Igor Chrzanowski Igor Chrzanowski 08.09.2019
Cyberpunk 2077. Jak hype może zabić nawet najlepszą grę
2905V

Cyberpunk 2077. Jak hype może zabić nawet najlepszą grę

Korporacyjna machina marketingowa atakuje nas przepięknymi materiałami promocyjnymi, abyśmy zapragnęli kupić nadchodzące gry. Niestety tak agresywne napędzanie hype'u może okazać się bronią obusieczną i zaszkodzić nawet najlepszej produkcji.

Wszyscy zgodzimy się co do tego, że czasem fajnie jest się na coś "nahajpować" i z wypiekami na twarzy wyczekiwać premiery danego dzieła - niezależnie czy to film, gra, komiks, a nawet książka. Specjaliści od marketingu doskonale znają naszą tendencję do robienia sobie wielkich nadziei, dopowiadania niektórych rzeczy za pomocą wyobraźni, a nawet podświadomego wmawiania sobie, że to coś będzie super-uber-hiper-pro-kozackie. 

Nasza gra będzie rewolucją!

Praktycznie każdy z nas spotkał się z sytuacją, w której nakręcił się na jakiś tytuł tak bardzo, że niemożliwym było, aby spełniło nasze oczekiwania. A jasno trzeba sobie powiedzieć, że najlepsi na świeci marketingowcy znają mechanizmy działania ludzkiej psychiki lepiej niż niejeden psychiatra czy terapeuta. Wyrachowani, chłodni i niezwykle kreatywni autorzy kampanii reklamowych widzą co i jak robić, aby uderzyć w odpowiednią strunę naszej wyobraźni.

Chyba najlepszym przykładem zbyt rozdmuchanego hype'u, który ostatecznie bardzo wpłynął na całe postrzeganie nie tylko gry ale i jej twórców, jest No Man's Sky. Praktycznie każdy, kto choć trochę interesuje się naszą branżą słyszał o tym, jak spektakularną klapą okazało się być dzieło kilkuosobowego Hello Games. Wszystko oczywiście rozbija się o przekłamane zwiastuny, brak odpowiedniej komunikacji ze społecznością, a nawet i ordynarne kłamanie nam w żywe oczy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Obiecywano nam przepełnione życiem krainy, miliardy planet do odwiedzenia, tajemniczy świat i wielkie sekrety - można powiedzieć, że ambicje zespołu Seana Murray'a były ogromne.

Niestety tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z tego, że realizacja tego planu była od początku niemożliwa - a przynajmniej nie dla deweloperów, którzy mieli na koncie tylko takie małe produkcje jak Joe Danger. Inni zaś niebyli świadomi tego jak studio wygląda naprawdę, a wspierające tytuł Sony utwierdzało miliony graczy w przekonaniu, że NMS będzie prawdziwą rewolucją i grą, jakiej jeszcze nie było. Dopiero po 3 latach od dnia premiery Hello Games było wstanie doprowadzić kosmiczną piaskownicę do stanu stojącego obok obietnic z zapowiedzi.

Ekscytująca nowa generacja

Na przełomie poprzedniej i obecnej generacji konsol, jednym z pierwszych wydawców jaki zaprezentował nam next-genowe perspektywy był francuski Ubisoft. Tajemnicze Watch Dogs zapierało dech w piersiach swoim wyglądem, który bardzo rozbudzał marzenia graczy o nowej generacji konsol. Niestety z roku na rok i ze zwiastuna na zwiastun, byliśmy coraz bardziej mamieni wielkimi obietnicami o niesamowicie interaktywnym świecie, gdzie każdy przechodzień będzie miał własne życie i historię. 

Jak się w dniu premiery okazało, Ubisoft jak zwykle kłamał pod względem grafiki jaką zobaczyliśmy w finalnym produkcie i rozczarował sporo osób niezbyt ciekawą, przygnębiającą stylistyką oraz ograniczeniami w rozgrywce. Nie tylko mieliśmy mieć możliwość manipulacji każdym przedmiotem w mieście, ale i działać na szerszą skalę za pomocą smartfona Aidena.

Kolejnym ze sztandarowych przykładów łobuzerki ze strony Francuzów były napompowane wręcz do granic możliwości zapowiedzi nowej marki jaką miało być Tom Clancy's The Division. W tym przypadku pokazywano nam rozgrywkę z grafiką na takim poziomie, że nawet i dziś zrobiłaby wrażenie na niejednym z Was, a co dopiero w 2013 roku! Zaawansowana destrukcja otoczenia, Nowy Jork ociekający klimatem post-apo, futurystycznie wyglądający UI, a do tego kooperacyjna formuła utrzymana nieco w stylu MMO - to wszystko sprawiało, że mnóstwo graczy nakręciło się na ten tytuł jak małolat na widok pięknej modelki. Efekt? 6,4 mln graczy w wersji beta i gigantyczna fala krytyki spływająca na Ubisoft za niespełnione obietnice i zawiedzione oczekiwania.

W cieniu legendy

Gdy tworzysz światowej klasy superhit, który w dodatku osiąga status kultu, a może nawet i nieoficjalnej religii, musisz liczyć się z tym, że każdy będzie miał co do ciebie szalenie wygórowane oczekiwania. Z tym problemem mierzyło się w 2014 roku Bungie, które zasłynęło w naszej branży z rewelacyjnej serii Halo. Destiny miało być dla studia świeżym startem i rozwinięciem skrzydeł kreatywności pod banderą niesamowicie bogatego Activision. Już od pierwszych zapowiedzi mówiono, że nowa space-opera od kultowych deweloperów przewyższy Halo i zaoferuje nam nie tylko otwarty świat, ale także wprowadzi zupełnie nową formułę do MMOFPS-ów, a przede wszystkim odda w nasze ręce całą galaktykę!

Oczywiście wieść szybko się rozeszła, a Destiny stało się jedną z najbardziej wyczekiwanych gier owego czasu. Kolejne zwiastuny pokazywały nam jedynie skrawki odpicowanej rozgrywki, nie mówiąc zbyt wiele o konstrukcji świata oraz zadań. Activision zabrało się do nakręcania spirali hype'u i z każdym kolejnym zwiastunem rozbudzało naszą wyobraźnię obietnicą fantastycznej opowieści z rozmachem godnym Gwiezdnych wojen, a może nawet i większą. Jakież to było rozczarowanie, gdy zamiast całej galaktyki dostaliśmy do dyspozycji tylko Ziemię i jakieś małe dodatkowe poziomy, a fabuła gry była tak wybitnie nijaka, że absolutnie nikt na nią nie zwracał uwagi. Swego czasu powstawały nawet memy o tym, że jedno zadanie w Wiedźminie 3 ma więcej fabuły niż całe Destiny.

Z podobnym, aczkolwiek o nieco innej naturze, problemem mierzyło się DICE. Kiedy Electronic Arts zapowiedziało powrót marki Star Wars: Battlefront, cała chmara fanów sagi Lucasa z miejsca zaczęła zalewać internet nostalgicznymi i nieco wyidealizowanymi wspomnieniami z oryginalnego Battlefronta. 

Świetnie, a miejscami bosko wręcz, wyglądające zwiastuny rozpalały wielkie nadzieje na poważny i wysoko budżetowy powrót legendy od twórców rewelacyjnej serii Battlefield. Ta muzyka, klimat, kozacko zaprojektowani bohaterowie, powiązanie gry z kinowym Przebudzeniem mocy - wszystko zmierzało w zadziwiająco idealnym kierunku. Pewnym osobom zaczęło coś tu nie pasować i przy okazji premiery szybko okazało się, że mieli rację - idealnie wyglądające zapowiedzi zostały zamienione w hiper biedną grę z kilkoma mapkami, broniami i postaciami na krzyż.

Kto potknie się pierwszy?

Dlaczego dziś o tym wszystkim piszemy? Jak dobrze wiecie już w perspektywie najbliższego roku na naszym rynku zadebiutuje kilka niezwykle ważnych i bardzo hype'owanych produkcji. Death StrandingThe Last of Us: Part IICyberpunk 2077, czy też Halo Infinite, to tylko pierwsze z brzegu przykłady tytułów, które budzą chore wręcz pokłady entuzjazmu. Gdy Troy Baker i Hideo Kojima twierdzą, że "nie jesteśmy gotowi" na to, co szykują dla nas w swoich produkcjach, a Cyberpunk zaczyna wyskakiwać nawet z przysłowiowej lodówki, zaczyna robić się już trochę niebezpiecznie - dla wydawców oczywiście. 

Wyobrażenia dotyczące każdej z powyższych produkcji są tak skrajnie wyidealizowane, że wystarczy malusieńkie potknięcie, aby wściekli fani rozszarpali dany tytuł jak No Man's Sky. Dajmy na to ostatni gameplay z gry CD Projekt RED - wystarczyło, aby postawiony w tle model postaci Keanu Reevesa odstawał jakościowo od pierwszego planu, a już w Sieci zaczęły się śmieszki dotyczące downgrade'u graficznego. No i cały ten przesyt informacyjny - na samym PPE napisaliśmy już ponad 320 materiałów z Cyberpunka 2077.

Tagi: CD Projekt CD Projekt RED Cyberpunk 2077 Keanu Reeves