Fani Nintendo w 2017 roku nie potrafili uwierzyć, że Capcom, projektując Monster Hunter: World, zapomniał o japońskiej hybrydzie. Gracze czuli się zdradzeni, a swoją frustrację chętnie przelewali w komentarzach, twierdząc że deweloperzy popełnili wielki błąd, nie wrzucając rekordowej gry na urządzenie Big N. Jak już wiemy, twórcy wpadli na inny pomysł i w ciągu kilku miesięcy zaoferują posiadaczom Nintendo Switchów aż dwie produkcje, które pozwolą wyruszyć na wielkie bitwy z coraz to potężniejszymi stworami. Na dobry początek otrzymujemy Monster Hunter Rise –  uwzględniając koncepcję pozycji jestem pewien, że Nintendo i Capcom mają kolejnego asa w rękawie. Ten tytuł posiada wszystkie cechy konieczne do osiągnięcia wielkiego sukcesu...

Monster Hunter Rise oferuje cząstkową fabułę i jest otwarty na nowych graczy

Monster Hunter Rise  - recenzja - walka z Rathianem

Spędzając kolejne godziny w Monster Hunter Rise bardzo chętnie odkrywałem, jak Capcom mądrze przygotował grę, która nie proponuje graczom wielkiej fabuły, jednak zapewnia szereg nowości oraz udogodnień, by zachęcić do IP kolejnych zainteresowanych. Tytuł nie oferuje niezapomnianej fabuły dla wiernych entuzjastów wielowątkowych przygód, choć nie można mu odmówić głównego wątku, to jest on na tyle szczątkowy, że można go streścić jednym zdaniem. Gracz wciela się w łowcę, którego zadaniem jest zapewnienie opieki pewnej wiosce. Od czasu do czasu, pomiędzy kolejnymi misjami pojawiają się dialogi oraz możliwość rozmowy z mieszkańcami osady, lecz wszystko jest wyłącznie pretekstem do jednego – rywalizacji z kolejnymi bestiami.

Fabułę recenzowanego Monster Hunter Rise ukończycie w 15-20 godzin, ale naprawdę trudno tutaj mówić o historii. Capcom zmniejszył do minimum jakąkolwiek narrację, natomiast ta w Monster Hunter: World nie była wysokich lotów, jednak... Była. W najnowszej pozycji trudno mówić o fabule, po prostu od czasu do czasu dowiadujemy się, że kolejny potwór staje na drodze mieszkańcom wioski Kamura lub stwory mają zaatakować nasze włości. I nie będę ukrywał, że pewnym stopniu byłem zawiedziony decyzją deweloperów, ponieważ w recenzowanym Monster Hunter Rise było miejsce na intrygujący wątek. Zamiast tego twórcy skupili się na esencji serii, co mam pełną świadomość dla wielu nie będzie niedogodnością, ponieważ Japończycy oferują mnóstwo intensywnych starć.

Monster Hunter Rise  - recenzja - jedzenie

Ostatnią bestię z wątku głównego zabiłem po 15 godzin, ale zdaję sobie sprawę, że mniej wprawieni w boje gracze mogą dokonać tego wyczynu po około 20 godzinach. Nie musicie się jednak obawiać, że w tym miejscu kończy się zabawa, bowiem autorzy postarali się o klasyczny dla serii end-game i w moim odczuciu dopiero po zakończeniu napisów końcowych rozpoczyna się ciekawsza część gry. Poziom trudności w Monster Hunter Rise nie jest wysoki: Capcom specjalnie postanowił nie męczyć graczy w pierwszych pojedynkach, by mogli oni sprawdzić, czy są w ogóle zainteresowani takim stylem zabawy. Faktyczne wyzwania rozpoczynają się dopiero po 15 godzinach, gdy nie musimy przejmować się „opowieścią”, a wyłącznie poświęcamy się wykonywaniu misji. Od tego czasu na naszej drodze stają bestie, które rzeczywiście dają popalić lub przynajmniej zmuszają do bardziej przemyślanych działań.

Monster Hunter Rise jest na początku dużo łatwiejszy od Monster Hunter: World, co może być dobrą wiadomością dla graczy, którzy odbili się od ostatniej odsłony. Tytuł zapewnia też szereg udogodnień – to bez wątpienia bardziej otwarta część, która najpewniej rozszerzy grupę odbiorców IP. Nie musicie się też obawiać, że starcia będą bezbarwne i nudne, ponieważ gameplay w recenzowanym tytule jest prawdziwą esencją uniwersum i umiejętnie zachęca do następnych zmagań z potworami.

Monster Hunter Rise proponuje podzieloną progresję

Monster Hunter Rise  - recenzja - starcie z Tetranadonem

W przypadku progresji deweloperzy Monster Hunter Rise podjęli całkiem niespodziewaną decyzję. Co prawda, otrzymujemy pełną swobodę wyruszania na kolejne misje i zawsze mamy do wyboru przynajmniej kilka wyzwań, jednak progresja została podzielona. Fabuła została całkowicie oddzielona od sieciowej rozgrywki, co najprawdopodobniej jest związane z faktem, że główną platformą pozycji jest hybrydowy Nintendo Switch. Konsola nie zawsze musi posiadać dostęp do Sieci, więc gracze otrzymują szansę swobodnego wykonywania misji offline, ale przy każdej nadarzającej się okazji bez problemu wskakujemy na sieciowe serwery.

Musicie jednak wiedzieć, że wątek jest rozwijany niezależnie, więc jeśli w kampanii mierzymy się już z potężniejszymi bestiami (3-4 gwiazdka), w multiplayerze możemy nadal rywalizować z początkowymi stworami (1-2 gwiazdka). Czasami studio pozwala przeskoczyć na wyższy poziom, by odrobinę zrównać rywalizację, jednak w ostateczności i tak trzeba nadganiać. W sieciowych wyprawach Monster Hunter Rise uczestniczy maksymalnie czterech graczy. System zaproszenia znajomego jest niepotrzebnie skomplikowany, jednak bez przeszkód umożliwia wyruszanie na wyzwania z kumplami lub zmierzenie się ze stworami w grupie losowych graczy.

Podzielona progresja ma oczywiście dodatkowy pozytywny aspekt, ponieważ znacząco rozszerza czas, który spędzimy w produkcji. Recenzowany Monster Hunter Rise posiada bardzo rozbudowaną regrywalność, a wyższy poziom trudności na późniejszych etapach gry przekłada się na rywalizację multiplayer. Na początku, kiedy aż czterech śmiałków okłada bestię, jest bardzo łatwo, jednak potwory posiadają mnóstwo zdrowia, więc walka potrafi wymęczyć, a w dodatku ataki oponentów od pewnego momentu wyrządzają spore spustoszenie w naszym zespole.

Monster Hunter Rise oferuje dwóch towarzyszy

Monster Hunter Rise  - recenzja - kooperacja

Recenzowany Monster Hunter Rise zawiera okazały edytor postaci, który zapewnia dużą swobodę tworzenia bohatera, ale na dobry początek rozgrywki tworzymy koleżkota oraz kumpsa. Ten pierwszy jest dobrze znany fanom serii – podczas projektowania możemy nie tylko zadecydować o jego wyglądzie (futro, oczy, uszy, ogon, ubrania, głos), lecz także wybieramy jeden z typów wsparcia. Znacznie ciekawszy i stanowiący pewną rewolucję jest dla mnie kumpies: w tym przypadku ponownie otrzymujemy możliwość dużej personalizacji (futro, oczy, uszy, ogon, ubrania, głos), jednak nowy towarzysz jest nie tylko pomocnikiem w walce, ale również zapewnia szybki transport. Po wskoczeniu na przerośniętego wilka, gracz w ekspresowym tempie mknie przez kolejne tereny. Waleczni towarzysze w ciekawy sposób rozbudowują grę, nawet podczas rozgrywki single-player mamy do dyspozycji dwóch partnerów, ale co ważne – podczas sieciowych misji możemy korzystać wyłącznie z jednego pomocnika.

Wilk-towarzysz jest dla mnie najlepszym rozbudowaniem Monster Hunter Rise, bowiem w produkcji nie brakuje dużych aren, na których często trzeba gonić rywali. Bestie ponownie prężnie uciekają, ale teraz nie jest to żaden problem, ponieważ do dyspozycji jest kumpies – ten nie posiada paska staminy, więc możemy cały czas pędzić, co więcej, autorzy przygotowali specjalny dopalacz, który umożliwia błyskawiczny transport. Na mapie świata zawsze widzimy, gdzie znajdują się bestie, ale warto podkreślić, że podobnie jak w Monster Hunter: World, gra nie męczy ekranami wczytywania podczas docierania do kolejnych fragmentów lokacji.

Koleżkot i kumpas zdecydowanie pomagają opanować sytuację na ekranie, więc od czasu do czasu warto ich odpowiednio nagrodzić – deweloperzy pozwalają wykuwać dla nich pancerze oraz bronie, tworząc tym samym ciekawe zestawy. Gracz oraz zwierzaki mogą biegać w podobnych kompletach. Jest to bez wątpienia przyjemny dodatek, który docenią szczególnie entuzjaści kreowania pełnych setów. Co ciekawe, w Monster Hunter Rise nie mogło zabraknąć systemu, który pozwala wynajmować dodatkowych towarzyszy i wysyłać ich na misje – ekipa systematycznie powraca ze zdobytymi skarbami, zwiększając tym samym możliwości tworzenia następnych przedmiotów. Warto dodać, że biorąc udział w misjach single-player możemy dowolnie miksować towarzyszy i grać przykładowo dwoma kumpsami.

W Monster Hunter Rise nie zabrakło klasycznego Monster Huntera

Monster Hunter Rise  - recenzja - magnamalo

Gdy już stworzymy postacie i wybierzemy misję, recenzowany Monster Hunter Rise oferuje dopracowaną i niezwykle ekscytującą rozgrywkę. Na początku warto zjeść dobry posiłek, by po chwili wskoczyć na kumpsa, szukać swojej ofiary i rozpocząć trwającą nawet kilkadziesiąt minut potyczkę. Misje ponownie posiadają ograniczenie czasowe, co w pewien sposób zmusza do działania i ogranicza swobodną eksplorację, ale szybszy transport umożliwia lepsze reakcje na ruchy bestii.

Rywalizacja jest bardzo dynamiczna i niezwykle satysfakcjonująca, a zespół Capcomu zapewnił szereg zróżnicowanych bestii, które różnorodnie reagują na nasze poczynania. Ponownie nie widzimy pasków zdrowia, ale z rywali odpadają części, więc mamy okazję nie tylko zbierać chociażby obcięte ogony, a przede wszystkim ograniczamy zdolności stworów. Od pewnego momentu widzimy także, jak przykładowo Nargacuga zaczyna utykać, co jest dla nas jednoznacznym potwierdzeniem – kończymy ten taniec śmierci.

Z pokonanych oponentów ponownie uzyskujemy surowce, które pozwalają przygotować sety oraz bronie. Mam wrażenie, że w Monster Hunter Rise znacznie łatwiej stworzyć interesujący zestaw – choć oczywiście do pełnego kompletu trzeba powtarzać misje i gromadzić niezbędne materiały. Progresja jest jednak widoczna gołym okiem, bo choć nasz bohater nie uczy się nowych umiejętności i nie zdobywa kolejnych poziomów (te otrzymują kompani), to jednak systematycznie zakładamy nowe stroje, które zwiększają statystyki i pozwalają rywalizować z potężniejszymi stworami.

Monster Hunter Rise proponuje 14 klas broni i 5 lokacji

Monster Hunter Rise  - recenzja - magnamalo zapowiedź walki

Istotną nowością Monster Hunter Rise są kablobaki – są to małe stworzenia, które wpływają na każdy element produkcji Capcomu. Jest to w zasadzie coś na wzór linki, przy pomocy której możemy przykładowo docierać do trudno dostępnych miejsc i eksplorować tereny w pionie. Stworki możemy wykorzystywać po załadowaniu, więc mając odrobinę wprawy w szybkim tempie wskakujemy na ściany, odbijamy się od nich, by następnie kontynuować eksplorację. Postacie odgrywają także istotną rolę w walce, ponieważ pozwalają doskakiwać do wrogów lub unikać ataków – bardziej wprawieni w walce łowcy będą nawet biegać po ścianach, by następnie wskoczyć na rywala i zadać mu kilka mocnych ciosów. Kablobaki znacząco dynamizują pojedynki. Dodatkowo deweloperzy zapewnili specjalne umiejętności dla każdej z 14 klas broni, których wykorzystywanie w trakcie starć jest efektowne.

W trakcie eksploracji krain ponownie zbieramy najróżniejsze surowce, a do zgłębiania terenów kablobaki wydają się szczególnie użyteczne – przydają się podczas szukania rzadkich materiałów. Gracz nie musi schodzić z kumpsa, by wydobywać ze skał odłamki, a zawsze może skorzystać z terenowej bazy, gdzie pobierzemy niezbędne elementy do craftingu. Tak jak już wspomniałem, wilk-towarzysz przydaje się do ekspresowego transportu, kiedy rywale uciekają i ponownie wpadają na inne bestie – twórcy udostępnili możliwość wskoczenia na potwora, by zadać kilka ataków drugiemu stworowi. Te akcje pozwalają znacząco zmniejszyć poziom zdrowia przeciwnika.

Monster Hunter Rise  - recenzja - sukces

Pewien niedosyt mogą jednak odczuć gracze, którzy liczyli na większą różnorodność w temacie oręża. Po raz kolejny do dyspozycji zostało oddanych aż 14 klas broni (miecz dwuręczny, miecz długi, miecz i tarcza, bliźniacze ostrza, lanca, lancopał, młot, róg łowiecki, topór sprężynowy, ładowane ostrze, owadzia glewia, lekkie łukodziałko, ciężkie łukodziałko, łuk), ale niestety deweloperzy nie pokusili się o nowe warianty zabawek. Otrzymujemy jednak możliwość korzystania z rozbudowanego craftingu i drzewek rozwoju, które pozwalają czerpać garściami z wcześniej zdobytych surowców, by nie tylko wpływać na atak, ostrość, zgodność, ale też odpowiednie żywioły. Każda broń oferuje zróżnicowane ataki i wpływa na możliwości, które skutkują mnóstwem opcji – choć deweloperzy wyraźnie postawili na bezpieczny scenariusz.

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku terenów – w recenzowanym Monster Hunter Rise przygotowano pięć krain, które charakteryzują się dużą różnorodnością, choć po pewnym czasie gra się niemal na pamięć – szczególnie gdy chcemy zebrać dodatkowe materiały i powtarzamy misje. Śmiałkowie zwiedzają Ruiny Świątynne, Zatopiony Las, Wyspy Mroźne, Równiny Piasku oraz Jaskinie Lawy – już same nazwy konkretnie obrazują, gdzie łowcy mają okazję trafić. Nie mogę powiedzieć złego słowa o lokacjach, doceniam ich różnorodność, ale zdaję sobie sprawę, że ich liczba jest ograniczona.

Monster Hunter Rise z nowymi bestiami i niewykorzystaną Furią

Monster Hunter Rise  - recenzja - przekazanie miecza

W Monster Hunter Rise nie zabrakło znanych bestii, więc gracze ponownie mierzą się z przykładowo Bariothem, Lagombim, Basariosem, Kulu Ya Ku czy też Anjanathem. Autorzy jednak nie zapomnieli o nowych stworach, dlatego w każdej lokacji znajdziemy nowe bestie – ostatnim stworem w fabule jest potężny Magnamalo, ale w trakcie rozgrywki zmierzycie się między innymi z korzystającym z potężnej, lodowej broni Goss Haragiem, nieokiełznanym i rzucającym owocami Bishatenem, posiadającym gigantyczne cielsko Tetranadonem lub błotnistym Almudronem. Jeśli dobrze liczę, to w pozycji znalazły się 33 duże bestie – w tym 9 nowych. Rywalizacja jest bardzo ekscytująca i powtórzę się ponownie: starcia są nad wyraz satysfakcjonujące. Czuje się, że był to element, nad którym deweloperzy się skupili: walki są dopracowane, dynamiczne i bardzo widowiskowe. Od pewnego momentu podnosi się również poziom trudności, więc musimy zwracać uwagę na drobne ruchy przeciwników. Napomknę tylko, że encyklopedia potworów to jedyne miejsce, w którym doceniłem polską lokalizację – w samej fabule dialogów jest jak na lekarstwo, ale dobre opisy bestii z wyszczególnionymi informacjami są przyjemnym dodatkiem.

Pewnym niewykorzystanym potencjałem Monster Hunter Rise jest dla mnie Furia – twórcy przygotowali ciekawy tryb, dzięki któremu odbiorcy mają okazję mierzyć się z kolejnymi falami potworów. Do walki wykorzystujemy specjalne maszyny, stawiamy pułapki i staramy się, by przeciwnicy nie wparowali do naszej wioski. Stwory posiadają rozmaite klasy, korzystają z innych taktyk, a my możemy wykorzystywać ciężką broń, by uniknąć zagrożenia. Problemem jest jednak fakt, że sama historia jedynie wspomina o tych wyzwaniach – bodajże tylko raz mierzymy się z Furią, tymczasem możemy (choć nie musimy) wybrać kolejne misje z tej serii w trakcie swobodnej rozgrywki. Odnoszę wrażenie, że nie wykorzystano potencjału i należycie nie rozbudowano głównego wątku o kilka dodatkowych pojedynków, które wypadałyby znacznie lepiej niż fabularne oblężenie z Monster Hunter: World.

Pewną ciekawostką jest informacja, że Monster Hunter Rise działa na silniku RE Engine, czyli autorskiej technologii Japończyków napędzającej takie produkcje jak Resident Evil 7, Devil May Cry 5, Resident Evil 2, Resident Evil 3, ale także najnowszy Resident Evil Village. W rezultacie produkcja wygląda kapitalnie – szczególne na małym ekranie – a podczas gry miałem wrażenie, że jest to jedna z najlepiej wyglądających pozycji na Nintendo Switchu. Jakość rozmywa się odrobinę na dużym ekranie, ale trudno nie docenić lokacji, wyglądu bestii czy też samego bohatera na wyświetlaczu konsoli. W trakcie rozgrywki nie natrafiłem też na żadne nieprzyjemne sytuacje związane ze spadkami animacji.

Monster Hunter Rise to kolejny must-have na Nintendo Switcha!

W 2021 roku miałem już okazję zagrać w kilkanaście produkcji, ale bez wątpienia Monster Hunter Rise zapewnił mi najwięcej frajdy. Łatwo mogę wymienić pewne niedociągnięcia, jednak będąc zupełnie szczerym – walki sprawiają mi tak dużo satysfakcji, że będę do tej pozycji wracał przez kilka kolejnych miesięcy. Capcom zapewnił ekscytujące starcia, ponownie pozwala bawić się craftingiem , a regrywalność stoi na wysokim poziomie.

Deweloperzy zostawili sobie pewną furtkę, bo Monster Hunter nadal może być lepszy, ale jestem przekonany, że fani docenią Monster Hunter Rise za udogodnienia, a nowi gracze zostaną znakomicie wprowadzeni w serię. Długo czekaliśmy na ten tytuł, ale zdecydowanie było warto.