Ubisoft zapowiedział For Honor na E3 2015, jednak już kilka dni przed imprezą pojawiły się plotki o nowym tytule Francuzów, który miał poziomem trudności przypominać ostatnie gry From Software. Studio postanowiło jednak nie korzystać z dorobku serii „Souls”, a zaoferować wymagające zmagania trzech frakcji.

Trzymaj gardę, planuj ataki i nie panikuj

W For Honor rywalizują Wikingowie, Rycerze oraz Samuraje. Każda formacja posiada w swoich szeregach czterech bardzo zróżnicowanych bohaterów, którzy charakteryzują się bronią, stylem walki, umiejętnościami oraz oczywiście wyglądem. Zanim jednak przejdę do przedstawienia szczegółów wojaków, muszę zmierzyć się z najważniejszym i najmocniejszym punktem propozycji Francuzów – systemem walki.

Ubisoft nie zawiódł w tym miejscu. Firma zaoferowała wyjątkowo ekscytujące pojedynki, które choć na początku nie wyróżniają się na tle konkurencji, to wiele zyskują przy bliskim, bardzo bliskim kontakcie. Gracz po namierzeniu przeciwnika może atakować w trzy strony (lewy, prawy, góra) z dwóch ataków (silny, lekki) oraz od czasu do czasu skorzystać ze specjalnych umiejętności. Na papierze brzmi to wyjątkowo standardowo? Doskonale o tym wiem, ale stojąc oko w oko z innym zawodnikiem, trzymając w łapie miecz, widząc jego wielką maczugę, emocje sięgają zenitu. Rywalizacja to małe-krwawe-szachy – gdy chcemy zblokować atak, musimy wygiąć analog w odpowiednim kierunku, a podczas ataku należy zwracać uwagę na pasek wytrzymałości, wykonywać uniki, wykorzystywać atuty map, czy też przełamywać gardę oponenta. Zmęczony wojak, to pokonany wojak, więc zawsze trzeba dbać o oddech, dobrze planować ataki, a jednocześnie blokować każdy ruch oponenta. Nie jest łatwo, ba! często jest wyjątkowo trudno, bo wystarczy jeden zły ruch, jedna dobra kombinacja, jedna malutka pomyłka, by rywal zarżnął naszego herosa. A gdy to akurat nam się uda zapanować nad nerwami i wyprowadzić serie konkretnych ciosów? Ekstaza najwyższych lotów! Choć na rynku nie brakuje mocnych tytułów ze świetnymi systemami walki, to jednak For Honor oferuje unikatowe doświadczenie.

Tak wygląda walka 1 na 1 w For Honor

Warto ruszać z pomocą swoim towarzyszom broni

Tak pozytywne wrażenia pojawiają się zawsze podczas pojedynków jeden na jednego (pojedynek do trzech zwycięstw). To zdecydowanie najlepszy tryb, w którym nie musimy się martwic współtowarzyszem broni, a skupić wyłącznie na własnych atutach oraz słabościach. Twórcy wznieśli się na wyżyny oferując ekscytujące zmagania, jednak w tym wypadku proporcjonalnie do liczby zawodników na ekranie, szybciej ginie unikalny klimat pozycji. Jeszcze rywalizacja dwóch na dwóch (potyczka do trzech zwycięstw) potrafi zauroczyć, ale tutaj wszystko zależy od naszych rywali – wielokrotnie miałem już okazję zawalczyć z honorowymi rywalami, którzy nawet w momencie zwycięstwa w duelu, nie biegli na mnie i nie atakowali dwóch na jednego. Oponent czekał na koniec walki, a dopiero później włączał się do pojedynku. Oczywiście częściej sytuacja wygląda zdecydowanie odmiennie – jeden z zawodników ginie, więc po chwili jesteśmy świadkami nierównej bitwy, a przygotowany system niemal uniemożliwia pokonanie dwóch oponentów.

Gdy pojawia się tłok pojawiają się problemy

Twórcy oczywiście nie zapomnieli o zwiększeniu skali rywalizacji – walka czterech na czterech odbywa się w dwóch systemach. Pierwszy to typowa wojna polegająca na wybiciu wszystkich członków przeciwnej formacji, druga natomiast wrzuca na areny boty sterowane przez sztuczną inteligencję, a naszym zadaniem jest dodatkowo przejmowanie trzech punktów. Za panowanie nad danym terenem zgarniamy punkty, zaś po uzyskaniu 1000 oczek, musimy zabić wszystkich bohaterów z przeciwnej drużyny, którzy nie mogą się od tego momentu wskrzeszać. Taka rozgrywka ma jeden, wielki i psujący zabawę problem – zamiast pojedynków polegających na umiejętnościach, gracze biegają, wykorzystują przewagi i niszczą niepowtarzalną atmosferę zbudowaną w mniejszych trybach. Autorzy wpadli na szczególnie przystępną koncepcję, ale nie do końca opanowali sytuację na ekranie.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że rywalizacja 4 vs. 4 nabiera rozpędu, gdy w naszym zespole znajdują się znajomi, bo zawsze możemy wspólnie tworzyć taktyki, jednak i tak można tylko śnić o honorowej i zaplanowanej walce.

Dopełnieniem czterech przygotowanych trybów jest Wojna Frakcji polegająca na zbieraniu punktów dla Wikingów, Samurajów, czy też Rycerzy. Przed rozpoczęciem zmagań wybieramy swoją przynależność, ale w zasadzie nie ma to jakiegokolwiek sensu, bo gra nie zachęca do przejmowania terenów. Nawet decyzja o przynależności do jednego z narodów nie została specjalnie przemyślana, bo przecież podczas rywalizacji w jednym zespole bez problemu może znaleźć się Wiking, Samuraj i dwóch Rycerzy. Jestem przekonany, że zamiast takiego eksperymentu, autorzy mogli poświęcić czas na przygotowanie przynajmniej jeszcze dwóch dodatkowych trybów.

W For Honor czasami bywa tłoczno

Chwila oddechu przed kolejną potyczką

Rozbudowany tutorial i bohaterowie

Chociaż na początku deweloperzy prezentowali wyłącznie tryb sieciowy, to jednak gra otrzymała pełnoprawną kampanię. W tym wypadku zainteresowani zapoznają się z siedmiogodzinną opowieścią, która pozwala wcielić się w członków wszystkich nacji. Jednak wykreowana przez Francuzów historia nie jest specjalnie intrygująca – każda z frakcji walczy o dominację w świecie, a głównym zamieszanym w wojnę totalną jest Apolyon. Trudno tutaj mówić o czymś więcej niż dodatku do trybu sieciowego. Studio nie postarało się tworząc zadania, które głównie polegają na jednym – śmiałek musi zakasać rękawy, chwycić w łapy miecz, przedrzeć się przez dziesiątki słabych oponentów, by na koniec ubić bossa.

Brakuje tutaj emocji z multiplayera, jednak zdaję sobie doskonale sprawę, że mniej wprawieni w bojach gracze mogą właśnie w kampanii odnaleźć świetny wstęp do całej zabawy. Autorzy mogli przygotować dłuższą przygodę z ciekawszą fabułą i większym urozmaiceniem zadań, gdyż w trakcie rozgrywki wielokrotnie miałem wrażenie, że uczestniczę po prostu w rozbudowanym tutorialu, który pozwala wypróbować się w różnych klasach.

A właśnie w For Honor warto wypróbować każdego herosa. Do naszej dyspozycji na początek oddano 12 postaci i tutaj każda ma swój unikalny charakter. Nobushi atakuje z daleka, Dróttinnowie potrafią przyłożyć, Rozjemcy zasypują rywala szybkimi atakami, a dla przykładu Egzekutorzy to prawdziwe czołgi. Tutaj dosłownie każdy ma swoje wyjątkowe mocne i słabe strony, zestawy ataków, czy też indywidualną postawę wyróżniającą go na polu walki. To właśnie dzięki bohaterom w For Honor gra się naprawdę przyjemnie, a nie możemy oczywiście zapomnieć, że w trakcie rozgrywki istnieje możliwość zdecydowanej ingerencji w uzbrojenie postaci. Po walkach jesteśmy nagradzani poszczególnymi przedmiotami (przykładowo hełmami, naramiennikami, butami oraz oczywiście bronią) i opcji dostosowania wojowników jest mnóstwo. Autorzy w ciekawy sposób kombinują, ponieważ zdecydowana większość przedmiotów wpływa pozytywnie oraz negatywnie na poszczególne statystyki postaci, więc musimy mocno analizować. Należy na pewno wspomnieć, że elementy ekwipunku nie wpływają na bohaterów podczas rywalizacji jeden na jednego oraz dwóch na dwóch – deweloperzy nie chcieli zaburzać balansu i jest to bez wątpienia fenomenalna wiadomość.

Dodatkowo w trakcie rozgrywki jesteśmy nagradzani specjalną walutą, którą możemy przeznaczać między innymi na skrzynki. Ubisoft oddaje w nasze ręce kilka typów boxów, jednocześnie pozwalając kupować pudła za prawdziwą gotówkę. Klienci oczywiście otrzymują losowy sprzęt, który przydaje się podczas większych bitew, ale i tak niesmak pozostaje. Na szczęście Francuzi ponownie zdecydowali się na system znany z Rainbow Six: Siege – wszystkie postacie, mapy i tryby będą dostępne za darmo. W przypadku herosów gracze będą musieli zadbać o odpowiednią liczbę punktów zdobywanych w pozycji lub przygotować prawdziwą gotówkę. Jeszcze pewnie nic nie zostało przesądzone, ale przy odpowiednim sukcesie, gra może być wspierana przez więcej niż tylko dwanaście miesięcy (tyle trwa sezon składający się z serii dodatków).

Dobry Rycerz to piękny Rycerz

Ubisoft nie zawiódł pod względem oprawy. Już wszystkie przedpremierowe testy pokazały, że For Honor wygląda naprawdę konkretnie. Każda lokacja to wielopoziomowa mapa składająca się z najróżniejszych przejść, czy też skrótów, a wszystkie miejscówki wyglądają wyjątkowo klimatycznie. Biegając po zniszczonej wiosce Wikingów, przemierzając przemoczony las, wpadając na zamek Rycerzy, a nawet obserwując małą wioskę Samurajów – wciąż miałem świadomość, że gra została sprytnie rozplanowana i przygotowana. Dopełnieniem oprawy jest oczywiście udźwiękowienie, bo nic nie sprawia takiej przyjemności jak ścierające się o siebie miecze, czy też wpadające w ucho utwory, przy których morduje się oponentów z dziką furią. Sporo pozytywów można również powiedzieć o ruchach bohaterów, ale już gorzej wypadają serwery. Tekst miał pojawić się na portalu kilka dni temu, jednak byłem ciekaw, czy problemy z pierwszego tygodnia będą się wciąż pojawiać i niestety tak jest… Lagi, wyrzucenie z serwera po kilkuminutowej rozgrywce, długie przerwy podczas opuszczania serwera przez jednego z graczy… Ubisoft ponownie musi zadbać o kilka mocnych łatek.

Ogień, wszędzie ogień...

Jedno ze starć w For Honor

Rycerz, Wiking, Samuraj – trzy bratanki

Bardzo liczyłem na For Honor i… Będę jeszcze długo walczył w starciach jeden na jednego czekając jednocześnie na rozwój sytuacji. Liczę, że kolejne dodatki wprowadzą ciekawe warianty zabawy, które przykują mnie do ekranu na dłużej. Jednym z pierwszych, ważniejszych dodatków będą starcia rankingowe, których aktualnie bardzo brakuje. Mimo wszystko nie potrafię się przekonać do większych bitew, nadal nie potrafię odnaleźć sensu Wojen Frakcji, a kampania jest tylko i wyłącznie dodatkiem. W tytule drzemie olbrzymi potencjał, który nie może zostać przez Francuzów zaprzepaszczony. Ta gra może zabłysnąć na długo, wpisując się na stałe w eSportowe rozgrywki, ale potrzeba jeszcze sporo pracy. Możecie mieć jednak pewność, że system walki to prawdziwy majstersztyk! Tylko gdy akurat nie atakuje nas w plecy drugi, trzeci, czy tam nawet czwarty przeciwnik...