Sąd nad Lalką! Serial Maślony kontra film Kawalskiego. Kto zrobił to lepiej?
Tygodnie mijają, a “Lalka” Macieja Kawalskiego śrubuje swój imponujący wynik kinowy. Jednocześnie opadł już nieco kurz po bitwie z “Lalką” Pawła Maślony, co daje szansę na rzetelne zestawienie obu produkcji. W końcu trzeba wybrać swoją “Lalkę”, prawda?
W trzy tygodnie “Lalkę” obejrzało w polskich kinach ponad dwa miliony widzów. Tym samym projekt Macieja Kawalskiego dołączył do grona 50 filmów, które nad Wisłą przekroczyły taką widownię. W następnych tygodniach dojdzie do śrubowania wyniku, chociaż nie ma szans na to, aby “Lalka” zagościła w ścisłej czołówce. “Dzieje grzechu” z 1975 roku widziało blisko osiem milionów, a melodramat w reżyserii Waleriana Borowczyka zajmuje 20. miejsce, jeśli chodzi o rodzimą kinematografię. “Pan Wołodyjowski”, “Seksmisja”, “Akademia pana Kleksa”, “Zakazane piosenki”, “Noce i dnie”, “Potop”, “W pustyni i w puszczy” oraz “Krzyżacy” mogą pochwalić się dwucyfrowym dorobkiem. To rezultat nie do powtórzenia w obecnych realiach.
LALKA właśnie została 50. filmem w historii III RP, który przekroczył DWA MILIONY WIDZÓW W KINACH.
— Radosław Koch (@radziokoch) October 21, 2026
Oto wszystkie produkcje, które tego dokonały. Jakie tytuły najbardziej was zaskakują, a których wam brakuje na grafice?#BoxOffice pic.twitter.com/0bhylgKKeU
Sukces “Lalki” Kawalskiego pozostaje jednak bezsprzeczny, przynajmniej ten komercyjny. W ostatnim czasie tylko dwa polskie filmy cieszyły się podobną popularnością - “Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego oraz “Akademia pana Kleksa” Macieja Kawulskiego. Wcześniej zaś “Kogel Mogel 3” i “Kler”. Co jednak z poziomem, ujmijmy tę kwestię dość górnolotnie, artystycznym? W teorii bardzo dobrze - “Lalka” ma notę 6,3 od krytyków na Filmwebie, a przede wszystkim 7,7 od widzów. My również oceniliśmy ją wysoko, bo na 8, o czym pisaliśmy TUTAJ. Serial, dla kontrastu, dostał 6,5 od krytyków i 6,8 od widzów. Werdykt wydaje się jednogłośny. Ale ja się z nim nie do końca zgadzam.
Nie zamierzam udawać oświeconego i z ambony krzyczeć, że większość się myli. Postaram się natomiast zasygnalizować, co mi się w obu produkcjach podobało, a co, no cóż, niekoniecznie.
Zgodność z oryginałem
Nie mamy luzu, jeśli chodzi o adaptacje. Wielu oczekuje wierności z oryginałem, kłaniania się docenianemu pierwowzorowi. To tym bardziej widoczne, jeśli już wcześniej do takiej adaptacji doszło. Z podwójnym porównaniem musiał się mierzyć ostatnio między innymi “Znachor”. Wielu odebrało go wyłącznie jako konkurenta dla produkcji z 1981 roku i powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. A przecież Michał Gazda i spółka wykonali kawał rewelacyjnej pracy, która broni się niezależnie od oryginału. To zaś niewątpliwy plus dla każdej adaptacji.
“Lalka” Maślony nie ogląda się na powieść Bolesława Prusa. Zna ją na tyle dobrze, że nie musi tego robić. Zdaje sobie sprawę z poruszanych tematów, sensu przekazu, realiów świata przedstawionego i dzięki temu łatwiej jej od normy odbiec. Na dobrą sprawę Maślona zapożyczył jedynie bohaterów i fundament fabuły. Zdecydowana większość serialu stanowi wariację na temat przebiegu wydarzeń zaproponowanego przez Prusa. Siłą rzeczy transformacji poddano też część postaci. Izabela Łęcka (Sandra Drzymalska) zupełnie odbiega od wyobrażenia pisarza - dodano jej więcej cech charakteru, motyw napędzający do działania, w pewnym sensie pogłębiono. Łęcka u Maślony nie jest już ubezwłasnowolnioną lalką, ale kobietą zdającą sobie sprawę z siły emancypacji.
Osobny okazał się również Ignacy Rzecki (Dariusz Chojnacki), w tej interpretacji bardziej choleryczny, ale jednocześnie niesamowicie blisko Wokulskiemu, prawdopodobnie najbardziej ze wszystkich inkarnacji. Niesamowitego znaczenia nabrała również Marianna (Maria Kania), z drugiej strony Stanisław Wokulski (Tomasz Schuchardt), Kazimiera Wąsowska (Magdalena Cielecka), Tomasz Łęcki (Jacek Braciak) czy baron Krzeszowski (Piotr Adamczyk) stoją bliżej pierwowzorów, ale wszyscy mają autorski sznyt zostawiony przez Maślonę, zespół scenarzystów i własne umiejętności aktorskie. “Lalka” od Netflixa podąża swoim tempem, rytmem i pomysłem. To serial na motywach “Lalki” Prusa. Tak daleki od oryginału, że być może bardziej zasadnym - tak dla spokoju - byłoby zatytułowanie jej jako “Lalka Pawła Maślony” lub “Lalka 2.0”. Z samego odstępstwa nie można jednak robić zarzutu, zwłaszcza, że całość wypada bardzo kompetentnie, o czym za chwilę.
“Lalka” Kawalskiego to rzecz zupełnie inna. W przeciwieństwie do serialu nawet nie daje złudzenia chęci pokazania nam czegoś nowego. Na tyle, na ile może, przenosi na ekran karty powieści Prusa. Nie sili się na oryginalność, przez co mi brakowało w tym filmie tożsamości. Znam książkę, uwielbiam ją i salę kinową opuszczałem z poczuciem delikatnego rozczarowania, że twórcy nie postarali się zaskoczyć mnie choćby jednym elementem. Mówię oczywiście o wrażeniach pozytywnych, bo tych kontrastujących niestety nie brakowało.
Scenariusz
Żadna z wersji nie okazuje się wierną adaptacją “Lalki” Prusa. O ile jednak serial robi to z premedytacją, o tyle odniosłem wrażenie, że dla filmu odstępstwa od oryginału stanowią pewien problem. To, że w produkcji Maślony brakuje kilku wątków poruszonych przez Prusa, nie ma większego znaczenia. Po pierwszych kilkudziesięciu minutach już widzimy, że to historia osobna. Trudno więc zżymać się na brak niektórych wydarzeń lub połączenie dwóch, trzech bohaterów w jedną postać. Nie wpływa to negatywnie na przebieg akcji w świecie przedstawionym, wszystko pozostaje spójne.
Ciężar rozłożono inaczej. Bardzo duże znaczenie mają wspomniane już emancypantki, do fabuły wprowadzono choćby Elizę Orzeszkową (Agnieszka Grochowska) i jej “Bluszcz”. Chęć zaangażowania się w powstający ruch napędza Łęcką, dzięki czemu jeszcze lepiej rozumiemy jej zachowanie i stałe odrzucanie amorów kolejnych absztyfikantów. Wątpię, aby sam Prus miał się na taki zabieg obrazić, wszak dobrze koresponduje z jego pozostałą twórczością. Serial bardziej oddaje sprawiedliwość kobietom, co pokazuje też kompletnie przebudowana postać Marianny.
Przekleństw u Maślony i spółki oczywiście sporo, ale nie zamierzam udawać, że zwiędły mi uszy. Wręcz przeciwnie, cenię, że współcześni polscy twórcy nie mają nabożnego stosunku do szlachty, bo ta wyrządziła naszemu państwu wystarczająco dużo krzywdy. Wprowadzenie wulgaryzmów do ich słowników dobrze uwypukla tę nieznośną obłudę. Poza tym, trudno mi odmówić zręczności wielu sformułowaniom z “chu*cem borsuczym” na czele. Umiejętność wkradania się do słownika codziennej polszczyzny to cecha najlepszych scenarzystów, tutaj się to niewątpliwie udało.
Film Maślony, który też darzę sympatią, bo koniec końców spędziłem w kinie miłe trzy godziny, wpada natomiast w koleiny swoich wyborów. Z jednej strony podąża za Prusem, z drugiej zaś pozbawia historię dwóch niezwykle istotnych motywów - śmierci Rzeckiego (Marek Kondrat) oraz całego wątku Heleny Stawskiej. Postać subiekta, będącego głównym bohaterem powieści, sprowadzono do trzeciorzędnej roli. Marek Kondrat nie dostał właściwie żadnej sceny, w której istnieje bez Marcina Dorocińskiego. Rzecki u Maślony figuruje wyłącznie jako cień Wokulskiego, co pozbawia tego bohatera całej głębi. Brak Stawskiej rzutuje natomiast na motywacje Wokulskiego. Niedostatki te są niejako rekompensowane rozbudową postaci pani Meliton (Agata Kulesza) i Kazimiery Wąsowskiej (Maria Dębska), chociaż żaden z tych wątków nie ma ciężaru dramatycznego równoważącego potraktowanie Rzeckiego.
Aktorstwo
Obie produkcje chwalą się naprawdę mocnymi obsadami. Kinowa “Lalka” zebrała przepastne grono wybitnych polskich aktorów, których wepchnięto nawet do epizodów. Film Kawalskiego niosą kobiety - genialne są Kulesza z Dębską. Wyraźnie widzą, że nie można całego filmu zagrać na maksymalnym napięciu i teatralności, bo człowiek w końcu pęknie. Krystyna Janda nie schodzi poniżej swojego fantastycznego poziomu, spodobała mi się również interpretacja Kamili Urzędowskiej, chociaż wiem, że nie wszyscy są fanami sztuczności, jaką nadała swojej Łęckiej. Panowie również wypadają kompetentnie. Dorociński to Wokulski inny niż wszyscy, budzący autentyczną sympatię, piękny. Andrzej Seweryn przekonująco wypadł jako zafiksowany na jednym punkcie Tomasz Łęcki, Kondrat - jako się rzekło - nie miał za wiele do grania, ale to Marek Kondrat, jeden z najlepszych aktorów w historii naszej kinematografii. Pewni w swoich rolach byli też Andrzej Chyra, Maciej Stuhr i Wojciech Mecwaldowski. Większe wątpliwości względem Mateusza Damięckiego. Nie przekonała mnie ta interpretacja Kazimierza Starskiego, brakowało w niej magnetyzmu.
Serial, siłą rzeczy, musiał pójść po nieco mniej znane twarze. Casting przeprowadzono jednak na tyle dobrze, że tego nie odczuwamy. Nie chodziło o wybieranie aktorów z najlepszymi nazwiskami, ale najlepiej pasujących do wizji Maślony. Efektem zniewalająca Sandra Drzymalska jako Łęcka, Jacek Braciak jako Tomasz Łęcki, Maria Kania jako Marianna, Piotr Adamczyk jako Krzeszowski. To są rólska. Postacie pełnokrwiste, żywe, nie kukły wyciągnięte z teatru. Drzymalska pokazuje spektrum emocji rzadko widoczne na polskim rynku, doskonale współgra z Tomaszem Schuchardtem, ich relację cechuje odpowiedni magnetyzm, jednocześnie wzajemna odraza. Swoją drogą Schuchardt też się broni. Reszta pozostaje w cieniu głównej czwórki, piątki, chociaż Magdalena Cielecka czy Mirosław Zbrojewicz również okazują się całkowicie trafionymi wyborami. W serialowej “Lalce” nie znalazłem słabej interpretacji. W filmowej, jeśli musiałbym wskazać, pewnie skierowałbym się w stronę Damięckiego lub Szyca, który, z całym szacunkiem, nie wytrzymuje zestawienia z Adamczykiem.
Werdykt
Obie “Lalki” zachwycają wizualnie, chociaż z różnych względów. W kinie będziemy świadkami wymuskanych scenografii, pięknych kolorów, czystego krajobrazu, pięknego klimatu Warszawy XIX wieku. To świat czysty nawet wtedy, gdy Wokulski przebywa na wojnie lub spaceruje po najuboższych dzielnicach. Serial natomiast idzie w drugą stronę, nie boi się brudu, naturalizmu. Bohaterowie są brudni, spoceni, ugotowani krążącym w żyłach alkoholem. Finalnie patrzymy na zupełnie różne obrazy, których nie da się ze sobą zestawić jeden do jednego.
To zresztą dobre podsumowanie obu tych “Lalek”. Jako fana powieści Prusa bardzo ucieszyło mnie, że mamy do czynienia z tak skrajnymi podejściami. Chociaż kinowa wersja pozostawiła spore poczucie niedosytu, nie powiem, że to film zły lub wybrakowany. To kostiumów produkcja, jakiej nad Wisłą nie mieliśmy od lat. Nie stoi w jednym rzędzie z najwybitniejszymi przedstawicielami gatunku, ale daje nadzieję, że kolejne próby to tylko kwestia czasu. Serial natomiast ma większą łatwość w odrzuceniu nieprzekonanych. Ci jednak, którzy postanowią zaufać autorskiej wizji Maślony, nie zostaną rozczarowani. Zwłaszcza po ostatnim odcinku. Werdykt jest taki, że kocham “Lalkę” pod każdą postacią. Od Hasa do lasa.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych