Za Eastward odpowiada chińskie studio Pixpil, które przygotowało dla nas zjadliwy miks gatunkowy łączący w sobie elementy gry akcji, japońskiego RPG-a i przygodówki w klimatach postapokalipsy. Oprócz platformy Steam, swoją wersję dostało również Nintendo Switch, którą to zajmiemy się w tej recenzji.

Proza podziemnego życia w Eastward

Eastward – recenzja i opinia o grze. Dialogi

Akcja gry rozpoczyna się w podziemnym mieście zamieszkiwanym przez ludzi, wierzących że przetrwali wielką katastrofę. Wcielamy się w rolę Johna – ubogiego, niezbyt przyjaznego w obyciu górnika, opiekującego się tajemniczą białowłosą dziewczynką imieniem Sammy. Podopieczna marzy o wyjściu na powierzchnię i ujrzeniu zielonej trawy oraz błękitnego nieba, co sprowadza na jej opiekuna kłopoty. Paradoksalnie jednak wygnanie obojga z miasta realizuje cel Sammy, bowiem jak w przypadku filmu Seksmisja, na powierzchni wcale nie jest tak źle jak mówiono. Ich droga wiedzie na tytułowy wschód przepełniona przygodami, ale co najważniejsze zacieśnianiem wspólnych więzi, odkrywaniem osobistych tajemnic, a także nowych przepisów kulinarnych, o czym w dalszej części recenzji.

Siła Eastward nie leży tylko w fabule, ale  również we wspomnianych bohaterach oraz napotykanych postaciach niezależnych, nieważne czy przyjaznych czy wrogich. To relacje pomiędzy Johnem a Sam stanowią największy scenariuszowy kąsek. Dziewczynka wraz z upływem czasu zmiękcza uczucia zgryźliwego górnika coraz bardziej zmieniając je w więzi ojciec-córka, co śledzi się z prawdziwym zainteresowaniem. Co ciekawe John w ogóle się nie odzywa, a wszystko komentuje mała Sammy, często doprowadzając do komicznych sytuacji.

Podany nam świat na tacy również tryska humorem, aczkolwiek podszytym pewnym żalem i niepewnością jak postapokalipsę przystało. W trakcie podróży spotkamy też sporo drugoplanowych postaci, których przyjdzie nam poznać nieco bliżej i w sumie warto, bo chociaż często bywają dosyć dziwaczne i groteskowe a czasem też nas nie lubiące, to każda na tle gry jest oryginalna i wiele wnosi do całej opowieści. Chociaż przygoda sama w sobie nie posiada konkretnego celu, osobiście świetnie się bawiłem odkrywając tajemnice wykreowanego świata, chcąc dowiedzieć się więcej o katastrofie i dlaczego do niej doszło.

Patelnia idzie w ruch

Eastward – recenzja i opinia o grze. Eksploracja

Eastward często porównywany jest do takich staruszków jak Earthbound/Mother, Landstalker czy The Legend of Zelda. Rzeczywiście z pierwszego tytułu bierze oprawę graficzną i ogólną otoczkę świata, drugi wnosi swój układ przestrzenny „lochów” z Zeldy natomiast z grubsza zapożyczono system walki. Na szczęście twórcy recenzowanego tytułu nie poprzestali tylko na kopiowaniu wspomnianych rozwiązań, tylko tam gdzie się dało twórczo je rozwinęli, chociaż kanony staroszkolnego przygodowego jRPG-a zostały zachowane i próżno szukać jakiś większych innowacji w tym temacie.

Ot podróżujemy z lokacji do lokacji, gdzie ostatecznie takie czy inne zadanie wymaga byśmy zrobili porządek w miejscowych lochach. Następnie po prostu wybijajmy wszystko co żyje i rozwiązując logiczne zagadki dostajemy się wreszcie do bossa. Sama eksploracja i walka z początku może wydawać się banalna, ale to tylko pozory, bowiem każda postać z naszej dwójki dysponuje unikalnymi umiejętnościami, potrzebnymi do pokonywania napotkanych przeszkód. John posiada zdolności siłowe i to on przeważnie walczy, podstawia bomby i nie waha się korzystać z wyrzutni rakiet, Sammy natomiast bazuje na psioniczno-magicznych darach i potrafi unieruchamiać wrogów, sięgać niedostępnych normalnie obiektów czy rozświetlać ciemne pomieszczenia.

Rzecz jasna w Eastward dowolnie zmieniamy sobie bohatera, którym chcemy kierować, zresztą gra w wielu momentach nawet to wymusza podobnie zresztą jak łączenie umiejętności. Taki John zamiast bezmyślnie tłuc patelnią wrogów może z jej pomocą posłać własną bombę na dalszą odległość, na przykład ponad rozpadliną, by wybuch zabił groźniejszego przeciwnika, bądź uruchomił jakiś mechanizm. 

Eastward na dłużej niż jeden wieczór

Eastward – recenzja i opinia o grze. Miasto

Jednak zwieńczeniem całkiem przyjemnych walk w Eastward są starcia ze wspomnianymi bossami. Podobnie jak samą grę trzeba ich pokonać w staroszkolnym stylu, czyli samo siłowe tłuczenie ich nic nie da tylko najpierw trzeba znaleźć sposób na ich unieruchomienie. Czasem należy skorzystać jednej z posiadanych zdolności, innym razem z przedmiotów i urządzeń rozsianych po okolicy, a najczęściej zarówno z jednego jak i drugiego. Wprawdzie gdy już odkryjemy sposób na ich pokonanie to poziom trudności raptownie spada w dół, ale wygrana wciąż przynosi sporo satysfakcji.

Nasza podróż poprzez Eastward mogłaby się okazać nudna, zwłaszcza że ukończenie gry potrafi zająć nawet 30 godzin, więc Pixpil podało nam kilka dodatkowych urozmaiceń, o których wspomnę w tej recenzji. O zagadkach logicznych uatrakcyjniających rozgrywkę już pisałem, a możemy wykazać się zręcznościowo nie tylko w trakcie walki, ale podczas kilku minigierek. Gdy jednak zabawa z krabami czy zaganianie latających świń do zagrody stanie się monotonna, warto odpalić niemal pełnoprawną „grę komputerową” w grze, czyli Earth Bounce - tytuł na kształt Dragon Questa.

Wprawdzie zdobywane nagrody niewiele wnoszą do całej zabawy, ale będzie to dobra zachęta dla łowców osiągnięć, zwłaszcza że wersja dla Nintendo Switch posiada swój wewnętrzny system trofeów. Interesujący jest też rozwój naszej parki, bo chociaż brakuje współczynników to wciąż jest to tytuł RPG. Liczbę serduszek-żyć co jakiś czas zwiększa wprawdzie fabuła, ale sami możemy zadbać o dodatkowe oraz wzmacniać posiadaną broń czy dokupować postaciom różne usprawnienia. 

Makłowicz postapokaliptycznego świata Eastward

Eastward – recenzja i opinia o grze. Dungeony

Innym ważnym elementem jest też przygotowywanie posiłków regeneracyjnych na kuchence gazowej. Cały system przypomina nieco ten ze zrecenzowanego przeze mnie jakiś czas temu Haven, a potraw zdatnych do podania jest naprawdę multum. Podsumowując Eastward stale dba o to byśmy się nie znużyli, chociaż nie zawsze to mu wychodzi, bowiem powroty do wcześniej odwiedzonych miejscówek potrafią jednak lekko męczyć.

Chociaż wiele tytułów, które recenzowałem posiadało styl oprawy wizualnej pixel art, niewiele z nich było w stanie wdrożyć go tak dobrze, jak Eastward. Wspaniałe postapokaliptyczne plenery kontrastują z ponurym podziemnym światem, tworząc zapierające dech w piersiach widoki budujące klimat lat osiemdziesiątych w konwencji retro. Unikalnej atmosfery dodaje umiejętne operowanie światłem i cienie oraz krój sprite'ów postaci, w których daje się wyczuć lekką nutkę studia Ghibli. Niesamowicie prezentuje się też długa, wprowadzająca nas do zabawy, początkowa animacja, dobrze świadcząca o umiejętnościach filmowców, która bez kompleksów mogłaby rywalizować z tymi obecnymi w grach większego kalibru.

Niestety trzeba przyznać, iż wersja dla Nintendo Switch w chwili pisania tej recenzji cierpi na problemy techniczne: potrafi się zawiesić, zamknąć nas na ograniczonym obszarze, a nawet się wyłączyć. Na szczęście wystarczy wtedy wczytać ostatni save, których tytuł nie żałuje, ale prawda taka że łatka naprawdę by się przydała.

Problemy? Ignorujemy

Pomimo wspomnianych problemów technicznych, które liczę, iż zostaną szybko naprawione, Eastward to naprawdę zacny kawał staroszkolnego, przygodowego RPG-a z zapadającymi w pamięć postaciami, ładnie wykonanym pixel-artem i wprawdzie prostą, ale zapadającą w pamięć historią. Naprawdę czuć entuzjazm twórców włożony w pracę nad tą grą i z pewnością warto dołączyć ją do swojej kolekcji na Nintendo Switch.