Dawid Ilnicki Dawid Ilnicki 20.05.2020
Czy najgorszy reżyser świata jest Polakiem? Przede wszystkim jest kosmitą
1374V

Czy najgorszy reżyser świata jest Polakiem? Przede wszystkim jest kosmitą

Kilkanaście dni temu polski Internet zelektryzowała wiadomość o końcu sporu pomiędzy twórcami filmu dokumentalnego “The Room Full of Spoons” a Tommy’m Wiseau, okrzykniętym najgorszym reżyserem świata. Jednym z efektów ubocznych tego procesu było przyznanie, że ów twórca w zasadzie wywodzi się z Polski. Czy zatem nasz piękny kraj może się pochwalić kolejnym, światowej sławy filmowcem? Nie jest to takie proste...

Przypomnijmy o co chodziło w całym procesie: czwórka twórców Fernando Forero McGrath, Mark Racicot, Richard Towns i Richard Harper w dokumencie “The Room Full of Spoons” postanowiła przyjrzeć się procesowi kręcenia najsłynniejszego-złego filmu świata, a jednocześnie dowiedzieć się kim jest jego twórca. Wykorzystali oni liczne dokumenty, które dowiodły tego, o czym mówiono już od jakiegoś czasu. Tommy Wiseau nazywał się kiedyś Tomasz Wieczorkiewicz lub Wieczór i wywodzi się z Poznania. Na jego pochodzenie wskazywały już mocno specyficzny akcent i świadectwa jego znajomych.

Twórcy “The Room” nie spodobało się upowszechnienie tych informacji w rzeczonym dokumencie, a także wykorzystanie w nim fragmentów jego dzieła. Podał autorów do sądu, za sprawą czego zablokował możliwość jego dystrybucji. Niedawno sąd orzekł, że nie miał on do tego żadnych praw, bo materiały zostały w nim użyte zgodnie z ogólnie pojętymi zasadami, a co do informacji na temat pochodzenia reżysera, realizatorzy filmu skorzystali po prostu z ogólnie dostępnych danych. Tym samym potwierdziło się, że Tommy Wiseau rzeczywiście pochodzi z Polski.

W rodzimym Internecie zawrzało. Duża część komentatorów stwierdziła, że o rozpowszechnianiu informacji na temat pochodzenia danego twórcy nie powinien decydować sąd, tym bardziej, że jak wynika z samego działania Wiseau, nie życzył on sobie ich podawania. Pojawiły się porównania do innych artystów/performerów o niejasnej przeszłości lub zupełnie nieznanych personaliach, jak Banksy czy też Klocuch. Szczerze mówiąc jednak tego typu narracja jest kompletnie niezrozumiała, bo to przecież sam zainteresowany pozwał do sądu twórców dokumentu, a ten musiał uczciwie rozpatrzyć sprawę. Z drugiej strony, jeśli twórca najgorszego filmu świata, za jaki uważany jest “The Room”, chciał pozostać anonimowy powinien się lepiej maskować. Afera po raz kolejny pokazała z jak niezwykłym indywiduum mamy tu do czynienia, bo Wiseau to człowiek wymykający się jednoznacznemu opisowi.

Fenomen złego kina

Staying Alive Sylvester Stallone

O reżyserze “The Room” nie byłoby tak głośno gdyby nie specyficzna grupa odbiorców kochająca właśnie takie filmy jak produkcja z 2003 roku, którego realizację postanowił pokazać w “Disaster Artist” James Franco. Do tego grona należę także ja, bo tak się akurat składa, że już od kilkunastu lat jestem amatorem bardzo złego kina i lubię oglądać tego typu obrazy. Jest w nich coś z ambitnej porażki, nieprzewidywalności, którą należy przeciwstawić komercyjnemu wyrachowaniu współczesnego kina blockbusterowego, a przede wszystkim szczerość i odwaga tworzenia czegoś własnego. Nawet bowiem mając do czynienia z wyraźnymi inspiracjami jakimś dobrze znanym motywem popkulturowym w rękach kiepskich reżyserów często zamieniają się one w coś niezwykle pokracznego. Tak złego, że aż cudownego. Czasami jednocześnie strasznego i śmiesznego. Po prostu niepowtarzalnego.

Ważnej dystynkcji w obrębie złego kina dokonał swego czasu, w jednym z wywiadów, Michał Oleszczyk, krytyk filmowy, a jednocześnie kurator gdańskiej imprezy Octopus Film Festival, na której w zeszłym roku w cyklu “Malinobranie” pokazywano m.in. koszmarny erotyk “Bolero” i sequel “Gorączki Sobotniej Nocy” pod tytułem “Staying Alive”, wyreżyserowany przez samego Sylvestra Stallone. Otóż jego zdaniem należy rozróżnić produkcje nieświadomie złe i takie, które celowo wykorzystują kicz i przesadę, a przez to są już skierowane bezpośrednio do fanów takich obrazów. Do drugiej grupy można zaliczyć filmy wytwórni Troma, Asylum, czy też obraz z naszego podwórka: “Wściekłe Pięści Węża”, do pierwszej zaś stare filmy Eda Wooda, rodzimą “Klątwę Doliny Węży”, a także film Tommy’ego Wiseau.

Ważnym elementem w przeżywaniu złego kina jest oglądanie go w większym gronie widzów, najczęściej w sali kinowej, na której ludzie głośno się śmieją, komentują poszczególne sceny i zwyczajnie dobrze się bawią. Na wspomnianym festiwalu Octopus, dwa lata temu, można było obejrzeć “The Room”, który fantastycznie, jak zwykle, czytała Krystyna Czubówna. Przed seansem każdy otrzymał plastikową łyżkę co stało się prawdziwą tradycją w oglądaniu tego filmu. Uważni widzowie zaobserwowali bowiem, że w dziele Wiseau rzeczone sztućce pojawiają się w najbardziej absurdalnych miejscach na planie, a widz, który je zauważy, ma obowiązek rzucić łyżkę w stronę ekranu, co zresztą także - po seansie - uczyniła znakomita lektorka.

“Obywatel Kane” złych filmów

Spore doświadczenie w oglądaniu kiepskich filmów pozwala mi na dokonanie pewnego rodzaju generalizacji. Otóż większość tego typu obrazów, takich jak klasyczne już dokonania Eda Wooda czy też inne amerykańskie horrory z lat 50 i 60, to dzieła, w których od czasu do czasu pojawia się kompletnie nieudany dialog, scenka rodzajowa czy też akurat zawiedzie jakaś część scenografii, powodując salwy śmiechu; po za tym jednak przez te produkcje częstokroć brnie się bardzo ciężko, fabuła jest bowiem nieudolna i bez różnego rodzaju wspomagaczy trudno obejrzeć film do końca. Nic takiego nie ma jednak miejsca w przypadku “The Room”, które jest rzeczywiście produkcją jedyną w swoim rodzaju.

Od początku mamy tu bowiem do czynienia z prawdziwą gonitwą nieudolności, katastrofą za katastrofą. Scenariusz to typowy melodramat, w którym dziewczyna głównego bohatera Johnny’ego (w tej roli sam Wiseau) zdradza go z jego najlepszym przyjacielem Markiem (drugi spiritus movens całego przedsięwzięcia, Greg Sestero). Nie fabuła jest jednak istotna, a raczej kompletnie porażkowe dialogi, często zupełnie nie pasujące do charakteru rozmowy (legendarne: “Anyway, how’s your sex life?”), fatalna gra aktorska i koszmarna realizacja. Nie ma czasu na śmianie się z poprzedniej wpadki, bo zaraz następuje druga i trzecia, a kończą je dopiero napisy końcowe. Jeśli chcecie zobaczyć jak nie powinno się kręcić scen erotycznych w filmach “The Room” to zdecydowanie pozycja dla Was. Produkcję znakomicie podsumował krytyk Tom Bissell: “Ogląda się to jak obraz nakręcony przez kosmitę, który nigdy nie widział żadnego filmu, ale wcześniej dokładnie wytłumaczono mu czym właściwie jest film”. Trudno się z tym nie zgodzić.

Prawdziwie fascynujące są jednak kulisy całego przedsięwzięcia, które sportretował w książce sam Greg Sestero, a tą pozycją zainteresował się z kolei James Franco, realizując “The Disaster Artist”. Okazuje się bowiem, że sam film kosztował Wiseau aż 6 milionów dolarów. Ta kwota naturalnie nie robi większego wrażenia przy budżecie współczesnych produkcji, ale oglądając “The Room” człowiek zachodzi w głowę na co wydano tak duże środki, bo kompletnie tego nie widać. Okazuje się, że zamiast pożyczyć kamery na czas trwania zdjęć, co jest normalną praktyką w tym biznesie, zadecydowano by je kupić. Ponadto wybudowano cały plan zdjęciowy, co znów nie jest żadną ekstrawagancją jeśli mowa o filmach rozgrywających się w nietypowych plenerach. W przypadku “The Room” można było jednak zaadaptować zwykłe mieszkanie, bo właśnie tam toczy się większa część akcji obrazu. To tak jakby wybudować makietę domu tylko po to by nakręcić w niej film, a następnie ją wyburzyć. Widać było, że nikt na planie nie miał pojęcia jak zabrać się za produkcję. Prawdziwym kuriozum był również plakat mający promować to dzieło, pokazywał bowiem wyłącznie twarz jego twórcy.

Bardzo nietypowy amerykański sen

“The Disaster Artist”

Już na długo przed premierą filmu Jamesa Franco obraz Tommy’ego Wiseau zyskał status dzieła kultowego, był pokazywany na wielu nietypowych festiwalach filmowych, gdzie zresztą gościł sam reżyser, który później odbił sobie z nawiązką słabe wyniki finansowe “The Room”. Jego film w czasie wyświetlania w kinach oficjalnie zarobił bowiem zaledwie 1800 dolarów. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych pokochali autora najgorszego filmu świata, bo jego historia to w zasadzie spełnienie amerykańskiego snu, w mocno pokraczny sposób, ale jednak. I tak twórca jest dziś osobą spełnioną, o czym zresztą w wywiadach po swoim filmie wspominał James Franco, dokładając przy okazji wiele anegdot, pochodzących z czasów przed produkcją “The Disaster Artist”.

Najzabawniejsza dotyczy chyba negocjacji w sprawie szczegółów samego obrazu. Franco od początku zapewniał, że chce pokazać historię twórcy uczciwie i bardzo zależało mu na aprobacie Tommy’ego. W pewnym momencie zapytał więc bohatera o nazwisko aktora, którego najlepiej zaangażować do jego roli. Tommy po chwili namysłu odparł “Johnny Depp!”, na co Franco naturalnie zareagował śmiechem, co przez moment zagroziło powodzeniu całego przedsięwzięcia. Franco uratował się tym, że zapamiętał iż jego brat Dave, grający w filmie Grega Sestero, usłyszał od niego, że drugim wyborem Wiseau był właśnie James Franco. A więc zagadnął: “To co, może ja, Tommy?”. W odpowiedzi usłyszał: ”Taaaak… James. No tak, widziałem wszystkie filmy, które zrealizowałeś. Zrobiłeś trochę dobrych rzeczy, trochę złych…”

Już ta pojedyncza anegdota dobrze pokazuje z jakim człowiekiem mamy do czynienia. Tommy Wiseau to niewątpliwie koszmarny reżyser, beznadziejny aktor, mający podstawowe problemy nie tylko z realizacją swojego filmu, ale także z oceną sensowności pozwu skierowanego przeciwko grupie wspomnianych na początku dokumentalistów. Jednocześnie jednak cechuje go niezwykła wręcz pewność siebie, upór umożliwiający mu nieprzejmowanie się opiniami innych ludzi, a to wszystko pozwoliło mu osiągnąć, nieco wątpliwy, ale jednak sukces i status reżysera najgorszego filmu świata. Wiseau jest niczym superbohater mający dar zamieniania najgorszego dzieła w coś co podoba się widowni, nawet jeśli entuzjazm wokół niego jest podszyty ironią, a może wręcz kpiną. Polska zaś może się pochwalić kolejnym filmowcem znanym na całym świecie. Choć, być może, należałoby powiedzieć raczej, że Tommy to przede wszystkim kosmita.

Tagi: film tommy wiseau