O planowanej części drugiej po raz pierwszy usłyszeliśmy podczas Tokyo Game Show w 2013 roku, gdy Sony zaprezentowało króciutki teaser z główną bohaterką Gravity Rush, zatytułowany jako Team Gravity Project. Miłośnicy oryginału przez długi czas zastanawiali się, czy produkcja trafi na PS Vita, czy może na rozkręcające się PS4, odpowiedź poznając dwa lata później, również podczas tokijskich targów. Okazało się, że zespół Japan Studio, dowodzony przez Keiichiro Toyamę (twórcę serii Forbidden Siren), nie zmarnował tego czasu, przygotowując efektowną kontynuację przygód Kat, wykorzystując moc drzemiącą w PlayStation 4. Po drobnej obsuwie spowodowanej przesunięciem premier The Last Guardian oraz Final Fantasy XV w okolice listopada/grudnia, drugie i prawdopodobnie ostatnie przygody blondwłosej heroiny nareszcie należą do graczy. Jako fan pierwowzoru, który ukończyłem w dwóch wersjach, mogę śmiało napisać, iż warto było czekać.

Dziewczyna z amnezją

Główną bohaterką gry, tak samo jak w oryginale, jest młoda dziewczyna o "imieniu" Kat, która przez osobliwego kota obdarowana została mocą kontrolowania grawitacji. W swojej pierwszej przygodzie blondynka starała się znaleźć odpowiedź na pytanie kim jest, niejako przy okazji - wraz z grupą nowo poznanych przyjaciół - ratując miasto Hekseville przed burzą grawitacyjną i tajemniczymi istotami zwanymi Nevi. Otwarcie "dwójki" jest więc zaskakujące, gdyż okazuje się, że po wpadnięciu w dziwną szczelinę, Kat wraz z gamoniowatym Sydem wylądowali w małej wiosce, której mieszkańcy na co dzień ciężko pracują w kopalni. Osadą rządzi despotyczna Lisa, która nie wierzy w opowieści Królowej Grawitacji, tutaj pozbawionej swoich mocy. Ten stan rzeczy nie trwa jednak długo. Bohaterka w końcu odnajduje kota Pyłka, po czym rusza na pomoc mieszkańcom wioski Banga, ciemiężonej przez niejakiego Vogo. Jak zauważa Kat, pełniąca funkcję narratora, to dopiero wstęp do dramatycznych wydarzeń, w jakich weźmiemy udział. I chociaż kilka przewijających się w scenariuszu wątków potraktowanych zostało po łebkach, historia przedstawiona w "dwójce" jest wyraźnie spójniejsza niż w pierwowzorze, udzielając odpowiedzi na większość istotnych pytań. Przyjaźń, poświęcenie dla innych, prawda czy nauka o tym, że warto dawać ludziom drugą szansę, to wartości, które na poletku gier wideo z odpowiednim wyczuciem potrafi podać mało kto, lecz bez wątpienia sztukę tę opanowali scenarzyści z Japan Studio. Historia - podana w lekkiej, komiksowej formie - już w marcu zostanie uzupełniona o wątek czarnowłosej Raven, a zaliczenie tego darmowego DLC ma zająć, według samych twórców, ok. pięć godzin.

Ukończenie wątku głównego, rozegranego na standardowym poziomie trudności, to mniej więcej dwadzieścia godzin przyjemności, a jeśli doliczyć do tego aktywności poboczne - pęknie nawet i pięćdziesiąt. Ponownie najmocniejszym punktem gry jest rewelacyjnie zrealizowana mechanika zabawy grawitacją. W aksamitnej skórze Kat otwarty świat gry możemy przemierzać pieszo, lecz najefektywniej i najprzyjemniej jest poruszać się w powietrzu, gdy lewą gałką analogową (opcjonalnie: żyroskopem) namierzamy punkt docelowy, a następnie pędzimy na złamanie karku. Swoich wyjątkowych mocy heroina używa nie tylko do poruszania się, ale również do walki. Na szczęście od czasu "jedynki" surowy system potyczek został rozwinięty.

Wcześniej dziewczyna potrafiła jedynie wyprowadzać proste ataki na ziemi, większość starć rozstrzygając grawitacyjnym kopniakiem z powietrza, ewentualnie ciosem specjalnym. W sequelu rozbudowano mechanikę, bazującą na fundamentach oryginału. Dostępne wcześniej ataki wzmacniamy wraz z rozwojem postaci (w zamian za różowe orby), unik stał się ważniejszy niż przedtem, lecz - co najważniejsze - twórcy zaimplementowali dwa nowe style: Księżyc oraz Jowisz. W pierwszym przypadku postać staje się bardzo lekka i zabójczo szybka, co okazuje się niezwykle pomocne, gdy atakują nas zwinni, latający wrogowie. Używając mocy Jowisza, ważąca na oko pięćdziesiąt kilogramów dziewczyna robi się niewyobrażalnie ciężka, rozbijając grawitacyjnym kopniakiem nawet najmocniejsze przeszkody, a rzucanie przedmiotami w adwersarzy jest efektywniejsze. Oba style to także nowe możliwości w zakresie poruszania się, z kolei środki bojowe Kat uzupełnia tryb "furii", gdy Pyłek z małego kota przeobraża się w wielkiego jaguara.

Sequel pełną gębą

Rozbudowane systemy walki i poruszania się to zaledwie wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o świeże atrakcje w Gravity Rush 2. Świat gry jest ponad dwa razy większy niż na PS Vita, a odległości między poszczególnymi wyspami-miastami są znacznie dłuższe. Pierwowzór stylem nawiązywał do francuskiej architektury z przełomu XIX i XX wieku oraz steampunka, w "dwójce" zaś środowisko gry stało się bardziej zróżnicowane, gdzie szczególnie pozytywnie wypadły miejscówki utrzymane w orientalnym klimacie. Pełne detali nowe miejsca oraz znacznie większa niż przedtem liczba NPC-ów nie pozostawiają wątpliwości, iż tytuł ten od początku pisany był z myślą o PS4. Ponownie możemy przebierać bohaterkę w różne ciuszki (posiadacze save'a z remastera otrzymują trzy gratis), dodano możliwość umeblowania mieszkanka Kat w Auldnoir, lecz jeszcze ciekawszą nowinką jest tryb fotograficzny. I wcale nie chodzi o popularne Photo Mode, implementowane w ekskluzywnych tytułach Sony, gdyż protagonistka dysponuje profesjonalnym aparatem, użycie którego jest obligatoryjne w wielu misjach (wraz z postępami w grze zdobywamy nowe filtry oraz gesty do selfie). Mało? Gravity Rush 2 wykorzystuje również połączenie sieciowe, gdzie do korzystania z funkcji online nie jest wymagana subskrypcja PlayStation Plus. Co jakiś czas otrzymujemy powiadomienie o polowaniu na skarby, zdjęcia których wysyłają inni gracze. Po odnalezieniu skrzynki w kształcie jabłka inkasujemy różowe orby, a następnie używamy aparatu, by ułatwić poszukiwania kolegom po drugiej stronie. Czasami napotykamy "duchy" grających, którzy proszą o wystawienie oceny dla zrobionych fotek, możemy także rzucić im wyzwanie w zadaniach rozgrywanych na czas.

W czasie obcowania z oryginałem nie sposób było się nudzić, mimo że schemat kolejnych misji był zwykle taki sam: należało przemieścić się w dane miejsce, następnie przetransportować konkretną osobę lub obiekt, by ostatecznie wziąć udział w batalii z małą armią Nevi. Sequel w tym aspekcie bije poprzednika na głowę, oferując zróżnicowane misje fabularne i zatrzęsienie questów pobocznych. Twórcy starali się ze wszystkich sił, by urozmaicić doświadczenie, niestety w kilku przypadkach poszli za daleko. Wzorem głośnych zachodnich przygodówek, wrzucono wiele misji, w których należy się skradać lub śledzić jakąś postać, cały czas pozostając w ukryciu. Gravity Rush 2 nie ma podstaw w mechanice, by takie zadania mogły się podobać, dlatego najczęściej towarzyszy im uczucie frustracji. Nie przypadły mi do gustu także fragmenty w "lochach", gdy gra odbiera bohaterce spory zestaw umiejętności, zmuszając grającego do działania na ziemi czy korzystania z tylko jednego stylu walki. Pomysły te pojawiają się zarówno w misjach wątku głównego, jak i w zadaniach opcjonalnych, co negatywnie odbija się na tempie zabawy. Na szczęście nie jest ich aż tak wiele, by zniechęcić graczy do wykonywania licznych aktywności fakultatywnych, które można podzielić na trzy kategorie: typowe misje poboczne, wyzwania i lochy. W pierwszym przypadku autorzy mają zwykle do opowiedzenia zabawną historyjkę, rozpisaną na trzy króciutkie akty. Wyzwania wykonujemy zawsze na czas lub wynik punktowy, za swoje osiągnięcia zgarniając medale (zdobycie wszystkich złotych krążków to masa roboty). W poszukiwaniu bezcennych orbów można zapuścić się do kopalni, która im głębsza, tym więcej skarbów i wrogów kryje. Warto szukać także talizmanów, za pomocą których Kat staje się potężniejsza (dłuższy pasek życia, mocniejsze ciosy etc.).

Mała miss

Oryginalne Gravity Rush w wersji na PlayStation 4 prezentowało się wyjątkowo schludnie jak na pozycję przeniesioną z handhelda. Zespołowi odpowiedzialnemu za remaster było o tyle łatwiej, że japoński deweloper wykorzystał technikę cel-shadingu, łącząc ją z mangowym wyglądem bohaterów, przez co cała gra wyglądała niczym film animowany. "Dwójka" od strony wizualnej prezentuje się nieporównywalnie lepiej - mamy tutaj do czynienia z co najmniej generacyjnym skokiem. Środowisko gry zachwyca ilością detali, jakością tekstur, oświetleniem czy mnogością użytych efektów. Pozytywne wrażenie robią projekty różnych elementów świata, w tym nowych adwersarzy, takich jak ogromni bossowie i mechy bojowe. Cutscenki występują pod postacią sekwencji na silniku gry oraz statycznych kart komiksu, doskonale oddając atmosferę tej produkcji. W związku z ogromnym postępem na polu oprawy, deweloper zmuszony był zrezygnować z sześćdziesięciu klatek na sekundę z remastera, mimo to doświadczenie jest płynne, a wyraźne spadki fps zauważyłem tylko podczas dwóch potyczek z szefami. Szkoda, że tyle dobrego nie mogę napisać nt. pracy kamery, która utrudnia życie za każdym razem, gdy z impetem lądujemy na powierzchni głową w dół, szczególnie zaś przeszkadza podczas awantur kręconych w wąskich korytarzach. Wszyscy bohaterowie znów bełkoczą w fikcyjnym języku, powodem tego nie jest jednak lenistwo producenta, lecz celowy zabieg stylistyczny (polska lokalizacja kinowa na poziomie!). Sfera audio błyszczy za każdym razem, gdy w tle przygrywają kompozycje autorstwa Koheia Tanaki, który odpowiadał za klimatyczną oprawę dźwiękową w prequelu, jak również za ścieżki muzyczne w grach z serii Sakura Wars. Tutaj ponownie dał popis swoich umiejętności.

Przed premierą byłem pewien, iż kontynuacja znakomitego Gravity Rush dosłownie mnie zdemoluje, co zapewne miałoby miejsce, gdyby japoński deweloper dopracował pracę kamery, a nade wszystko zachował umiar w zasypywaniu gry wątpliwej jakości pomysłami, takimi jak misje w stylu skradanki, odbieraniem w kilku momentach zdolności bohaterce czy zmuszaniem gracza do rozgrywania zadań wyłącznie na ziemi. Mimo wszystko Gravity Rush 2 to w dalszym ciągu świetna kontynuacja bardzo dobrej gry, rozbudowująca i ulepszająca niemal każdy element pierwowzoru, oprawiona wprost bajecznie, zachwycająca wyjątkowym stylem i pomysłem na zabawę. Obok takich tytułów nie można przechodzić obojętnie, zwłaszcza że trafiają się rzadko.