Crush Your Enemies grupki ludzi - Vile Monarch - będąca "odpadem" warszawskiego studia 11 bits, odpowiedzialnego wcześniej m.in. za serię Anomaly czy This War of Mine jest, można powiedzieć, symulatorem twardego faceta. Faceta tak twardego, że żarty wypluwane z jego ust rozwalają czwartą ścianę na kawałki. Faceta tak rubasznego, że dziewoje ustawiają się w kolejne do niego jeszcze przed jego narodzinami. Faceta, który jest wikingiem, ma niedorobionego syna i chce zmiażdżyć swoich wrogów na terenie Generii. 

Prosta rozgrywka

Może z tym symulatorem twardego faceta lekko przesadziłem, bo to gra z gatunku Rabuj Tych Skurczybyków, w skrócie RTS. Jest to nader prosty RTS, tak prosty, że nawet łysy menel spod kosza nr 4 ogarnie system i będzie miażdżył swoich wrogów, a uwierzcie mi – będzie co rozwalać. Wstępnie, poruszamy się po terenach Generii, gdzie głównie odkrywamy wątek fabularny gry, wybieramy kolejne cele naszych ataków oraz zbieramy napój bogów – pyszne złociste piwko. Każda misja w której przyjdzie się nam zmierzyć ma z góry ustalone trzy cele, za wykonanie których zostaniemy nagrodzeni głowami nabitymi na pale, jedną za każde wykonane zadanie. Misje dzieją się na mapie wielkości naszego ekranu, podzielonego na kwadraty, więc nie są jakoś specjalnie rozległe, ale nie bójcie się – naszego ego zmieści się tam bez problemu, o ile zmiażdżymy naszych wrogów. Zasady gry są niezwykle proste i sprowadzają się w zasadzie do używania tylko jednego przycisku myszki bądź palca, gdyż jak każdy szanujący się postępowy wiking – używamy smartfonów. Na początku każdej misji dostajemy mniejszy bądź większy oddział (lub więcej) naszych dumnych wikingów. Zaznaczamy go jednym kliknięciem, a kolejnym wysyłamy go do interesującego nas celu. Tyle, jeśli chodzi o podstawy.

Szybka gra

Mapa gry podzielona jest na nasz teren, oznaczony kolorem pomarańczowym, oraz teren wroga koloru zielonego. Nasze jednostki mogą się bezproblemowo poruszać po swoim terenie, nieważne czy w linii prostej czy po skosie. Mamy podział na kilka rodzajów jednostek, które są wprowadzane w grze sukcesywnie wraz z postępem w fabule i należy pamiętać, że na jednym polu nie mogą znajdować się różne rodzaje wojska, a na kratce może być maksymalnie 50 naszych jednostek. Na planszy mamy rozsypane różnego rodzaju budynki, które de facto odgrywają najważniejszą rolę w Crush Your Enemies. Nie jest tutaj, jak w każdej innej strategii, że w danym budynku możemy sobie rekrutować nowe wojsko, o nie. Poważny facet musi się wyróżniać pośród tłumu takich samych miałkich RTSów, dlatego tutaj, do rekrutowania wojska mamy jedynie jeden budynek, w którym prędkość generowania nowego wojska wzrasta wraz z jego liczbą w tym lokum, gdzie maksymalnie możemy posiadać 50 prostaczków, a inne jednostki rekrutujemy po prostu wchodząc do uprzednio przejętych budynków, np. koszar. Oznacza to, że jeśli chcemy ze zwykłych chłopów zrobić rządnych mordu, krwi i dziewek (niekoniecznie w tej kolejności, trzeba jeszcze do tego dodać piwo) wystarczy, że zgarniemy interesującą nas ilość (przytrzymując palec na drużynie) i zaprowadzimy ich do koszar. W magiczny sposób nasze wojsko zostanie zamienione w żołdaków uzbrojonych w topory. Nic nie szkodzi na przeszkodzie, żeby tych przed chwilą „zmienionych” przebranżowić np. na łuczników. Nie jesteśmy ograniczeni do rodzaju wojska, w każdej chwili (o ile mamy taką możliwość) możemy zmienić nasz oddział w zupełnie inny w razie potrzeby.

Mechanika gry opiera się mniej więcej na tradycyjnej metodzie papier-kamień-nożyce. W najbardziej podstawowej sytuacji mamy więc przewagę żołnierzy nad chłopami, łucznicy, póki mają strzały, to wycinają w pień sąsiadujących z nimi chłopów/żołnierzy, ale za to jeśli na teren łuczników wejdzie wrogie wojsko, to zostanie z nich krwawa miazga, tarczownicy  odbijają strzały i tak dalej...  Misje są bardzo szybkie, wystarczają na góra parę minut, więc są idealne na krótkie sesje np. w trakcie jazdy autobusem – oczywiście nikt nie ma prawa przyczepić się do kierowcy, że łechta swoje wikińskie ego w trakcie prowadzenia dużego pojazdu, prawda? W innym awanturnik zostanie zmiażdżony. Cele mamy różne, od typowego Zmiażdż Swoich Wrogów czy Podbij Cały Teren mamy również i takie, gdzie musimy pokonać wszystkich wrogów posiadając odpowiednią ilość wojska, zniszczyć przeciwnika w wyznaczonym czasie czy bronić swoich terenów przez określoną ilość minut, gdzie mamy zdecydowanie mniej wojska niż opozycja. Same misje również są stosunkowo zróżnicowane, nie zawsze mamy np. dostęp do wszystkich rodzajów jednostek, czasem jesteśmy ograniczeni tylko do jednej grupy wojska bez możliwości namnożenia nowego mięsa armatniego i tak dalej. Jeśli mamy problem z jakąś misją, ku pomocy nadchodzi wspomniane wcześniej piwo, które nasi wojacy uwielbiają żłopać litrami. Za piwsko, które zbieramy między misjami z okolicznych barów, możemy przed wyruszeniem na bój, kupić bonusy do użycia w trakcie misji. Bonusy takie jak czasowe zwiększenie siły wojska, postawienie w dowolnym miejscu na mapie nadmuchanego wikinga, który zwabi wroga czy postawienie namiociku na swoim terenie, gdzie przez chwile dany rodzaj wojska będzie mógł się rozmnożyć. 

Na pohybel! 

Pomiędzy misjami będziemy poznawać losy głównych protagonistów gry, wikinga Broga i jego syna Fuzgota, również sama kampania jest podzielona między tę dwójkę nieszczęśników walczących o honor i miejsce w Valhalli. Dostęp do niektórych misji mamy zablokowany, dopóki nie zdobędziemy odpowiedniej ilości głów wrogów, więc niekiedy będziemy musieli schować swoje ego do kieszeni i powtórzyć jedną z misji, która nam poszła gorzej i nie ukończyliśmy wszystkich celów. Naturalnie, każdą misję możemy powtarzać do oporu i nie musimy wykonać wszystkich trzech zadań za jednym zamachem. Sama warstwa fabularna jest jak typowa muzyka w pornolu – niby jest, niby robi nastrój i podstawę do działań, ale prawdę mówiąc – na cholerę to komu? Same dialogi są sprawą dyskusyjną, gdyż przeplatane są zazwyczaj gimbusiarskim humorem przewleczonym przekleństwami i związkami frazeologicznymi. Oczywiście w polskiej wersji językowej (tylko napisy, na co komu dialogi mówione?!). 

Grafika jest taka, że typowy Generian by się zaśmiał. Wielgachne jak jaja byka piksele, które oficjalnie nazywane są pixel-artem może nie wyglądają najlepiej na monitorze, ale na mniejszym smartfonie mogą już mieć swój urok. Nie, żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało, uwielbiam pixel-art, jednak niektórym może ten styl graficzny przeszkadzać. Muzyka jest w porządku. Nic więcej nie mogę o niej powiedzieć.

Przy tej całej otoczce męskości, grubiaństwa, niewyrafinowanego humoru i prostocie zabawy mam naprawdę problem z oceną tego tytułu. Z jednej strony, krótka rozgrywka potrafi wciągnąć i jest idealna z doskoku. Z drugiej strony, na PC takie granie nie ma większego sensu i lepiej już sięgnąć po (darmową!) wersję na smartfona. Fabuła jest tu mało istotna, humor może wielu ludziom nie podejść (walić ich!), pixel-artowa grafika, chociaż ma swój urok, tak niekoniecznie musi się podobać. Finalnie jednak, jest to gra solidna, dopracowana. Ludzie nielubujący się z RTSami mogą bez problemu sięgnąć po ten tytuł, gdyż ogólna prostota użytkowania sprawie, że mogą się dobrze z tą grą bawić. Kudosy twórcom za świetnie zaprojektowany interfejs użytkownika. Tymczasem, wracam pomordować trochę Generian i Miażdżyć Moich Wrogów!

PS Tekst nie miał na celu nikogo urazić, został jedynie napisany w podobnym stylu co sama gra.