Recenzja: Styx: Shards of Darkness (PS4)

Recenzja: Styx: Shards of Darkness (PS4)

Jaszczomb | 17.03.2017, 00:07

Styx: Shards of Darkness miało jedno zadanie – wziąć grę Styx: Master of Shadows i pozbyć się niedoróbek wynikłych z niskiego budżetu. Tyle by wystarczyło, żebyśmy dostali skradankę idealną...

Styx: Master of Shadows stało się nieoczekiwaną skradankową perełką na rynku, gdzie inne przedstawicielki tego typu gier już dawno przestały stanowić jakiekolwiek wyzwanie. W poprzedniczce czuć było miłość do gatunku z czasów jego świetności, co przyciągnęło staroszkolnych fanów, ale też niedociągnięcia techniczne i wysoki poziom trudności skutecznie odstraszały całą resztę. Pisałem nawet w recenzji jedynki, że sequel może być hermetycznym ideałem dla starszych miłośników skradanek, jeśli tylko twórcy dostaną większy budżet. Teraz dostali i... no, jest miejsce na poprawę.

Goblin Styx powrócił i jego złodziejskie umiejętności cieszą się dużą popularnością wśród szemranej części miasta Thoben. Względnie spokojne życie pełne włamów i kradzieży zmienia się jednak po nietypowym zleceniu od równie nietypowego klienta – członkini specjalnej grupy polującej na gobliny chce, by nasz bohater wykradł dla niej pewne berło. Historia ma kilka zwrotów akcji i świetnie słucha się słownych przepychanek między Styksem i jego (z braku lepszego określenia) sojusznikami, lecz ostatecznie całe te relacje wypadają płytko. Do tego wątki urywają się nagle i bezsensownie, a kiepsko przemyślane otwarte zakończenie ani specjalnie nie uruchamia wyobraźni, ani nie wzmaga apetytu na poznanie dalszych losów bohatera. Czekałem na wyjaśnienie kilku niedopowiedzeń, szykując się na nowe wątki poboczne czy lepsze nakreślenie postaci, ale zanim je dostałem, na ekranie pojawiły się napisy końcowe.

W kwestii rozgrywki mamy drobne poprawki względem świetnych fundamentów poprzedniej odsłony. Styx jako niewielki złodziejaszek pasuje do gatunku idealnie, chowając się pod stołami, zwisając nad przepaściami czy biegając po belkach nad głowami wyższych i silniejszych wrogów. Oczywiście w otwartej walce jest bezużyteczny, ale przecież nie po to gramy w skradanki. Zwiększono prędkość poruszania się podczas kucania i jakimś cudem łatwiej było mi biegać po wąskich belkach czy murkach, chociaż skakanie i łapanie się krawędzi wciąż wymaga ostrożności. Spaść wyjątkowo łatwo, co wkurzało już w poprzedniczce, a tutaj plansze są jeszcze bardziej rozbudowane w pionie. Co do samych projektów poziomów złego słowa jednak powiedzieć nie mogę. Znów do każdego miejsca prowadzi przynajmniej kilka ścieżek, a po dokładnym zbadaniu każdego skrawka mapy możemy opracować najszybszą drogę do speedruna. Nie interesują Was takie rzeczy? W Styx: Shards of Darkness pewnie zainteresują.

Na każdym poziomie mamy do zaliczenia kilka opcjonalnych wyzwań. Liczy się tutaj szybkość przejścia planszy, unikanie wywoływania alarmów i stronienie od zabójstw. Wolicie grać powoli i ostrożnie, stopniowo czyszcząc całą planszę ze strażników? Oczywiście, że wolicie, po to się gra w skradanki! Ale jeśli zechcecie powrócić do którejś z misji, będzie to jakiś dodatkowy cel. Oprócz tego poziomy mają cele dodatkowe, a wszystkie te wyzwania i misje poboczne nagradzane są punktami umiejętności. I tutaj zdecydowano się oddać nam aż pięć rozbudowanych drzewek, wśród których rozwijamy percepcje, wytwarzanie przedmiotów (włącznie z pułapkami), możliwości klona, pozostawanie w ukryciu oraz opcje skrytobójcze. Mało tego, między misjami możemy je resetować i wybierać inne umiejętności, co nie ogranicza nas do jednego stylu gry. Tutaj Styx: Shards of Darkness potrafi zachwycić.

Niestety, trudności we wspinaczkach i ciągłe spadanie w przepaść to nie jedyne błędy poprzedniczki, które znalazły się w sequelu. Wciąż fizyka obiektów potrafi ześwirować (szczególnie elementy otoczenia, które mają zdradzić pozycję nieuważnego gracza – po dotknięciu miota nimi jak szatan), a sztuczna inteligencja ma te same problemy. Co prawda na plus wypada fakt, że po zauważeniu czegoś dziwnego i sprawdzeniu, co się stało, robią się czujni i zmieniają ścieżki patrolowe. Bardziej boli mnie, że nawet na najwyższym poziomie trudności mogę stać bohaterem ramię w ramię ze strażnikiem (w pełnym świetle!) i nie zobaczy mnie, póki nie przejdę mu przed nosem. Pole widzenia wrogów jest po prostu tragiczne. Zupełnie nie przejmowałem się, czy ktoś mnie zobaczy, gdy wchodziłem na przysłowiową pałę do nowego pomieszczenia. Niby można spojrzeć przez dziurkę od klucza i wybadać teren, ale łatwiej wejść, bo i tak pewnie nikt nas nie zauważy. Ewentualnie szybko się wycofywałem czy wskakiwałem pod jakiś stół. Powraca też problem blokowania się NPC-ów na byle jakim obiekcie otoczenia. Całe szczęście, że chociaż porozstawiano wrogie jednostki tak, by jakoś uzupełniały się w tym swoim ograniczonym widzeniu i dzięki temu nie jest zbyt łatwo.

Pisałem wyżej o płytkiej fabule i postaciach pobocznych, ale sytuację ratują trochę docinki oraz sama postać Styksa. Stał się jeszcze bardziej cyniczny i złośliwy , co okazuje często samemu graczowi, bezpardonowo przełamując czwartą ścianę i wyzywając nas od najgorszych po każdej śmierci. Świetna sprawa i chociaż teksty te w końcu zaczynają się powtarzać, cieszy mnie tak oryginalne podejście. Bawią też nawiązania do innych gier, gdzie uwzględniono serie Thief i Dishonored, a i po tyłku parę razy dostaje Assassin’s Creed. Głupawy humor może miejscami żenować, ale zawsze pasował mi do postaci. Zresztą nie pokpiono sprawy tłumaczenia! Nawet nazwę grupy polującej na gobliny o akronimie C.A.R.N.A.G.E. fantazyjnie przetłumaczono na skrótowiec M.A.Z.A.G.R.A., co rozwinięto jako Międzyoddziałowa Antycypacyjna Sekcja Anihilacji Goblinów Różnego Autoramentu. Polscy tłumacze wykazali się polotem, a do tego nie stronili od przekleństw, które pasują do wypowiedzi. Brawo!

Na koniec nowość – kooperacja dla dwóch graczy. Co-op w skradankach nigdy nie będzie niczym ponad ciekawostkę, ale tutaj ma to nawet sens i Wasz znajomy (lub ktoś losowy z Internetu) może wcielić się w klona Styksa. Problem jest taki, że grając z kimś u boku, nie możemy zapisywać stanu gry, a po śmierci hosta, towarzysza wyrzuca do menu i trzeba go zapraszać ponownie. Co do zabawy z nieznajomymi, na przestrzeni kilkunastu prób ciągle doświadczałem problemów ze znalezieniem gry lub trafiałem na „dopiero co” zakończone sesje i jedyna udana próba wrzuciła mnie do gry z zablokowaną kamerą, skąd nie mogłem niczego zrobić. Twórcy obiecywali, że kooperację naprawi łatka premierowa, ale od wydania gry minęło już parę dni i niczego takiego nie otrzymaliśmy.

Styx: Shards of Darkness to gratka dla każdego starszego fana skradanek, bo tytuł został zrobiony z sercem, ale też z niedoróbkami i niekoniecznie jest przystępny dla wszystkich wzorem największych produkcji AAA. Graficznie i dźwiękowo też nie wyrasta specjalnie ponad poziom poprzedniczki, ale czasy wczytywania są krótkie, a opcję szybkiego zapisu wygodnie umieszczono na krzyżaku. Mimo błędów, tytuł świetnie realizuje założenia gatunku skradanek, nie spełniając jednak standardów gier AAA. Kolejna niszowa perełka, która jak już kogoś przyciągnie, to na całego, bo prawdziwa miłość wiele wybacza. Tyle że na dzisiejszym rynku ciężko zdobyć w ten sposób popularność i budżet na kontynuację.

Gra recenzowana była na PS4 Pro

Ocena - recenzja gry Styx: Shards of Darkness

Atuty

  • Stara szkoła robienia skradanek
  • Świetnie zaprojektowane poziomy
  • Cyniczny Styx i jego docinki
  • Świetna polska wersja językowa
  • Wygodna opcja szybkiego zapisu i krótkie czasy wczytywania
  • Masa nowych umiejętności

Wady

  • Pole widzenia sztucznej inteligencji
  • Płytka fabuła pełna niedopowiedzeń
  • Zdarzają się problemy z fizyką obiektów

Jaszczomb

Nowy Styx rozwija zamysł poprzedniczki, ale brakuje tu przełomu. Wracamy na stare śmieci w tylko nieco lepszym, ładniejszym i bardziej przyjaznym dla gracza stylu.

Komentarze (9)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper