Gry przejmują Hollywood. Największe marki filmowe chcą być jak PlayStation i Xbox

Gry przejmują Hollywood. Największe marki filmowe chcą być jak PlayStation i Xbox

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 15:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Kiedyś patrzyli na nas z góry, z tym specyficznym, hollywoodzkim uśmieszkiem politowania. Gry wideo były dla wielkich producentów zaledwie infantylną zabawką służącą do okazjonalnego wyciskania tanich hitów akcji klasy B. Dziś te same potężne studia filmowe patrzą na PlayStation i Xboksa z nieskrywaną zazdrością, próbując za wszelką cenę sklonować ich gigantyczny komercyjny i wizerunkowy sukces.

Hollywood w końcu przestało udawać, że jest mądrzejsze od graczy. Fabryka Snów wreszcie boleśnie zrozumiała fakt, że aby przetrwać w starciu o uwagę współczesnego widza, musi zacząć grać według zasad, które od dekad rządzą w naszych salonach. Gry wideo nie tyle nieśmiało pukają do bram wielkiego kina, co właśnie wyważyły je z siłą końcowego bossa na najwyższym poziomie trudności.

Dalsza część tekstu pod wideo

Od naiwnych ekranizacji do telewizyjnych arcydzieł

Pamiętacie mroczne czasy pierwszych ekranizacji? Przed oczami wciąż nierzadko stają nam kinowe koszmarki pokroju owianego fatalną sławą „Super Mario Bros.” z lat 90 czy taśmowych produkcji Uwego Bolla. Wtedy adaptacja najczęściej oznaczała wzięcie znanego tytułu, całkowite zignorowanie jego głębszego sensu i doklejenie licencji do byle jakiego, wielokrotnie odrzucanego scenariusza.

Kino traktowało gry po prostu jak naiwnego, młodszego brata, na którym można łatwo zarobić. Sytuacja zmieniła się jednak drastycznie, gdy dojrzali decydenci w garniturach z Los Angeles spojrzeli na realne, miażdżące słupki zysków branży elektronicznej. Zrozumieli, że interaktywna rozrywka to potężna, wręcz dominująca gałąź światowej popkultury obracająca dziesiątkami miliardów dolarów. Obecna złota era adaptacji nie wzięła się znikąd. Została solidnie wybrukowana telewizyjnymi i streamingowymi arcydziełami na miarę serialowego „The Last of Us” czy fenomenalnie wiernego duchowi oryginału „Fallouta”. Te starannie wyprodukowane dzieła bezpardonowo udowodniły twardogłowemu Hollywood, że gry mają bogate i dojrzałe scenariusze, zasługujące na absolutnie najwyższej jakości realizację.

Wielkie wytwórnie zrezygnowały z wyważania otwartych drzwi. Dzisiaj, gdy zerkają łapczywie na kultowe marki z rodowodem ze sprzętów Sony, Microsoftu czy Nintendo, nie myślą już, jak spłycić je na potrzeby typowego, popcornowego filmu. Zastanawiają się raczej, co dokładnie trzeba zrobić, aby statyczni widzowie na kinowej sali poczuli te same wypieki na twarzy, tę samą presję i niesamowite poczucie sprawczości, co gracze mocno ściskający w dłoniach swoje ulubione pady.

Kino uczy się języka graczy

Ten bezprecedensowy zwrot w stronę gamingu wykracza jednak bardzo daleko poza kupowanie samych licencji. Dziś największe, kluczowe marki filmowe wręcz dosłownie chcą być jak PlayStation, Nintendo i Xbox. Zauważmy dokładnie, jak ewoluuje kinowa i serialowa struktura ostatnich lat. Zamiast klasycznych, trójaktowych, zamkniętych opowieści, kina masowo oferują nam gigantyczne filmowe uniwersa, które swoim długofalowym modelem zaangażowania odbiorcy do złudzenia przypominają abonamentowe ekosystemy cyfrowe współczesnych konsol. 

Owa potężna fascynacja grami objawia się najdobitniej w samej sztuce reżyserii i montażu. Twórcy masowo zaczęli implementować filmowe mechaniki znane dotąd wyłącznie z monitorów - długie, pozbawione wyraźnych cięć sekwencje akcji perfekcyjnie imitujące klasyczny gameplay czy niezwykle subtelną narrację prowadzoną wizualnie poprzez otoczenie - czyli słynne w branży environmental storytelling. Kiedyś to ambitne kino ustalało granice widowiska i dyktowało popkulturze co jest modne. Dziś to absolutni wizjonerzy z branży deweloperskiej i twórcy najgłośniejszych gier AAA wyznaczają złote standardy emocji, za którymi zadyszani filmowcy muszą po prostu nadążyć.

Oglądasz pościg na wielkim ekranie i natychmiast myślisz: „przecież to wygląda jak idealnie wyreżyserowany quick-time event”. Kiedy główny bohater wchodzi z latarką do mrocznej, nieznanej lokacji, a kamera powoli i metodycznie omiata teren dokładnie tak, jak robi to gracz ostrożnie badający mapę w poszukiwaniu ukrytej amunicji czy apteczki. To nie są już tylko subtelne puszczenia oka, przemycane w kadrach dla wybranych geeków. To jest zupełnie nowy, dominujący język całego nowoczesnego kina. Producenci zrozumieli, że widownia bez reszty wychowana na interaktywnych kontrolerach oczekuje natychmiastowego wrzucenia w wir pędzącej akcji. Przepaść oddzielająca grę od filmu na naszych oczach znika, a kinowi giganci robią wszystko, by jak najdoskonalej naśladować sam rdzeń cyfrowych, immersyjnych przeżyć.

„Resident Evil” Zacha Creggera wyznacza nowy złoty standard

Jeśli ktokolwiek ze starej gwardii wciąż miał wątpliwości, czy taka kinowo-growa fuzja jest w ogóle możliwa do bezbłędnego zrealizowania, to wrzesień 2026 roku przyniósł światu dowód ostateczny. Najnowsza, szeroko komentowana ekranizacja „Resident Evil” w błyskotliwej reżyserii Zacha Creggera okazała się nie tylko potężnym hitem kasowym, ale bezprecedensowym zjawiskiem, które natychmiast zamknęło usta wszystkim dotychczasowym malkontentom.

Zach Cregger, znany wcześniej ze znakomitego horroru, budził na początku tworzenia projektu wręcz ogromne obawy fanów kultowej japońskiej serii. Gdy szczerze przyznał w wywiadach, że celowo zrezygnował z bezpośredniej i dosłownej adaptacji popularnych historii znanych bohaterów pokroju Leona czy Jill, sieć dosłownie zapłonęła od fanowskiej krytyki. Szybko jednak, bo tuż po wrześniowej premierze, okazało się, że wizjoner wiedział absolutnie precyzyjnie, co robi. Zamiast leniwie i bezdusznie odhaczać punkty ze starych scenariuszy gier wideo, z iście zegarmistrzowską precyzją zrekonstruował coś o wiele ważniejszego - unikalne, niepowtarzalne DNA kultowej marki, opierając się na specyfice samej rozgrywki i gęstym, paraliżującym klimacie survival horroru. Widzowie, i to z błogosławieństwem samych weteranów gier, natychmiast ten brawurowy zabieg docenili.

Oglądając genialnie zagranego przez Austina Abramsa kuriera wplątanego w przerażający nocny koszmar z nieumarłymi, dosłownie i podświadomie czujemy ukrytą w scenach logikę wymagającej gry - konieczność powrotu do lokacji by dopasować konkretny klucz do bramy, rozwiązywania skomplikowanych zagadek przestrzennych pod ogromną presją, a nade wszystko panicznego, dramatycznego liczenia i oszczędzania każdego naboju. Cregger wrzucił do widowiska również kapitalne, niesamowicie brutalne sekwencje akcji zaprezentowane wprost z pierwszej osoby, co stanowi przepiękny, bezpośredni hołd dla najnowszych, świetnych odsłon „Resident Evil 7” oraz „Village”. Zachwyceni krytycy filmowi i wierni gracze po raz pierwszy na taką skalę zgodnie wychodzili z kin, powtarzając jak mantrę jedno, historyczne już zdanie - tak, dokładnie w ten sposób powinno się tworzyć wybitne adaptacje. Dogłębne zrozumienie specyfiki nowego medium w końcu zastąpiło ślepe, taśmowe kopiowanie taniej licencji.

Fabryka Snów wreszcie chwyta za pada

Podsumujmy tę niesamowitą, trwającą na naszych oczach popkulturową rewolucję niezwykle jednoznacznym werdyktem. Hollywood wreszcie ostatecznie złożyło broń po kilku długich dekadach nierównej walki o narracyjną i emocjonalną dominację, po czym oficjalnie uznało porażkę na swoim własnym, do niedawna zamkniętym i niezwykle hermetycznym podwórku. 

Zamiast bezsensownie walczyć z cyfrową rewolucją, najwięksi twórcy i filmowi producenci rozsądnie postanowili usiąść tuż obok nas na kanapie i po prostu pokornie chwycić za drugiego pada. Świat szeroko pojętego gamingu przejął Fabrykę Snów, skutecznie i bezpowrotnie ucząc jej starych wyjadaczy zupełnie nowych, lepszych i znacznie bardziej immersyjnych sztuczek. Od konstruowania potężnych, wciągających uniwersów kinowych perfekcyjnie wręcz symulujących społecznościowy charakter Xboksa czy PlayStation, po genialnie i drobiazgowo wierne odtworzenie logicznych mechanik w znakomitym, bijącym rekordy „Resident Evil” Zacha Creggera - bezdyskusyjnie dzisiejsze kino z całych sił pragnie być po prostu świetną grą w każdym możliwym calu.

Jako widzowie zdecydowanie nie mamy najmniejszych powodów do narzekania, ponieważ w tej historycznej, medialnej fuzji jako fani znakomitej rozrywki wygrywamy absolutnie podwójnie. Rozsiądźcie się wygodnie w swoich kinowych fotelach, zapnijcie pasy i wciśnijcie Start. Na naszych oczach ładuje się zupełnie nowa gra.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper