Nigdy nie ciągnęło mnie do metroidvanii. Na palcach jednej ręki można zliczyć przedstawicieli gatunku - mniej i bardziej klasycznych - w których się zagrywałem. Nie do końca wiem, z czego to wynika. Po części prawdopodobnie z mojej niechęci do nietypowej, labiryntowej budowy, która wymaga od nas cofania się do pewnych miejsc. Mam obsesję lizania ścian, a tu - gdy nie mogę przejść przez jakieś drzwi - boję się, że zapomnę. 

I skutecznie odtrąca mnie to od sprawdzania konkretnych pozycji, które zaliczamy do tej kategorii.  Nie da się oczywiście pominąć wpływu, jaki ta wywarła na całą branżę gier, ale są gusta i guściki. Niemniej, są pewne elementy, które sprawiają, że każda gra zyskuje u mnie przynajmniej kilka punktów na skali chęci jej ogrania. Jednym z nich są azjatyckie klimaty, które zwyczajnie sprawiają, że dzieła popkultury są znacznie bardziej atrakcyjne. 

Z tego względu, choć początkowo nie byłem chętny, ostatecznie zdecydowałem się sięgnąć po F.I.S.T: Forged in Shadow Torch (swoją drogą, ciekawe rozwinięcie akronimu). O ile bowiem sama mechanika rozgrywki nie sprawiała, że byłem w stanie rzucić wszystko, o tyle warstwa wizualna oraz klimat wylewający się z każdej planszy, działały tak, że miałem ochotę sprawdzić, jak to śmiga w praktyce. Tak zrobiłem i dlatego możemy przejść do recenzji. 

Orwell w dieselpunku

Warto zacząć od tego, czym jest sama gra. Za jej stworzenie odpowiada małe studio TiGames, które wcześniej miało w swoim portfolio wyłącznie niewielki projekt na VR, który oparty był o mechaniki tower defense. Tym razem zdecydowali się na coś zupełnie innego. Recenzowany F.I.S.T: Forged in Shadow Torch to platformowa metroidvania pełną gębą - ze wszystkimi jest zaletami oraz wadami. 

F.I.S.T.: Forged in Shadow Torch - Rayton

Twórcy rzucają nas do bardzo nietypowego dieselpunkowego świata, w którym śledzimy losy Raytona, królika będącego jednocześnie emerytowanym żołnierzem, który należy (bądź należał) do czegoś w rodzaju ruchu oporu. On oraz jego amorficzni kumple nie godzili się na tyranię zmechanizowanej bandy wrogów. Z czasem, gdy stracił powód by walczyć, postanowił po prostu żyć w spokoju. 

Jak się jednak domyślacie, nie było mu to dane. Gdy porwany zostaje Ursa, nasz niedźwiedzi kumpel i mechanik, przychodzi pora, by zapomnieć o ustaleniach i przypomnieć sobie dawne zdolności. A z tym jest jak ze śmiganiem na rowerze - podstaw się nie zapomina, trzeba je jedynie delikatnie odświeżyć. Tak zaczyna się jazda bez trzymanki po okolicach tytułowej Shadow Torch, podczas której trup ściele się gęsto. 

Metroidvania w azjatyckim sosie 

Mechanika w recenzowanym F.I.S.T: Forged in Shadow Torch nie powinna zaskakiwać absolutnie nikogo. Akcję obserwujemy z boku, a nasze zadanie sprowadza się do przemierzania kolejnych plansz (które składają się na dzielnice miasta), rozmów z bohaterami, omijaniu przeszkód, kolekcjonowaniu różnych przedmiotów oraz - przede wszystkim - walki z licznymi i rozmaitymi przeciwnikami. 

F.I.S.T.: Forged in Shadow Torch - Na moście

A mechanicznych wrogów jest na pęczki. I o ile tych słabszych możemy pokonywać niczym w slasherach, po prostu przedzierając się przez ich zastępy, o tyle silniejsi wymagają ułożenia konkretnego planu i często przynajmniej kilku podejść. Na szczęście w miarę postępu w grze, dostajemy także dostęp do kolejnych przedmiotów. I choć na starcie mamy „zaledwie” wielką mechaniczną pięść, to później nasz arsenał rozszerza się o wielkie wiertło oraz śmiercionośny bicz. 

Jakby tego było mało, mamy także sprzęt podręczny oraz drzewko rozwoju do każdej z trzech głównych broni (na późniejszym etapie również kolorowe skórki do nich). I sprawdza się to rzeczywiście świetnie - wraz z progresem można poczuć się silniejszym, a wespół z przyzwyczajaniem do konkretnych mechanik, lecimy przez niektóre plansze jak przecinak. Cóż, czasem dosłownie - twórcy zaimplementowali ciekawą mechanikę wykończeń, która jest brutalna, ale bardzo efektowna. 

Wizualne piękno 

Ta kwestia jest prawdopodobnie najbardziej subiektywną ze wszystkich, a ocenić ją możecie już po materiałach z rozgrywki i zwiastunach, ale wypada tutaj o niej wspomnieć. We wstępie pisałem, że mocno zachęcił mnie azjatycki klimat, który wręcz wylewał się z projektu od chińskich twórców. Po wejściu do tego świata nie zawiodłem się ani trochę. Połączenie tamtejszej zabudowy oraz dieselpunku okazało się strzałem w dyszkę. 

F.I.S.T.: Forged in Shadow Torch - Miasto

Podobnież z decyzją przedstawienia rozgrywki w 2.5D. Dzięki temu konkretne miejscówki dają wrażenie głębi i sprawiają, że plansze zdają się znacznie większe, niż w rzeczywistości są. I o ile kanały czy tereny więzienne nie rozkładają na łopatki pod kątem wizualnym, o tyle samo miasto i podmiejskie rynsztoki już tak. Dawno w żadnej grze nie zrobiłem tylu zrzutów ekranów i nie spodziewałem się, że dojdzie do tego przy okazji pozornie małego tytułu. 

Pułapka na króliki

Na pewno zdążyliście wywnioskować już, że jestem recenzowanym F.I.S.T: Forged in Shadow Torch zachwycony. Niestety nie jest to gra pozbawiona wad i pewnych negatywnych cech, które zdają się często podawane w pakiecie z projektami niezależnymi z ograniczonym zasobem czasu oraz budżetem. 

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest muzyka. Dla mnie ma ogromne znaczenie w grach i jest w stanie zdecydowanie wnosić całe projekty na wyższy poziom. Niestety tu słychać ją tylko okazjonalnie. Częściej naszych uszu dochodzą dźwięki otoczenia - kapanie wody, lasery czy różnego rodzaju prace maszynowe. Rozumiem ten zamysł, ale w gruncie rzeczy czasem jest po prostu zbyt cicho. Brakuje energetycznego kopa do walki, a przez to wieje pustką. 

F.I.S.T.: Forged in Shadow Torch - Metro

Oprócz tego niekiedy mało widać w większym tłumie przeciwników, niektóre postaci poboczne nie mają nagranych kwestii dźwiękowych, a przy szybszych przeciwnikach Rayton zdaje się wolniej reagować na przyciski na kontrolerze. Są to jednak rzeczy, które bez problemu można wyeliminować przy okazji kolejnych aktualizacji. Osobiście bardzo mocno na to liczę, bo recenzowany tytuł zwyczajnie na to zasługuje. 

F.I.S.T: Forged in Shadow Torch - Podsumowanie 

Opowieść o zwierzęcych wojownikach żyjących w opresji nie jest bynajmniej produkcją idealną. Nieco brakuje jej do perfekcji, ale udało jej się coś wyjątkowego. Będąc metroidvanią, wciągnęła osobę, która za gatunkiem nie przepada. I zastanawiam się, czy nie jest to najlepszy komplement i najtrafniejsza laurka, jaki można złożyć jakiemukolwiek dziełu popkultury - przekonać niechętnego. 

A choć ostatecznie nie próbowałem „wymaksować” gry i tak spędziłem w niej kilkanaście świetnych godzin. Było bardzo intensywnie, bardzo szybko, a kolejne plansze cały czas zachwycały, zamiast nudzić. Ba - nawet fabuła, która momentami zdawała się naciągana i pretensjonalna, nie była w stanie mnie odrzucić. Byłem ciekaw, jak się wszystko zakończy. Z obcowania z tym tytułem płynie po prostu czysta frajda. 

Komu poleciłbym recenzowany F.I.S.T: Forged in Shadow Torch? Na pewno fanom gatunku. I chyba także tym, którzy chcą postawić w podobnych pozycjach swoje pierwsze kroki. Wydaje mi się, że próg wejścia jest tu stosunkowo niski, a jakość produkcji naprawdę wysoka. Raz jeszcze natomiast napiszę, tak na zakończenie - pod względem klimatu to jedna z lepszych gier w formule side-scrollowej, z jaką obcowałem. Zdecydowanie warto sprawdzić