Deweloperzy zdecydowali się na pełną kontynuację historii z 2012 roku, ale wydarzenia odbywają się dokładnie 15 lat po zakończeniu ostatniej przygody. Corvo Attano nadal jest Cesarskim Obrońcą, ale teraz u jego boku znajduje się Emily Kaldwin. Studio świetnie wybrnęło z końcówki Dishonored, pozwalając jednocześnie sympatykom pierwowzoru od początku trafiać na genialne smaczki.

Duet bohaterów zamierza wspólnie upamiętnić śmierć Cesarzowej, a z tej okazji zostaje zorganizowany bankiet. Imprezę jednak przerywają nieproszeni goście, którzy po 5 sekundach przewracają całą opowieść o 180 stopni i dokonują efektownego, krwawego zamachu stanu. Wśród gości pojawia się siostra zmarłej Jessamine Kaldwin, która uważa, że to jej należy się tron, a Emily musi ustąpić. Nie oczekujcie jednak dyskusji przy kawce, herbatce i ciasteczkach, bo właśnie w tym miejscu musimy wybrać – kontynuujemy wydarzenia jako Corvo czy też poznamy bliżej Emily? Niezależnie od podjętej decyzji, dopiero w tym momencie rozpoczyna się faktyczna opowieść, a naszym zadaniem jest uratowanie drugiej osoby i przywrócenie prawowitej władczyni na tron.

Historia nie jest najmocniejszą stroną produkcji, bo w zasadzie od samego początku możemy spodziewać się zakończenia i ponownie opowieść trzeba w grze traktować raczej jako dodatek do rozgrywki. Czy jest to problem? Zdecydowanie nie, bo fani gatunku po pierwszym ukończeniu opowieści, będą chcieli z miejsca włączyć tytuł ponownie.

Bohaterowie – on ostry, ona przebiegła

Ja na dobry początek wybrałem „starego, dobrego Corvo” i nie żałuję tej decyzji. Staruszek przez lata szkolił Emily, uczył ją wszystkich ruchów, pokazywał jej jak ciąć oponentów, ale jednocześnie nie zatracił swoich zdolności. Na wstępie zaznaczę, że przed rozpoczęciem zabawy wybieramy jeden z dostępnych poziomów trudności, a dodatkowo możemy przejść całą grę bez wykorzystywania mocy, ale szczerze? Nie róbcie tego. Przynajmniej nie za pierwszym podejściem, bo to właśnie zdolności protagonistów odsłaniają wyjątkowe oblicze tej produkcji.

Twórcy ponownie zdecydowali się na nietuzinkowy rozwój herosów – tutaj nie jest zależne w jaki sposób zabijamy, czy też ilu przeciwników schowamy. Na koniec każdej misji otrzymujemy skromne, tekstowe podsumowanie, ale i tak nie ma to znaczenia. Najważniejsze jest zbieranie run oraz talizmanów – artefakty są sprytnie pochowane po lokacjach i chociaż możemy je namierzać, to i tak dostanie się do wyznaczonego miejsca często sprawia problem.

Gdy już zbierzemy odpowiednią liczbę punktów, bez problemu możemy przykładowo nauczyć Corvo mignięcia (błyskawiczny teleport), zakrzywienia czasu (spowalnia czas), podmuchu (odbijanie pocisków, odpychanie wrogów), czy też wezwać żarłoczne stado (grupa szczurów na posyłki). Z drugiej strony Emily potrafi odpalić domino (łączenie przeciwników i jednoczesne zabijanie), spacer cienia (dziewczyna zamienia się w cień i szybko się porusza), mroczne bliźnię (klon-cień odwraca uwagę), daleki chwyt (pozwala przedostać się w wybrane miejsce). Przedstawiłem te wszystkie skille nie bez powodu, bo właśnie one determinują różnice pomiędzy bohaterami – twórcy zdecydowali się dodać do pozycji dwie zupełnie inne postaci i chociaż część umiejętności jest zbliżona, niektóre się pokrywają, to jednak te główne wpływają na rozgrywkę w bardzo istotny sposób. To właśnie z powodu bohaterów – nie historii – chcemy włączyć ten tytuł drugi raz. Nie liczcie na wielkie zmiany w opowieści, ale szykujcie się na fantastyczną rozgrywkę.

Bo Dishonored 2 oferuje właśnie błogi gameplay. Tutaj niezależnie od wybranej taktyki – a możemy zabijać wszystkich w stylu Rambo, zabawić się w cichego zabójcę lub po prostu unikać wszystkich strażników – otrzymujemy ogrom przyjemności. Sztuczna inteligencja przeciwników została dopracowana, dzięki czemu od początku nie jest łatwo, ale właśnie dlatego w ten tytuł chce się grać. Nie wystarczy frontalny atak, ciachanie mieczem i kliknięcie kilku zdolności. Od pierwszej do ostatniej minuty musimy doskonale planować swoje wyczyny, bo inaczej po prostu rozpoczynamy etap od automatycznego zapisu. Twórcy zachęcają do częstego zapisywania, bo tytuł nie wybacza najmniejszych błędów. Czasami tylko zdarza się, że strażnik potrafi się zaciąć lub nieodpowiednio zareagować, ale są to prawdziwe wyjątki. 

Od dawna nie miałem takiej radości z siedzenia Corvo w krzakach i uczenia się na pamięć ruchów strażników. A im dalej w las tym lepiej, bo heros zgarnia kolejne runy, uczy się zdolności, a później obserwujemy teatr. Jeśli na chwilę zapomnimy o cichej eliminacji, to planujemy atak, włączamy zdolności i obserwujemy krwawe akcje. Właśnie juchy tutaj nie brakuje, a odcinanie głów za pomocą miecza dawno nie smakowało tak dobrze. Każdą ze zdolności można ulepszyć, ale ostrzegam, że przy jednym przejściu nie zdobędziecie wszystkich, więc lepiej jest dobrze planować „wydatki”. Nie można jeszcze zapomnieć o wspomnianych talizmanach, dzięki którym zyskujemy dodatkowe wzmocnienia – kilka punktów a możemy je nawet tworzyć na własną rękę.

Nawet jeśli zdecydujecie się odrzucić wszystkie nadprzyrodzone wzmocnienia, to otrzymacie do swojej dyspozycji kilka mocnych zabawek – są granaty, kusza z bełtami, miny ogłuszające, giwera, specjalny ładunek wybuchowy oraz ostrze sprężynowe. Właśnie z powodu ogromnej mnogości opcji tytuł warto przejść może nawet nie dwa, a cztery razy – za każdym razem będziemy się fantastycznie bawić.

Świat – z niego nie chcesz wyjść nawet na chwilę

Dunwall z pierwszego Dishonored potrafiło oczarować. Twórcom udało się wykreować świat, który zwiedzało się z ogromną satysfakcją i pewnie 90% deweloperów wrzuciłoby graczy ponownie do tego miasta. Francuzi nie chcieli pójść na skróty i tym razem akcja rozgrywka się w nadmorskiej Karnace. Miasto zyskało na barwach, bo tym razem jesteśmy zafascynowani pięknym słońcem rozdzierającym wielkie przestrzenie. Lokacje są teraz zdecydowanie większe od tych znanych z poprzedniej odsłony i dzięki temu otrzymujemy większą swobodę w działaniu. Gra została podzielona na dziewięć misji i w zasadzie każdą można ukończyć w około półtorej godziny. Nie zalecam przesadnego pośpiechu, bo podczas opowieści odwiedzamy kilka miejsc, a każda lokacja ma swoją duszę skrywając sporo tajemnic. Mnie najbardziej urzekła różnorodność krajobrazów, bo za każdym razem trafiamy do zupełnie świeżego miejsca, gdzie możemy na własną rękę odkrywać.

Tak jak wspomniałem, fabuła nie zachwyca i podczas misji naszym zadaniem jest przejście z punktu A do punktu B i wyeliminowanie celu, ale właśnie tutaj ogromną rolę odgrywają szczegóły. Od początku widzimy jedną, wielką, niemal wymalowaną na różowo drogę, jednak za każdym razem autorzy wprost zachęcają do odkrywania, szukania innych ścieżek i zabawy. Świetnie sprawdza się lokalizacja – Bethesda zdecydowała się na pełny, polski dubbing i wyczekując na dachu budynku kilkukrotnie złapałem się na tym, że wsłuchiwałem się w historie opowiadane przez strażników. Podczas rozgrywki odniosłem wrażenie, że każda z postaci została dobrze dobrana – jedynym problemem w tym przypadku były małe błędy, przez które słyszałem jeszcze rywala po jego śmierci. Na błąd trafiłem trzykrotnie podczas całej historii.

Karnaka oferuje różnorodność, ale również piękno, bo z łatwością można dostrzec progres względem pierwowzoru. Nawet odpicowana edycja, która trafiła na aktualną generację prezentuje gorszą klasę od dwójki. Twórcy nie uciekają od pierwotnej stylistyki, jednak potrafili ją podkręcić. Na długo zapamiętam pałac pewnego szalonego inżyniera przepełniony robotami oraz różnymi mechanizmami, wszystkie nadmorskie ścieżki lub legendarną Dzielnicę Pyłu. A właśnie wspominając o miejscach, muszę jeszcze dodać kilka słów o samych przeciwnikach – nie jest pewnie zaskoczeniem, że na swojej drodze bohaterowie trafiają na kilka ważniejszych person, które musimy odesłać na drugi świat, ale właśnie ich realizacja zasługuje na wielkie brawa. Za każdym razem napotykamy na przeciwnika, który ma duszę – to nie są bezpłciowe lalki, a świetnie napisane i zrealizowane postacie. Zespól odpowiedzialny za rywali kilkukrotnie wniósł się na wyżyny kreatywności.