Generacja recyklingu - nawet Nintendo uległo trendowi
Obecna generacja potrafi zaskoczyć ciekawymi i oryginalnymi produkcjami. Gdyby wyłączyć z gry powstające za wielomilionowe budżety, to właściwie większość studiów deweloperskich prześciga się w pomysłach. Nadzieją dla kreatywności stały się produkcje kategorii AA, które powstają mniejszym nakładem, lecz ich twórcy kładą większy nacisk na ciekawą zawartość. W przypadku dużych wydawców również wpadają świeże marki celujące w kreatywne rozwiązania (np. Pragmata). Jednak nietrudno zauważyć, że w siłę rośnie inny, niepokojący trend.
The Last of Us, Resident Evil, Silent Hill, Metal Gear Solid i mnóstwo innych gier doczekało się renowacji. O ile w przypadku np. serii Capcomu widzimy potencjał w dążeniu do jakości i udoskonalenia formuły tak na rynku funkcjonuje szerokie grono twórców skupionych wyłącznie na odtworzeniu klasycznych doświadczeń. Nostalgia to jedna z najsilniejszych walut w całej popkulturze. Pomimo narzekań ze strony konsumentów zawsze odnajdą się chętni do powtórnej zabawy, nawet jeśli sama gra lub film nie oferują niczego odkrywczego poza sposobem prezentacji. Kiedy naprawdę rozpoczęła się współczesna moda na masową produkcję remake'ów? To całkiem ciekawa i złożona historia, bo wszystko zaczęło się od wyjścia naprzeciw oczekiwaniom fanów.
Wszystko zaczęło się od 2005 roku i pokazu Final Fantasy VII: Technical Demo for PS3 (do obejrzenia w YouTube). Firma Squaresoft wywarła ogromne wrażenie na widzach. Postępująca technologia w grach pozwoliła na stworzenie o wiele bardziej szczegółowych modeli postaci oraz otoczenia. Na remake Final Fanstasy VII fani i tak musieli odczekać piętnaście lat zanim projekt został scalony w porządną grę. Inna sprawa, że deweloperzy wykorzystali zewnętrzną technologię do pracy. Remake'ów żądali także fani cyklu Resident Evil, którzy słali dziesiątki petycje do japońskiej centrali Capcomu, aby firma zdecydowała się na stworzenie remake'u kultowej części drugiej. Resident Evil 2 (2019) okazało się tak wielkim hitem, że od tamtej pory liczba renowacji dostępnych na rynku gwałtownie wzrosła. Gdy dzisiaj czytam o kolejnych inicjatywach przebudowy klasycznych produkcji zaczynam się obawiać o kreatywność w największych zespołach deweloperskich. Dla jasności, nie boję się oczywiście o Capcom, ta firma dostarcza solidne tytuły. Jedynym wyjątkiem pozostaje naprawdę średni remake gry Dead Rising. To jednak wynik przestarzałej formuły, która pozostała nienaruszona. Takie projekty stają się coraz większym problemem w branży.
Remake - prosta droga do sukcesu

Mamy więc silną markę i bierzemy się za jej renowację. Odchodzą koszty czasowe związane z planowaniem scenariusza (można go jedynie zmodyfikować) i projektowanie modeli postaci od zupełnych podstaw. Studio dysponuje materiałem referencyjnym i rozpoczynają się prace. Dość szybko powstały gry takie jak Metal Gear Solid Delta: Snake Eater czy Halo: Campaign Evolved. W przypadku pierwszej z tych produkcji mówimy wyłącznie o nowej oprawie graficznej. Konami wykorzystało ścieżki głosowe aktorów zapisane z czasów prac nad oryginalnym Metal Gear Solid 3: Snake Eater (2005, PlayStation 2) i wgrało do nowej wersji. Gra wyszła całkiem dobrze, więc nie napiszę tutaj o perfidnym skoku kasę, lecz w świetle modelu rozgrywki dało się zrobić o wiele więcej. Trochę inaczej wygląda kwestia "nowego" Halo. Model strzelania w serii jest na tyle uniwersalny, że wciąż gra się w to bardzo dobrze. Plusem tej produkcji jest zbudowanie narracji od podstaw, bez użycia materiałów archiwalnych jak w przypadku odświeżonego Snake Eater'a.
Przerzućmy tę narrację o kilka lat wcześniej i przenieśmy się do czasu, gdy światem elektronicznej rozrywki rządziło Sony ze swoim PlayStation 5 (bo teraz już niekoniecznie tak jest). W 2022 roku studio Naughty Dog ujawniło światu prace nad The Last of Us: Part 1, czyli historii przeprawy Joela i Ellie przez post-apokaliptyczny krajobraz Stanów Zjednoczonych. Tytuł stworzono w oparciu o technologię zasilającą drugą część serii, lecz sama narracja (z jedną niewielką różnicą) pozostała nietknięta. Grę wchłonąłem z przyjemnością, bo została należycie odtworzona i dopracowana technicznie. Nawet dzisiaj prezentuje świetny poziom (polecam sprawdzić jakość na PlayStation 5 Pro) i warto w nią zagrać, choć nie jest w żaden sposób remake'iem naginającym zasady oryginału, co czasem się przydaje (Final Fantasy VII Remake zrezygnowało z turowego systemu walki na rzecz zręcznościowych, efektownych starć). Grą nietkniętą koncepcyjnie było również Demon's Sould (2020, Bluepoint Games). Aktualna generacja rozpoczęła się od remake'u, więc nie dziwi mnie, że pod sześciu latach mamy ich całą nawałnicę. W ten trend brnie również Nintendo, choć firma hydraulika już w czasach SNESa serwowała ulepszone graficzne klasyki (m.in. Super Mario Bros. doczekało się odświeżenia jako część pakietu Super Mario All-Stars).
Okaryna Czasu cofa się w czasie

Patrzę dzisiaj na nową, ulepszoną wersję The Legend of Zelda: Ocarina of Time i zastanawiam się czy po świetnych Breath of the Wild i Tears of Kingdom w Nintendo doszło do stagnacji pomysłów. Nie chce mi się wierzyć w taki obrót spraw dopóki nad rozwojem marki czuwa Eiji Aonuma. Sam pracował nad serią w czasach klasycznej Okaryny z konsoli Nintendo 64. To wiekopomny tytuł umieszczany na szczytach list gier wszechczasów według licznych redakcji gamingowych. Trudno odmówić tej grze wkładu w rozwój serii. Jednak, nie opuszcza mnie poczucie pójścia na łatwiznę ze strony Nintendo. Firma często bierze na tapet klasyczne produkcje i dostarcza je w nowej, ulepszonej wersji.
Tym razem jednak chodzi o serię, która w ostatnich latach wyznaczyła nowe standardy w projektowaniu otwartych światów. W The Legend of Zelda: Breath of the Wild grywam namiętnie do dzisiaj i powrót do czasów, gdy biegałem maluczkim Linkiem po wiosce Kokiri, której układ znam na pamięć, niespecjalnie mi leży. W dodatku twórcy nie silą się na przebudowanie mechanik - sam system walki w niczym nie odbiega od edycji bazowej. Oprawa graficzna, choć prezentuje się bez zarzutów niespecjalnie różni się od tego, co przed laty przygotowywali fani The Legend of Zelda: Ocarina of Time. Nintendo Switch 2 ma już ponad rok a ja wciąż nie doczekałem się zapowiedzi nowej Zeldy, która rozmachem i pomysłowością dorówna wielkim poprzednikom. Sam powrót do czasów, gdy marka przeszła w trzeci wymiar to dla mnie za mało. Ale jak widać, będzie to musiało wystarczyć na kolejne lata. Dajcie znać, co sądzicie o współczesnym podejściu do wypluwania kolejnych remak'ów i czy ten trend utrzyma się w kolejnej generacji konsol?
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych