Ostatnia odsłona growej serii Ultimate Ninja Storm wylądowała w sprzedaży. A przynajmniej takie są obietnice studia CyberConnect2, które nawet reklamuje tę produkcję jako „ostateczną”. Nie bez powodu, bo jest to adaptacja finałowej bitwy z kart komiksu i trzeba przyznać, że pomimo pewnych braków, związanych prawdopodobnie z budżetem, twórcy nie poskąpili grze rozmachu. Już na wstępie warto zauważyć, że dla miłośników cyklu autorstwa Masashiego Kishimoto jest to zakup absolutnie obowiązkowy.

Dwa kroki w tył

Gra powraca do swoich korzeń. Po kilku nieudanych eksperymentach z formą i mechanizmem rozgrywki, autorzy postanowili cofnąć się do poziomu „trójki” i rozwijać tamte koncepty. Było to doskonałe posunięcie, bo podczas produkcji Generations i Revolution podjęto kilka wyjątkowo kontrowersyjnych decyzji skutecznie psujących balans i odbierających radość z zabawy. Nie mówiąc już o tym, że mogliśmy odczuć nieco syndrom Call of Duty. Kolejny rok, kolejna gra i brak czasu na przygotowanie konkretnego „mięcha” dla fanów. Ultimate Ninja Storm 4 jest tytułem, na którą czekaliście. Ma pełnoprawną fabułę, która pochłania około 12 godzin z życia, do tego uzupełniający tryb przygodowy i tradycyjne walki arenowe. Te ostatnie wreszcie doczekały się konstruktywnych zmian. Nie chodzi tu o przełom w kwestii rozgrywki, ale o przemyślaną ewolucję. Dodano wiele drobiazgów odświeżających nużący już nieco system.

Wielka niewiadoma

Zacznijmy jednak od samej historii. Gra zaczyna się od retrospektywnej walki Madary z Hashiramą, by następnie przenieść się do kulminacyjnego fragmentu Czwartej Wojny Ninja. Bohaterowie mierzą się z Tobim i udaje im się zdemaskować wroga. Powstrzymam się od dalszego zdradzania konkretów, bowiem istnieją zapewne gracze pragnący dopiero poznać zakończenie tej opowieści. Ci, którzy przygody Naruto mają już za sobą, zauważyli zapewne, że mamy tu pewną dziurę fabularną. Pomiędzy końcówką wydarzeń z Ultimate Ninja Storm 3, a najnowszą częścią serii wydarzyło się bardzo dużo i z jakiegoś powodu, nawet skrótowo, nie są one objaśnione w grze. Być może CyberConnect2 chce już faktycznie pożegnać się ostatecznie z tym bohaterem, ale taka ogromna dziura pomiędzy poszczególnymi odsłonami sprawia, że pewna grupa graczy zmuszona będzie do przeczesywania Internetu w poszukiwaniu odpowiedzi na piętrzące się pytania.

W wyniku tego próg wejścia dla osób niezwiązanych z serią będzie odrobinę zawyżony. Ale jak już uda im się go pokonać, to szczęka wielokrotnie opadnie im do samej ziemi. W trakcie kilku najważniejszych walk eskalacja całej akcji osiąga poziomy tego miłego absurdu, kiedy zaczynamy śmiać się sami do siebie przed ekranem. Zwłaszcza, że w najważniejsze i najbardziej dynamiczne sceny wyraźnie wpompowano kawał budżetu, gdyż zarówno pod względem oprawy jak i reżyserii, wyglądają one o niebo lepiej od reszty gry. Oczywiście nie mam tu na myśli, że pozostałe segmenty są brzydkie, jednak nierówności widoczne są na pierwszy rzut oka. Z pewnością mamy do czynienia z jedną z najładniejszych komiksowych gier na rynku, którą pod względem atrakcyjności szaty graficznej przewyższa jedynie Guilty Gear Xrd -SIGN-.

Trudno odmówić grze spektakularności. Zdecydowanie pierwsza liga w kwestii cel-shadingu. Lepszy jest tylko Guilty Gear

Ten ostatni taniec

Główna opowieść podzielona została na trzy segmenty, z czego każdy składa się z kilku pomniejszych rozdziałów trwających od kilku do kilkudziesięciu minut. Na całość musimy przeznaczyć kilkanaście długich godzin, a i tak wiele scen zostało skróconych na potrzeby gry. Zaskoczyły mnie jedynie dwie rzeczy. Po pierwsze część wydarzeń przedstawiona została, z niewyjaśnionych przyczyn, w formie pół-statycznych obrazków, co nieco kontrastuje ze ślicznymi animacjami w 3D. Po drugie, nie wiem jak japoński oryginał, ale nasze wydanie zostało wyraźnie ocenzurowane. Nie wchodząc w szczegóły, by nie zepsuć nikomu zabawy – kto traci rękę w komiksie, ten nie traci jej tutaj. 

Po zakończeniu kampanii możemy natychmiast wskoczyć do trybu „Adventure”. Rozpoczyna się on w czasie pokoju – zaraz po wydarzeniach z głównego scenariusza, a przed epilogiem i choć nie zachwyci nas rozmachem, ani nie powali na kolana fabułą, to stanowi przyjemny dodatek. Dzięki niemu mamy możliwość pozwiedzać ładnie odtworzone wioski ninja znane z kart komiksu w typowo j-RPGowym stylu. Po drodze napotkamy oczywiście znanych towarzyszy, dla których wykonamy całą masę mniej lub bardziej ambitnych misji, a wszystko poprzetykane jest walkami i wspomnieniami wydarzeń z przeszłości. Przyjemny dodatek, który skutecznie wydłuży miłośnikom tego klimatu czas jaki spędzą z grą.