Świat spoza bunkra widzimy jedynie przez chwilę - jest to jednak wystarczający czas, aby zobaczyć, jak wiele krzywd wyrządzili naziści mieszkańcom Europy, w tym Polakom, po których mało co zostało. Ci, którym udało się przeżyć, są zmuszeni przemierzać wyniszczone, nieżyjące tereny w celu poszukiwania schronu i zapasów, bez których nie dadzą sobie rady na tym świecie. Jedną z takowych osób jest 12-letni Szymon oraz jego matka. Chłopiec trafia pewnego dnia do bunkra, w którym musi odnaleźć nieznaną mu osobę. Jego podróż jest mocno wycieńczająca z dwóch względów.

Rozwinięty technologicznie bunkier

Na każdym kroku stawianym w Paradise Lost poznajemy tajemnice retro-futurystycznego, dobrze rozwiniętego schronu za pomocą dobrze napisanych notatek, mocno poszerzających wiedzę nt. otaczającego nas świata. Dzięki nim dowiadujemy się, w jaki sposób żyli nasi rodacy, ile musieli się wycierpieć, a także w jakim celu wykorzystywali ich Niemcy - szczególnie jeden poziom w czwartym rozdziale gry utkwił mi w pamięci, więc pamiętajcie, żeby wtedy wyostrzyć wszystkie swoje zmysły.

Śmiem rzec, że bez czytania notatek, których suma summarum nie ma wiele, stracicie naprawdę sporo zawartości, bowiem protagonista rzadko komentuje odwiedzane przez siebie lokacje. A będąc już przy nich, to grzechem byłoby nie zaznaczyć, że są one bardzo dokładnie zaprojektowane i często już samym swoim wyglądem pokazują brutalność, mydlenie oczu i chytrość, czyli cechy, którymi wyróżniali się nasi okupanci w trakcie drugiej wojny światowej. Bardzo spodobało mi się to, że Warszawianie budowali klimat projektem lokacji, a nie jakimiś tanimi jump-scare'ami czy krzykami.

Twórcy zaoferowali jedynie angielski dubbing, ale puścili oczko w stronę polskich graczy. Bohaterzy wplątują w swoje wypowiedzi polskie słowa szczególnie w momentach, gdy sytuacja nie idzie po ich myśli - możemy tutaj usłyszeć m.in. "cholera" czy nawet "zostaw mnie", co tylko podkreśla, że postacie nie zapomniały, jakim językiem posługiwały się przed wojną. Po polsku opisane są także wszelkie frazy (tekst w notatkach, napisy na ścianach) pojawiające się w dzielnicach, które należały dla Polaków. Brawo, brawo PolyAmorous!

Zbyt dużo toporności

Paradise Lost to, jak już zapewne wywnioskowaliście po końcówce drugiego akapitu, podzielona na rozdziały przygoda. Jest ich łącznie pięć, a każdy (oprócz ostatniego) trwa od 45 do 60 minut. Mnie udało się przygodówkę ukończyć w 3-4 godziny (przypomnę, że cena gry wynosi 54 złotych), czytając przy tym wszystkie notatki i zaglądając do każdej dziury. Ktoś, kto będzie chciał zapoznać się tylko z interesującym wątkiem głównym olewając eksplorację, to tytuł ukończy nawet w niecałe trzy godziny.

Byłoby jeszcze krócej, gdyby debiutancki tytuł PolyAmorous nie był aż tak toporny. Niestety, ale o ile warstwa fabularna i graficzna stoi na przyzwoitym poziomie, to sama rozgrywka już nie. 12-letni Szymon porusza się bardzo wolno, a w trakcie "biegania" robi tylko szybsze kroki. To za mało, bo w trakcie back-tracingu tracimy cenne nie sekundy, ale nawet i minuty, co mnie osobiście zaczęło od połowy zabawy irytować.

Jakością nie grzeszy także wiele animacji. Podnoszenie notatek wygląda dość poprawnie, ale ich odkładanie już niezbyt, ponieważ bohater kładzie je najczęściej w innej pozycji, a one tak czy siak magicznie powracają do tego miejsca, w którym były pierwotnie. O pomstę do nieba woła także wstawanie z tzw. "kucka" czy przeciskanie się przez szczeliny. I jasne, decydując się na kamerę FPP te elementy nie muszą być dopracowane do maksimum, ale wypadałoby, aby nie psuły one ogólnego wrażenia z rozgrywki.

Będąc przy minusach Paradise Lost wspomnę jeszcze o niezrozumiałych dla mnie spadkach klatek na sekundę w trakcie szybkiego obracania kamery. Tytuł wygląda bardzo dobrze w wersji na PS4 (odpalonej na PS5), ale nie powinien mieć problemu z utrzymaniem stałych 30 FPS-ów. Zważywszy na to, jak wolno się poruszamy. 

Warto dać szansę Paradise Lost

Podsumowując - Paradise Lost wyróżnia się dobrze napisanym scenariuszem, a złego słowa powiedzieć nie można o lokacjach zdobiących rozwinięty technologicznie bunkier, które swoim projektem budują mroczny klimat owego tytułu. Wersja na PS4 (odpalona na current-genie Sony) ma problemy ze spadkami klatek na sekundę przy szybkim obracaniu kamery, co przy dłuższych sesjach zapewne zirytuje każdego (możliwe, że problem nie występuje na konsolach Microsoftu i komputerach osobistych). Do minusów trzeba włożyć ubogą interakcję ze światem, jak i ogólny gameplay, który jest - w moim odczuciu - aż za bardzo toporny. Mam nadzieję, że przyzwoity debiut rodzimego zespołu, PolyAmorous, pomoże im w tworzeniu kolejnych, interesujących pozycji. Do boju, Panie i Panowie!