Pony Island to tytuł niepozorny, po który prawdopodobnie nie sięgnąłbym nigdy, gdybym zupełnie przypadkowo nie natrafił na niego gdzieś w mojej siatce społecznościowej. Jest to również gra niezwykle trudna do zrecenzowania, gdyż im mniej wie o niej potencjalny odbiorca, tym lepiej. Niezwykle ważny jest tu ten element zaskoczenia, gdyż to on stanowi lwią część całej atrakcji. No dobrze, ale zastanawiacie się pewnie, o czym jest ta gra skoro, wbrew temu co głosi tytuł, nie jest o kucykach.

No właśnie.

Spróbuję być jak najbardziej subtelny. Tajemnica jest tutaj kluczowa dla lepszego odbioru gry. Inaczej kompletnie zepsuję wam wyśmienitą zabawę, jaką niesie ze sobą ten projekt. Tytułowa Wyspa Kucyków, to niezwykle marna gra, w której wcielamy się w, zgadliście, kucyka, a jego celem jest skakanie przez płotki i pokonywanie przytulaśnych motylków za pomocą magicznego oddechu. Jest brzydka, nudna i prostacka.

Ok. Skoro macie już obraz tęczowej brzydoty zasiany w swoim umyśle, to przygotujcie się n na prawdę. Gracz w Pony Island odgrywa rolę duszy uwięzionej w nadgryzionym zębem czasu automacie arcade. Za grę odpowiedzialny jest sam Szatan, który z pomocą swojego programu więzi zbłąkane dusze. Oczywiście spędzenie wieczności z kucykami i wcieleniem zła nie jest dla nas zbyt atrakcyjną wizją, więc kombinujemy jak tu się wydostać. Nagle zaczyna kontaktować się z nami tajemnicza postać i mówi, że ma pewien plan ewakuacji z demonicznej maszyny.

Jeżeli w tym momencie poczuliście się zaintrygowani, to polecam wam zaprzestać czytania tej recenzji i udanie się w kierunku karty Steam tej gry. Jeżeli nie, to pamiętajcie, że zdradzenie jakichkolwiek elementów mechaniki może, choć nie musi, umniejszyć wasze doświadczenie płynące z przechodzenia tego tytułu. Wydaje mi się, że stanie się ono po prostu gorsze jakościowo. Dlatego też wstawiam tutaj szczere oznaczenie:

UWAGA SPOILER

Rozgrywka w Pony Island dzieli się na trzy, odrębne pod względem mechaniki, części. Pierwszą z nich jest eksploracja systemu urządzenia oraz programów. Druga opiera się na hakowaniu poszczególnych aplikacji. Każda z takich sekwencji stanowi swojego rodzaju logiczną łamigłówkę. Ich poziom trudności znacznie wzrasta wraz z postępami w fabule. Trzeci element mechaniki to gra w grze, czyli samo Pony Island, w którym skaczemy przez płotki i pokonujemy przeciwników. Program jest regularnie przepisywany przez przebiegłego Szatana i sam zręcznościowy aspekt rozgrywki również ulega w trakcie zabawy pewnym konkretnym przeobrażeniom.

To małe, niezależne dzieło jest prawdopodobnie najlepszą satyrą na tworzenie gier, jaką znajdziecie na rynku. Gra regularnie łamie nie tylko czwartą, ale również i ósmą ścianę, skutecznie robiąc nam papkę z mózgu. Wiele zaprezentowanych w niej pomysłów jest niezwykle oryginalnych, a niektóre, tak jak segment zręcznościowy, umyślnie potrafią nieco znużyć gracza. Pony Island to niesamowita huśtawka nastrojów. Gra potrafi być niepokojąca, śmieszna, irytująca i błyskotliwa, a wszystkie te uczucia zmieniają się w zawrotnym tempie niczym podczas przejażdżki niekomfortowo przyspieszającą karuzelą.

Mówiłem. To nie jest gra o kucykach.

Pony Island zręcznie naśmiewa się ze współczesnych trendów projektowania gier, szydzi z modelu free-to-play i celnie punktuje deweloperów tworzących growe abominacje „na własny obraz i podobieństwo”. Zabawa odbywa się tu na trzech różnych płaszczyznach – gry, z której próbuje wydostać się bohater, tej w którą gramy my, a także świata rzeczywistego, bo autor tego niecodziennego indyka ostro pogrywa sobie z nami również wewnątrz naszej codziennej strefy komfortu.

Co ciekawe, nic nie jest takie, jakie nam się z początku wydaje. Stopniowo poznajemy również tajemnicę śmierci protagonisty. Ale po kawałku i nigdy w całości. Aby dowiedzieć się, co dokładnie stało się z bohaterem będziemy musieli ukończyć Pony Island kilkukrotnie, a zbieracze osiągnięć mają jeszcze do zgarnięcia kilkadziesiąt poukrywanych „kucykowych bilecików”.

Pony Island to, bez wątpienia, najbardziej inteligentny projekt z jakim miałem okazję mieć styczność w ostatnim czasie. Gdyby tylko pewne aspekty historii były nieco bardziej zgłębione, to zastanawiałbym się nawet nad pełną „dychą”. A może tak miało być? Może teraz, gdy piszę ten tekst, gra nadal bawi się mną próbując manipulować moim werdyktem? Oby tak było…