W zamknięciu (2022)

W zamknięciu (2022) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Wszyscy mamy w sobie mordercę

Piotrek Kamiński | 02.11, 21:00

Z pozoru niewinna prośba o przysługę rozpoczyna ciąg wydarzeń, który może zakończyć się śmiercią niewinnego człowieka z rąk innego niewinnego człowieka. Gdzie indziej młoda dziennikarka robi wywiad z byłym kryminologiem, obecnie czekającym na wykonanie wyroku śmierci za zamordowanie swojej żony, kiedy dostaje niepokojącą wiadomość od swojej koleżanki. Tylko on jest w stanie pomóc jej ustalić, co się stało.

Steven Moffat ma talent do pisania intrygująco brzmiących zagadek, które dla większości normalnych ludzi byłyby praktycznie nierozwiązywalne. Na szczęście jego bohaterowie, z cumberbatchową wersją Sherlocka Holmesa na czele, nie są większością ludzi. Czasami w ogóle ciężko nazwać ich ludźmi, zwłaszcza kiedy wypowiadają się i zachowują bardziej jak pozbawione uczuć roboty, ale do serialu detektywistyczno-kryminalnego nadają się w sam raz. Niestety, Moffat ma jeszcze jeden problem, który mocno wpływa na historie jego autorstwa. Jest tak dobry w przygotowywaniu swoich zagadek, że ciężko mu później doprowadzić je do satysfakcjonującego finału. A jak wyszła mu historia pastora stojącego przed niemożliwym wyborem?

W zamknięciu (2022) – recenzja serialu [Netflix]. Dwie osie fabularne

Janice i Harry

Harry (David Tennant) jest lubianym pastorem, głową rodziny i generalnie dobrym, zawsze starającym się robić to, co właściwe człowiekiem. Jego oczkiem w głowie jest syn, Ben (Louis Oliver), leniwy, ale porządny licealista. Rodzice dbają aby chłopak był dobrze wychowany, nie szczędzą pieniędzy na korepetycje z matematyki, kiedy okazuje się, że są potrzebne i pozwalają nawet synowi podjąć decyzję, czy odpowiada mu znaleziona przez nich nauczycielka, Janice (Dolly Wells). Całe ich uporządkowane życie kończy się jednak w jednej chwili przez głupi zbieg okoliczności. Jedna decyzja prowadzi do drugiej, aż kilka minut później jest już za późno, aby wszystko odkręcić.

To jedna z dwóch głównych osi fabularnych pierwszego sezonu dzisiejszego serialu. Drugą jest historia Beth (Lydia West), młodej dziennikarki, która chce zrobić wywiad z niejakim Jeffersonem Grieffem (Stanley Tucci). Dlaczego? Ponieważ w brutalny sposób zamordował swoją żonę, po czym uciął i schował gdzieś jej głowę. Odrażające, ale ludzie lubią czuć tego typu odrazę do kogoś – uspokoić siebie samych, że nie są źli, że prawdziwe zło czai się w kimś innym. Grieff jest jednak innego zdania. Twierdzi, że w każdym człowieku kryje się morderca, być może nie poznał jeszcze jedynie osoby, która spowodowałaby, że chciałby to zrobić. Ma też zaskakująco silny kompas moralny – jak na mordercę – co w połączeniu z nieprzeciętnym intelektem i przeszłością w kryminalistyce robi z niego cenny zasób przy rozwiązywaniu skrajnie trudnych zagadek. Z początku nie jest zainteresowany rozmową z Beth, lecz wszystko to zmienia się, kiedy ta wraca do niego z prośbą o pomoc, tym razem szczerą.

Powiedzmy sobie szczerze – to nie jest realistyczny serial. Czekający na wykonanie wyroku morderca z dostępem do telefonu, internetu, z całą siatką zaufanych ludzi, którzy pomagają mu rozwiązywać kryminalne zagadki jest absolutnie niedorzeczny, podobnie jak pomagający mu współwięzień – wielki, czarny kanibal obdarzony pamięcią fotograficzną, co bardzo pomaga w prowadzeniu spraw, jako że Grieff nie może robić w trakcie notatek – długopis w dłoni skazanego mordercy może być dosyć niebezpiecznym narzędziem. Podobnie odrealnioną postacią jest przetrzymywana wbrew swojej woli osoba obawiająca się, że zostanie zamordowana, a jednocześnie cały czas kombinująca na kilka frontów jakby się tu uwolnić. Lecz to właśnie te ich niebanalne charaktery sprawiają, że wszystkie cztery, trwające około 60 minut każdy, odcinki chce się oglądać ciurkiem, jeden po drugim.

W zamknięciu (2022) – recenzja serialu [Netflix]. Ogląda się świetnie, aż do końcówki...

Trudna rozmowa

Stojący za kamerą Paul McGuigan świetnie czuje materiał, praktycznie non stop dając widzom pełne napięcia momenty, dodatkowo akcentowane świetnymi występami całej obsady. Nigdy nie możemy być pewni co za chwilę się wydarzy, w którą dokładnie stronę pójdzie fabuła. Do tego regularnie przykuwające uwagę ujęcia autorstwa Tony'ego Slatera Langa, z kamerą ślizgającą się po różnych pomieszczeniach, interesującą grą świateł, a wszystko to klimatycznie pocięte przez Steve'a Ackroyda i i Berny'ego McGurka. Tu zwyczajnie nie ma się kiedy nudzić.

No dobrze, ale skoro cały serial wygląda i brzmi tak imponująco, to dlaczego w oceniaczce nie ma pełnej dychy? Cóż, powodów jest kilka. Pierwszym z nich jest scena otwierająca cały serial, w której to nasza dziennikarka jest nieziemsko bezczelnie molestowana w metrze, podczas gdy wszyscy dookoła udają tylko, że nic nie widzą. Nie dość, że facet jest tak karykaturalnie obleśny, że ciężko traktować go poważnie, to jeszcze absolutna cisza ze strony wszystkich pozostałych pasażerów, kiedy jedna kobieta zbiera się na odwagę żeby chociaż go nagrać, za co i ją spotyka przemoc z jego strony, były zdecydowanie zbyt naiwnymi pierwszymi minutami i o mało nie zraziły mnie do serialu jako całości. Druga sprawa, to wspomniany już problem Moffata z kończeniem historii. Konkluzja tego, co dzieje się w domu podobała mi się nawet sama w sobie, lecz sposób w jaki z tym wątkiem połączony został Jefferson Grieff jest tani i absolutnie niezasłużony. Na domiar złego historia kończy się niemalże dosłownie sekundę później, więc na jakiekolwiek satysfakcjonujące wytłumaczenie co i jak nie mamy co liczyć.

Czego bym jednak nie mówił o samym zakończeniu, muszę przyznać, że reszta serialu zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie i mam nadzieję, że dostaniemy kolejny sezon, aby te wątki, których rozwiązania nie doczekaliśmy się tutaj, miały jeszcze szansę je dostać. To cztery godziny pełnej napięcia intrygi, regularnie mylącej tropy, zaskakującej i bardzo przekonująco zagranej. Nic z tego, co oglądamy nie jest choćby w najmniejszym stopniu realistyczne, co zdecydowanie może zniechęcić do oglądania część widzów, ale uważam, że właśnie ten podwyższony dramatyzm jest tym, za co najbardziej lubimy historie Moffata. Jeśli też tak myślisz, to „W zamknięciu” powinien być serialem dla ciebie.

Atuty

  • Świetnie zagrany;
  • Klimatycznie brzmi i wygląda;
  • Dobre tempo;
  • Wciągająca intryga;
  • Montaż.

Wady

  • Dziwne otwarcie i urwane zakończenie;
  • Absurdyzm niektórych zwrotów akcji potrafi zwalić z nóg.
Darek

Piotrek Kamiński

„W zamknięciu” to nowy serial Stevena Moffata ze wszystkimi tego wadami i zaletami. Świetna obsada, wartka, wciągająca akcja i postacie i wydarzenia tak kompletnie nierealistyczne, że nie sposób się w nich nie zakochać. Do wyższej oceny zabrakło dosłownie jeszcze kilku minut, które rozwinęłyby zakończenie.

7,5

Komentarze (10)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper