Metal Gear Survive
  • Platformy:  PS4   XONE   PC 
  • Data premiery - Polska: 22.02.2018
  • Nie
  • od lat 18 przemoc

Wydawanie spin-offów popularnych gier z pewnością nie jest zjawiskiem negatywnym, mało tego - czasami "dokrętki" do uznanych produkcji okazują się fenomenalne, dając początek odrębnym seriom. Pierwsze z brzegu przykłady to cykl NieR wywodzący się z niszowego Drakengard czy kultowa Persona, będąca "odpryskiem" Shin Megami Tensei. I chociaż Metal Gear Solid nigdy nie doczekało się spin-offu, który zepchnąłby główne odsłony serii na drugi plan, to na przestrzeni trzydziestu lat otrzymaliśmy kilka zaskakująco udanych produkcji nawiązujących do dzieł Hideo Kojimy. Wypuszczone na początku XXI wieku Metal Gear: Ghost Babel zachwycało posiadaczy Game Boya Color pomysłowością i wykonaniem, wyrzucone poza kanon przez samego autora MGS: Portable Ops wyłożyło fundamenty pod późniejszego Peace Walkera na PSP, solidnymi przedstawicielami wymierających turówek okazały się dwie odsłony Ac!d na tę samą platformę, a już prawdziwym hitem dla fanów japońskiej szkoły gier akcji było MGR: Revengeance, czystej krwi slasher wyprodukowany przez PlatinumGames. Co łączy te wszystkie produkcje to chęć producentów do eksperymentowania z nowymi gatunkami i ambitne próby radzenia sobie z ograniczeniami platform docelowych, najczęściej przenośnych. Tego samego nie mogę niestety napisać o Metal Gear Survive, powstałej na bazie gameplayu i assetów MGS V hybrydy gry survivalowej i skradanki, będącej pierwszą pozycją z Metal Gear w tytule wydaną przez Konami od 2015 roku.

"Kept you waiting, huh?"

"Skokiem na kasę" gracze nazywają zwykle każde wydawnictwo nie będące w istocie nową grą. Oczywiście, w naszej branży są równi i równiejsi, dlatego jedna firma za remasterowanie wspomnień jest chwalona, inna zaś krytykowana. Zapisałbym siebie do tej pierwszej grupy, gdyż uważam, że na obecności remakeów, remasterów czy obszernych dodatków na płytach nie traci nikt, a zyskują zainteresowani. Przypadek Metal Gear Survive jest jednak inny. Po zmianie modelu biznesowego i pożegnaniu się z najbardziej wpływowymi producentami w wewnętrznych studiach deweloperskich, szefowie Konami zadali sobie proste pytanie: Co zrobić z marką Metal Gear? Realizacja spin-offu popularnego cyklu niedługo po wydaniu "piątki" wydawała się słusznym wyborem, z czym nie miałbym najmniejszego problemu, gdyby nie fakt, iż osoby decyzyjne postawiły przed uformowanym na nowo zespołem kilka warunków. Przede wszystkim gra miała być jak najtańsza w produkcji, musiała zatem bazować na technologii, gameplayu oraz większości assetów stworzonych z myślą o Ground Zeroes oraz The Phantom Pain. Po drugie - systemy w grze zaprojektować należało tak, by zachęcać graczy do wydawania prawdziwych pieniędzy, a model ten ugruntować miała obecność modułu gry wieloosobowej, wymagającego stałego połączenia z Siecią. Gotów jestem zatem postawić hipotezę, że za ogólny kształt recenzowanej pozycji w pierwszej kolejności odpowiadają księgowi japońskiej firmy, a dopiero później deweloperzy pod przewodnictwem Yujiego Korekado. Mimo wszystko chciałbym postawić sprawę jasno - MGSurvive nie jest najgorszą pudełkową grą ostatnich lat, a w 2018 roku z pewnością ukaże się niejeden tytuł słabszej jakości. Problem w tym, iż zarówno pod kątem rozgrywki, jak i wykonania, wypuszczone za cenę 2/3 przeciętnej nowości Survive przypomina potwora Frankensteina.

Akcja gry osadzona została w alternatywnej linii czasowej, podobnie jak misje Deja Vu i Jamais Vu w MGS V: Ground Zeroes, więc historia tutaj przedstawiona nie wlicza się do kanonu Metal Gear. Mimo to wracamy do dramatycznych wydarzeń z 1975 roku, gdy baza Big Bossa została zniszczona przez oddział Skull Face'a - XOF. Wcielamy się w bezimiennego żołnierza walczącego w szeregach MSF, który pomaga Snake'owi i Millerowi uciec z pokładu Mother Base, po czym obserwuje, jak fragmenty zniszczonej konstrukcji wraz z pozostałymi przy życiu ludźmi zostają wchłonięte przez tajemniczy portal. Cudem udaje mu się uciec, lecz na skutek kontaktu z innym wymiarem, traci lewą rękę. Pół roku później nasz awatar budzi się w siedzibie Wardenclyffe Section, organizacji działającej przy rządzie USA. Jeden z ważniejszych członków tego zespołu, Goodluck, informuje żołnierza, iż został on zarażony wirusem pochodzącym nie z tego świata i aby zdobyć lekarstwo, musi udać się do innego wymiaru, nad którym tajna organizacja prowadzi badania już od 1943 roku. Do wykonania ma też misję: nawiązać kontakt z wysłaną tam ekipą Charon i przejąć zebrane przez nią informacje. Na miejscu okazuje się, że ludzie wessani przez portal pół roku wcześniej zamienili się w potwory zwane Wanderers, a protagonista -aby przeżyć - musi zawiązać sojusz z wrogim żołnierzem XOF, Reevem. Po dotarciu do zrujnowanej siedziby Charon, mężczyźni nawiązują kontakt ze sztuczną inteligencją powstałą na bazie technologii Peace Walkera, która instruuje ich, co powinni zrobić, by przetrwać, a następnie wykonać zadanie zlecone przez Goodlucka. Z czasem bohaterowie zadają sobie coraz więcej pytań odnośnie czarnoskórgo agenta sekcji Wardenclyffe, charakteru misji i tajemniczego giganta, przemierzającego ten śmiertalnie niebezpieczny świat.

"War has changed."

Historia napisana na potrzeby Survive jest oczywiście słaba i całkowicie podporządkowana rozgrywce, jednak w tym miejscu zostałem najbardziej zaskoczony, bo wbrew temu, co mogliśmy zobaczyć na materiałach promocyjnych, MGSurvive oferuje długą, pełnoprawną kampanię dla pojedynczego gracza. Małego tego, tryb fabularny jest tym wiodącym, z kolei zadania kooperacyjne to swoisty dodatek, gra w grze, wyniki w której osiągane przekładają się na sprzęt i surowce dostępne w kampanii. "Singiel" skonstruowany został na podobnej zasadzie, co MGS V: The Phantom Pain, zatem z poziomu bazy ruszamy na misje wątku głównego lub poboczne, przy okazji rozwijając naszą konstrukcję. Pierwsze kilka godzin to zrealizowane bez polotu misje tutorialowe, mające przygotować nas na wyzwania w późniejszej części gry. Warto przyswoić sobie wszystko, co na początku pokazują twórcy, gdyż zaprezentowane systemy stają się z czasem bardziej złożone, wymagając od gracza ciągłej uwagi. W tym miejscu trzeba powiedzieć sobie brutalną prawdę - mimo że trzon gameplayu bazuje na wyśmienitym MGS V, Survive z prawdziwym MGS-em nie ma nic wspólnego. Pod tym względem jest gorzej niż zakładałem przed premierą, gdyż na dobrą sprawę najnowsza produkcja Konami to czystej krwi gra survivalowa ery YouTube'a, tyle że z efektowaną "nakładką" w postaci niektórych rozwiązań z "piątki". W praktyce oznacza to, iż pozostawanie w ukryciu oraz cicha infiltracja wrogich terenów, zostały maksymalnie spłycone. W dalszym ciągu możemy poruszać się niczym Venom Snake i eliminować adwersarzy z zaskoczenia, problem w tym, że konstrukcja świata gry za bardzo tego nie wymaga, narzędzi do zabawy w kotka i myszkę mamy jak na lekarstwo, w dodatku większość dużych grup nieprzyjaciół można ominąć, przemieszczając się w kuckach kilka metrów obok...

Tagi: konami metal gear survive recenzja

Oceń recenzję
+ +6 -
Przejdź do strony