Pamiętam jak dziś grę World Cup 98 od EA Sports, wydaną z okazji Mistrzostw Świata we Francji. Wspominam o tym nie bez powodu, bo zbliżające się wielkimi krokami Mistrzostwa Europy również zawitają do kraju Żabojadów. World Cup 98 już samym intrem zagrzewało do boju, budowało atmosferę piłkarskiego święta, imprezy, na którą fani czekali bite cztery lata. Menusy, animacje, narodowe barwy na trybunach - gracze mogli poczuć klimat piłkarskiego festiwalu, który elektryzował miliony widzów na całym świecie. I doświadczyć tych emocji na kanapie w domowym zaciszu.

Kiedyś było lepiej

Mamy rok 2016. Technologia poszła wprawdzie do przodu, ale patrząc na World Cup 1998 i Euro 2016, mógłbym napisać, że coś chyba poszło nie tak. Bo jeśli największą zaletą rozszerzenia do Pro Evo 2016 jest to, że dostajemy je za darmo, to jakość contentu zaczyna zastanawiać. Konami wykupiło licencję na imprezę, więc w trybie EURO 2016 możemy liczyć na nowe menu, tablice z wynikami, charakterystyczne logosy, reklamy czy nawet króciutką animację ukazującą stadion. Przed meczami wciąż odgrywane są hymny narodowe, jednak to za mało, by poczuć atmosferę zbliżających się mistrzostw. Jest po prostu zbyt spartańsko, zbyt… zwyczajnie.

Co gorsza, mimo posiadania licencji, nie wszystkie jedenastki narodowe mają oryginalne stroje. Na domiar złego w podróbkach rodem z bazaru biega między innymi nasza reprezentacja. Tak, wiem - istnieje możliwość własnoręcznego wgrania sobie oryginalnych trykotów, bo społeczność graczy regularnie wyręcza w takich kwestiach speców z Konami, ale to nie tak powinno przecież działać. Całe szczęście twarze zawodników to wciąż poezja. Deweloper wraz z najnowszym dodatkiem jeszcze bardziej przyłożył się do tego aspektu i zarówno na zbliżeniach, jak i w sposobie prowadzenia piłki wygląda to fenomenalnie. Podczas jednej z powtórek spojrzałem na Grosickiego i nie mogłem wyjść z podziwu, w jaki sposób Konami udało się tak wiernie odwzorować jego facjatę. Podobnie zresztą jak Fabiańskiego, Lewego, Rybusa czy Krychowiaka. Tak naprawdę przyczepić mógłbym się chyba tylko do Jodłowca, który wygląda jak jakiś random z kozią bródką. Zresztą nie tylko Polacy zachwycają swoim odwzorowaniem - wystarczy odpalić mecz Francja - Niemcy, by docenić kunszt programistów Konami. Warto dodać, że Polacy mają tym razem naprawdę solidne statystyki i można nimi spokojnie rywalizować z najlepszymi ekipami. 

Mistrzostwa jednego stadionu

Niestety w grze nie doświadczycie zbyt wielu nowych animacji przed i pomeczowych, a te co są, bardzo często się powtarzają. Błaszczykowskiego bijącego brawo w stronę kibiców widziałem w co drugim meczu, podobnie jak dyskusje Piszczka z Jędrzejczykiem schodzących w przerwie do szatni. Prawdziwym strzałem w stopę jest odwzorowanie tylko jednego stadionu. Tak, dobrze czytacie - Konami nie udało się przenieść do gry wszystkich aren, na których odbędą się mecze we Francji. A szkoda, bo Stade de France wygląda naprawdę kozacko i w tej chwili jest to moja ulubiona arena w Pro Evo. Niestety fakt, że w Mistrzostwach Europy gramy często na losowo przydzielanych stadionach, które nie odpowiadają tym z rzeczywistości, po raz kolejny burzy otoczkę wielkiej imprezy. 

Cały tryb EURO 2016 to po prostu zwykłe mistrzostwa znane z podstawki, tyle że ubrane w szaty francuskiego turnieju. Dość ubogie szaty trzeba dodać. W dodatek możemy zagrać zarówno losując grupy od nowa, jak również bazując na oficjalnym podziale. Istnieje też mozliwość zagrania drużynami, które do imprezy się nie zakwalifikowały. Brakuje za to opcji ponownego rozegrania eliminacji, co tylko pokazuje lenistwo Konami. A szkoda, bo z chęcią rozegrałbym jeszcze raz fazę grupową i pokazał Szkotom i Niemcom, gdzie ich miejsce. Zmiany w gameplayu, jeśli są, to kosmetyczne, więc to wciąż jedna z najlepszych odsłon serii na obecną generację konsol. Obok fuszerki Konami nie da się jednak przejść obojętnie, nawet biorąc pod uwagę fakt, że dodatek dostajemy za darmo.

Szkoda, że wydawca nie wstrzymał się jeszcze dwóch miesięcy i nie wypuścił na rynek produktu takiego, jakim powinien być. Bo choć miło było patrzeć, jak Robert Lewandowski podnosi puchar Mistrza Europy, to gdzieś w głowie pozostał niedosyt i myśl o zmarnowanym potencjale.