Techland dobrze kombinuje. Gracze na całym świecie pokochali Dying Light, więc zapadła decyzja o rozszerzeniu przygotowanej opowieści. Twórcy jednak nie zdecydowali się na mały dodatek, stroje dla konia, czy też zestaw broni. Ekipa z Wrocławia zaoferowała DLC, które w zasadzie powinno trafić do osobnego pudełka z dopiskiem „2”. Pisząc te słowa jestem pewien, że The Following zmieni naszą branżę. Od teraz gracze powinni jeszcze gorzej reagować na wciskanie syfu, mydlenie oczu i wyjątkowe pakiety skórek… Zacznijmy jednak od początku.

Opowieść nabrała odpowiednich smaczków

The Following to rozszerzenie wymagające podstawowej wersji gry. Po zainstalowaniu dodatku w menu pojawia się zakładka, dzięki której możemy rozpocząć zupełnie nową historię. Twórcy na początku pozwalają przenieść postać, więc nie musicie się obawiać o utratę ulubionej kosy czy też zdobytych umiejętności.

Pod względem opowieści w końcu opuszczamy zabrudzone mury Harran. W mieście brakuje antyzyny, ludzie chorują, potrzebują lekarstwa, więc Kyle Crane wyrusza z misją ratunkową. Pierwszy raz opuszcza miejscówkę pełną zombiaków i trafia do... Ogromnego świata przepełnionego kolejnymi truposzami. Wróćmy jeszcze jednak do samej opowieści – bohater usłyszał o ludziach zamieszkujących peryferia, którzy są odporni na zarazę, więc bez większych rozważań postanawia wyruszyć na spotkanie z odpornymi by poprosić ich o pomoc. Dość szybko orientujemy się, że plotki o Dzieciach Słońca i Matce są prawdziwe, a naszym zadaniem jest umówienie się na audiencję u szefowej taj bandy. Na papierze ta przygoda brzmi bardzo banalnie, ale na szczęście Techland nie zawodzi i pod względem przygody The Following przewyższa podstawkę. Historia ma kilka słabszych momentów, ale jednocześnie zdecydowanie częściej obserwujemy wyśmienite zwroty akcji, a dodatkowo zakończenie jest… Wyborne. Studio od początku miało zgrabny plan na przygotowanie rozszerzenia i widać to od początku do końca. Deweloperzy porzucili ramy zamkniętej opowieści i pozwalają graczom wykonywać zadania na własną rękę. System jest bardzo prosty – by pchnąć przygodę do przodu musimy spełniać zachcianki mieszkańców. W konsekwencji wykonujemy tonę najróżniejszych zadań i zyskujemy ich przychylność. Koncepcja jest bardzo prosta, widzieliśmy już ją w kilku produkcjach, ale w tym miejscu sprawdza się w każdym najmniejszym elemencie.

Podczas misji od czasu do czasu ratujemy z opresji farmerów, innym razem naprawiamy rurociąg, bawimy się w tragarza, badamy chmurki, szukamy skarbów, pomagamy rozwiązać problem z tajemniczym zniknięciem kilku osób, czy po prostu oczyszczamy lokację ze zmutowanego robactwa. Zadania są w miarę różnorodne, jednak ich najmocniejszą stroną jest liczba. Mnóstwo najróżniejszych wyzwań czeka przed śmiałkami, a warto wiedzieć, że ich poziom trudności często jest naprawdę wywindowany. Nie zapuszczajcie się w ciemne jaskinie bez znajomych, bo dość szybko zostaniecie sprowadzeni do parteru. Twórcy nie żartują i gdy pojawia się ostrzeżenie przed zagrożeniem, to lepiej ich słuchać. Ponadto w trakcie poznawania misji jesteśmy stale bombardowani dodatkowymi wyzwaniami, które nie pozwalają nam się nudzić. Chociaż wiele zadań nie jest specjalnie rozbudowana, to mimo to odnoszę wrażenie, że w przypadku The Following nie nawaliła sfera otoczki, dialogów i całego klimatu. Te misje wykonuje się po prostu bardzo przyjemnie.

Od parkourowca po mechanika

Twórcy zdecydowali się porzucić mury Harran i zaoferowali graczom ogromną (dwukrotnie większą) lokację, która jednak znacząco różni się od znanej lokacji. Pola, pola, górki, pola, lasy, sady, pola, górki, pola, małe miasteczka – zapomnijcie o bieganiu po wielkich budowlach i uciekaniu przed zombiakami po dachach. Studio zdecydowało się na zupełne oderwanie od najbardziej rozpoznawalnego elementu Dying Light i jest to bez wątpienia decyzja bardzo kontrowersyjna. Na szczęście Crage nie zostaje pozostawiony z ręką w nocniku, a do jego dyspozycji trafia auto. Buggy początkowo przypomina stary rupieć, ale w tym tkwi magia zmian – od teraz nie jesteśmy gibkim parkourowcem, a zamieniamy się w mechanika-rajdowca-uciekiniera. Trudno w The Following poruszać się na nogach, bo nawet największy atleta w pewnej chwili potrzebuje odpoczynku… A możecie mi wierzyć, że stanie na środku pola pełnego żywych trupów nie jest najlepszym rozwiązaniem. Na szczęście samochodzik sprawdza się idealnie do masowej eksterminacji zombiaków. No może na początku nie jest to taka łatwa sprawa i jedynie przy większym rozhulaniu bryki możemy rozjechać kilku oponentów, ale już po odpicowaniu samochodu otrzymujemy małą machinę zagłady.

Nie obawiajcie się jednak o męczarnie za kierownicą. Techland dostarczył bardzo przyjemny system jazdy, który zachęca do rozgrywki… Pewnie sporą zasługą jest oczywiście fakt eliminowania przeciwników w finezyjny sposób, ale na pewno ten element broni się każdym kółkiem. Samochód możemy oczywiście ulepszać, więc podczas rozgrywki za zarobioną gotówkę kupujemy nowe części, wymieniamy silnik, zajmujemy się dopracowaniem amortyzatorów, przygotowujemy lepsze opancerzenie, czy też montujemy miotacz ognia lub mocne lampy UV. Opcji jest sporo i oczywiście jak to na świat Dying Light przestało – nic tutaj nie jest wieczne. Podczas jazdy możemy z łatwością zniszczyć nasze cacuszko, więc każda większa wyprawa skończy się na tym, że podchodzimy do pozostawionych wszędzie samochodów, wyciągamy niezbędne części, a ponadto sprawdzamy dostępną benzynę. Nie jest pewnie dla Was zaskoczeniem, że auto nie jeździ na słońce, więc dobrze jest zawsze posiadać w zanadrzu przynajmniej 3-4 butelki z paliwem.

Deweloperzy zaryzykowali prezentując tak radykalną zmianę, ale bez wątpienia pomysł się obronił. Trzeba mieć przy tym świadomość, że Techland dobrze przemyślał każdy najmniejszy aspekt tej innowacji. Świat jest na tyle ogromny, że nie da się go poznawać na piechotę, a ponadto zadania są rozrzucone po całej lokacji, więc w sumie niemal stale siadamy w wygodnym fotelu i rozjeżdżamy szwędające się truchło. Przy tym wszystkim nie możemy zapomnieć o licznych dodatkowych wyzwaniach – wyścigi, przejedź XX zombiaków na czas, rozwal XX rywali za pomocą miotacza, zniszcz XX płotków przez 30 sekund – i to wszystko naprawdę bawi.

Jesteś legendą, która jeździ w piękniejszym samochodzie

The Following w pewien sposób kontynuuje wydarzenia z podstawki, więc tak jak wspomniałem, deweloperzy pozwalają przenieść protagonistę z Dying Light. Studio zdało sobie sprawę, że wielu wiernych fanów pozycji ma rozwiniętą postać do granic możliwości, więc dla tych hardcorowców powstało „drzewko Legend”. Nasze apetyty nie zostały ograniczone i ponownie umożliwiono ulepszanie poszczególnych aspektów Crane’a. Nie liczcie jednak na szybki skok o kolejne dziesiątki poziomów. Zabawa z Legendami jest żmudna, ale jednocześnie opłacalna, ponieważ możemy zwiększyć żywotność, przyspieszyć regenerację, polepszyć kondycję, czy po prostu poprawić opanowanie poszczególnych zabawek. Opcji jest mnóstwo, a najwierniejsi sympatycy pozycji na pewno nie będą marudzić… To też dla nich powstał Tryb Koszmaru, w którym zabawa jest jeszcze trudniejsza. Rywale nie wybaczają błędów, noce trwają dłużej, a my jesteśmy podatni na każdą niedogodność…

Studio nie zapomniało również o poszerzaniu umiejętności opanowania jazdy buggy i dzięki spędzaniu godzin za kółkiem zbieramy punkty, które następnie pakujemy w rozwój naszej bestii. To przyjemne uzupełnienie przygotowanej koncepcji i trudno mieć choć najmniejsze zastrzeżenia do zabawy samochodem.

Muszę jeszcze na sekundę wspomnieć o poziomie trudności. Za dnia jeszcze jakoś można się pomęczyć i próbować żyć bez metalowej maszyny zagłady, jednak nocą nie radzę wychodzić gdziekolwiek bez auta. W podstawce mogliśmy uciekać przed oszalałymi przeciwnikami wdrapując się na budynki i szukając schronienia na dachach… W DLC sprawa została obrócona o 180 stopni i z tego powodu ucieczka po polach na piechotę jest niemal niemożliwa. Jednak nawet w samochodzie nie jesteśmy w pełni bezpieczni, bo zombiaki lubią wskoczyć na naszą maskę, by następnie zakończyć nasz marny żywot. Na szczęście gra nie zatraciła swojego unikalnego klimatu i po zapadnięciu zmroku jest naprawdę… Przerażająco. Ciśnienie skacze, a przemieszczanie się pomiędzy potworami potrafi ostro wymęczyć. Nie będę ukrywał, że ja początkowo ginąłem zdecydowanie częściej niż w Dying Light i dziękuję twórcom za częste rozłożenie po mapie myśliwskich ambon, które są wykorzystywane jako miejsca zapisu. Ta miejscówka jest naprawdę gigantyczna i gdybyśmy musieli przemieszczać się wyłącznie pomiędzy obozami, to pewnie produkcja zostałaby spisana przez wielu na straty.

Pod względem oprawy ponownie trudno do czegokolwiek się przyczepić. Gra podobno została odrobinę odpicowana, ale bez stosownego porównania trudno chwalić pracę grafików – już podstawka wyglądała świetnie. Na uwagę na pewno zasługują piękne zachody słońca i jazda samochodem podczas nocy… Szkoda jedynie, że ponownie dubbing jest bardzo nierówny. Niektórzy aktorzy prezentują bardzo wysoki poziom, zaś inni nie potrafią wczuć się w postać. Na szczęście pozostałe udźwiękowienie – te ryki zombiaków! – nie zawodzą i łączą się z całą produkcja w piękną całość.