Śmieszy czy wciąż straszy? Kultowy horror ery VHS skończył 40 lat
W połowie sierpnia minęło dokładnie czterdzieści lat od premiery „Muchy” Davida Cronenberga. Jednego z najpopularniejszych horrorów lat 80. i zarazem czołowego przedstawiciela podgatunku body horroru. Remake całkiem udanej produkcji z 1958 roku do dziś wzbudza gwałtowne reakcje, choć współczesny odbiór często różni się od tego z czasów premiery.
Autora literackiej podstawy obu “Much”, George’a Langelaana bez wielkiej przesady można nazwać człowiekiem o wielu twarzach. Urodzony w 1908 roku Paryżanin był bowiem w trakcie II. wojny światowej cenionym szpiegiem o pseudonimie “Langdon”, służąc w stopniu porucznika. W swej biografii “Maski wojny” wyznał, że jeszcze przed rozpoczęciem akcji we Francji, gdzie miał nawiązać kontakt z francuskim ruchem oporu i prowadzić działalność konspiracyjną, poddał się operacji plastycznej, polegającej na zmniejszeniu płatków uszu i przypięciu ich, a także znacznemu powiększeniu brody za pomocą przeszczepu kości pobranej z jego uda. Ów głęboki kamuflaż nie zapewnił mu jednak pełnego bezpieczeństwa. Choć bowiem nikt nie rozpoznał go po twarzy, został zidentyfikowany na podstawie głosu podczas rozmowy telefonicznej. W 1941 roku został aresztowany przez Niemców, którzy ostatecznie skazali go na śmierć. Szczęśliwie udało mu się jednak zbiec z więzienia.
Niesamowite wojenne doświadczenia niewątpliwie wpłynęły na jego powojenną twórczość, czego szczególnym przykładem jest opowiadanie „Mucha”, opublikowane w 1957 roku na łamach amerykańskiego „Playboya”. Wielu dopatrywało się w nim również wpływu niezwykłego przyjaciela Langelaana, którym był sam Aleister Crowley. Łączyło ich nie tylko zamiłowanie do szachów, sięgające jeszcze lat 30. XX wieku, lecz także wspólna służba wojskowa. Stosunkowo krótkie dzieło okazało się intrygującym połączeniem kryminału, horroru i science fiction. Opowiadało o naukowcu eksperymentującym ze stworzoną przez siebie maszyną do teleportacji, za sprawą której — jak wszyscy dobrze wiemy — dochodzi do przypadkowego połączenia organizmów człowieka i muchy, prowadzącego do powstania upiornego monstrum.
Opowiadaniem Langelaana filmowcy zainteresowali się już w końcówce lat 50., kiedy natknął się na nie Kurt Neumann. Reżyser i producent, mający już za sobą realizację kilku typowych dla tego okresu tanich filmów fantastycznych. Początkowo obraz miała wyprodukować skromna firma Regal Films, należąca do 20th Century Fox, ale w ostateczności zainteresowali się nim włodarze głównego studia, widząc w materiale literackim szansę na zrealizowanie efektownego, a przy tym wciąż taniego widowiska, które cieszyć się będzie sporym zainteresowaniem.
Co ciekawe nad scenariuszem ostatecznie pracował sam James Clavell, który w owym czasie nie był jeszcze cenionym pisarzem, autorem późniejszego “Shoguna” i “Króla szczurów”, lecz dopiero rozpoczynał pracę jako scenarzysta. Pomimo zaledwie 18 dni zdjęciowych i niezbyt wyrafinowanej charakteryzacji człowieka-muchy, granego przez Davida Hedisona, sprowadzającej się do nałożenia na jego głowę specjalnej gumowej konstrukcji, w której kluczowa okazała się charakterystyczna ruchoma trąbka, obsługiwana przez aktora przy pomocy drewnianego elementu trzymanego w ustach, film okazał się sporym sukcesem. Przy budżecie mniejszym niż 500 tysięcy dolarów zarobił ponad 3 miliony.
Na pomysł powrotu do tego materiału literackiego wpadł duet Kip Ohman - Charles Edward Pogue. Producent zlecił Pogue’owi adaptację opowiadania Langelaana na scenariusz nowego filmu, dzięki czemu scenarzysta zobaczył zresztą obraz w reżyserii Neumanna. Bardzo szybko zdecydował się w pełni zaangażować w ten projekt, zasięgając opinii innego producenta Stuarta Cornfelda, który zdołał do niego przekonać przedstawicieli 20th Century Fox. Gdy ci hojnie sypnęli groszem, Pogue zabrał się za pierwszy draft skryptu, który początkowo szedł w zgodzie duchem literackiego pierwowzoru, dopiero po pewnym czasie skupiając się na kwestii powolnej fizycznej przemiany głównego bohatera w monstrum, wymagającej rzecz jasna wyboru odpowiedniego reżysera.
Król body horroru
Na przełomie lat 70. i 80. XX wieku powstało kilka filmów, które pokazały, że na dużym ekranie jest miejsce na dojrzałe remake’i produkcji z klasycznego okresu Hollywood. Wystarczy tu wymienić „Inwazję porywaczy ciał” Philipa Kaufmana, „Coś” Johna Carpentera czy późniejszą „Plazmę” Chucka Russella. Scenariusz „Muchy” idealnie wpisywał się również w coraz popularniejszy nurt body horroru, który w owym czasie zyskiwał coraz większe znaczenie i wkrótce został mocno skojarzony z nazwiskiem Davida Cronenberga. Nie mogło zatem dziwić, że mający już na swoim koncie m.in. “Pomiot”, “Skanerów” i “Videodrome” Kanadyjczyk od początku znajdował się w orbicie zainteresowania producentów „Muchy”. Ci nie mogli jednak początkowo skorzystać z jego usług, ponieważ wszystko wskazywało na to, że reżyser wkrótce trafi na plan „Pamięci absolutnej”. Nieco z konieczności musieli więc postawić na innego twórcę.
W międzyczasie doszło jednak do istotnej zmiany na stanowisku producenta. Przedstawiciele 20th Century Fox coraz mocniej sprzeciwiali się wizji Pogue’a, w której widzowie mieli obserwować powolną przemianę bohatera w monstrum, uznając taki pomysł za trudny do sprzedania szerokiej publiczności. Pogue musiał więc szukać finansowania swojego projektu gdzie indziej, ostatecznie trafiając do Brooksfilms, studia należącego do Mela Brooksa. Sam założyciel był w owym czasie kojarzony nie tylko jako znakomity komik, lecz także współproducent cenionych filmów, na czele z „Człowiekiem słoniem” Davida Lyncha.
Nic więc dziwnego, że scenariusz Pogue’a tak bardzo przypadł Brooksowi do gustu. Nie mogąc liczyć na wspomnianego już Cronenberga, obaj skierowali wzrok w stronę wciąż młodego twórcy Roberta Biermana, który zaimponował im przede wszystkim niezwykle sprawnymi filmami krótkometrażowymi. Brytyjczyk zjawił się nawet w Los Angeles, by poznać Pogue’a, i uczestniczył we wczesnych etapach prac nad produkcją. Ostatecznie nie został jednak jej reżyserem z powodu rodzinnej tragedii.
W 1986 roku Bierman otrzymał tragiczną wiadomość, że jego młodsza córka, przebywająca wraz z rodziną w RPA, zginęła w wypadku na farmie. Z oczywistych względów prace nad filmem zostały wstrzymane na ponad miesiąc, a po tym czasie Mel Brooks i współpracujący z nim Stuart Cornfeld skontaktowali się z reżyserem w sprawie jego dalszego udziału w produkcji. Po kilku miesiącach przerwy Bierman ostatecznie jednak zdecydował się wycofać z projektu, a producenci zwolnili go ze wszystkich zobowiązań kontraktowych.
W międzyczasie agent Davida Cronenberga, Mike Marcus poinformował ich, że prace nad “Pamięcią absolutną” utknęły w martwym punkcie i jego klient jest wciąż zainteresowany pracą nad nową produkcją, pod warunkiem, że będzie mógł sam popracować nad scenariuszem. Brooks i Cornfeld dogadali się z Kanadyjczykiem, który szybko zabrał się za jego przerabianie, przyznając że po przeczytaniu pierwszych szesnastu stron dotychczasowego skryptu uznał go za okropny. Pomimo tej, wyjątkowo surowej, oceny Charles Edward Pogue nie miał żadnych problemów z udowodnieniem przed Gildią Scenarzystów swoich praw do materiału, zwłaszcza iż sam reżyser przekonywał, że bez jego wkładu film nie przybrałby ostatecznego kształtu.
Mucha? Nie, dziękuję!
Fakt, iż najnowsza produkcja 20th Century Fox na dobrą sprawę była po prostu remakiem horroru science fiction klasy B nie nastrajał pozytywnie aktorów, którymi zainteresowani byli producenci. Początkowo Brooks myślał o Johnie Malkovichu, który szybko mu odmówił, a propozycję zagrania Setha Brundle’a otrzymali również Richard Dreyfuss i John Lithgow, który uznał ów film za zbyt groteskowy. Sugestii Brooksa o angażu Pierce’a Brosnana nie zaakceptował sam Cronenberg, a do tej roli rozważano jeszcze Michaela Keatona, tuż przed jego przełomową rolą w “Soku z żuka”. Ostatecznie zdecydowano się na zatrudnienie wręcz idealnie pasującego do tej roli Jeffa Goldbluma.
Aktor nie był wówczas wielką gwiazdą, ale w odróżnieniu od poprzedników nie obawiał się wielogodzinnej pracy w charakteryzacji i protezach. Jego wybór okazał się jednak źródłem innego problemu. W Veronicę Quaife miała bowiem wcielić się Geena Davis, ówczesna partnerka Goldbluma. Stuart Cornfeld obawiał się, że obsadzenie ich razem może zostać odebrane jako nepotyzm i negatywnie wpłynąć na ich pracę na planie. Producent zmusił więc reżysera do spotkania z innymi kandydatkami. Ten obejrzał kilka aktorek, ale — jak później wspominał sam Cornfeld — żadna nie wypadła tak dobrze jak Davis. Ostatecznie przyznał więc Cronenbergowi rację.
Największym wyzwaniem produkcji okazała się jednak praca nad charakteryzacją Setha Brundle’a. Za efekty specjalne odpowiadał Chris Walas, który wraz z zespołem musiał pokazać przemianę bohatera w muchę jako długotrwały, biologiczny proces, a nie jednorazową metamorfozę. Cronenberg chciał, by widz obserwował kolejne etapy degradacji ciała – od pozornie niewinnych zmian po całkowitą utratę ludzkiej postaci. W pierwszej fazie charakteryzacja była stosunkowo subtelna: na twarzy Jeffa Goldbluma pojawiały się zmiany skóry, a później owłosienie i charakterystyczne przebarwienia. W kolejnych etapach stosowano coraz bardziej rozbudowane protezy. Aktor spędzał wiele godzin na fotelu charakteryzatorskim, a kolejne wersje jego bohatera wymagały nakładania skomplikowanych elementów wykonanych z lateksu i innych materiałów.
Szczególnie trudne było stworzenie „Brundlefly” – potwora, który miał zachować resztki ludzkiej anatomii. Walas nie chciał, aby był to po prostu człowiek w kostiumie muchy. Projektowano więc kolejne wersje stworzenia, stopniowo odbierając mu ludzkie cechy. Efektem było połączeniem charakteryzacji, mechanicznych protez, kukiełek i efektów optycznych. Jednym z najważniejszych założeń było pozostawienie Goldblumowi możliwości aktorskiej ekspresji. Nawet pod najbardziej skomplikowaną charakteryzacją jego mimika i ruchy miały pozostać czytelne. Dzięki temu przemiana Brundle’a działa nie tylko jako efekt specjalny, lecz przede wszystkim jako wizualny zapis utraty człowieczeństwa.
Śmieszy czy straszy?
Premierę filmu w połowie sierpnia 1986 roku poprzedziła starannie przygotowana kampania reklamowa. Sugerująca, że nie mamy w tym wypadku do czynienia ze skromną produkcją gatunkową, a raczej dużym i efektownym horrorem science fiction. Bardzo mocno wykorzystywała ona obrzydliwość przemiany Setha Brundle’a. Plakaty i zwiastuny z tego okresu wykorzystywały hasło: “Be afraid. Be very afraid”, a jednocześnie przedstawiciele Foxa nie pokazywali w materiałach promocyjnych wszystkich efektów specjalnych. Chodziło o to, by widzowie wiedzieli, że film jest ekstremalny, ale jednocześnie chcieli zobaczyć, jak właściwie wygląda końcowa postać Brundlefly. W ostateczności okazała się ona niezwykle skuteczna. Widzowie szli do kina przede wszystkim po to, aby zobaczyć słynną transformację. Sama fabuła nawiązywała zaś do prawdziwych lęków z tego okresu, za sprawą których zresztą ten podgatunek kina grozy stał się w owym czasie tak popularny.
Nieprzypadkowo bowiem szczyt popularności body horroru przypada właśnie na lata 80. XX wieku. W tym okresie można bowiem zauważyć znużenie klasyczną formułą horrorową, w której zagrożenie płynie z zewnątrz. Twórcy nowego nurtu odwracali tę zasadę, pokazując że największym "potworem" okazywało się własne ciało. Ważnym czynnikiem okazał się rzecz jasna rozwój technologiczny. W tej dekadzie charakteryzacja, animatronika, lalki, mechaniczne efekty specjalne i optyka osiągnęły poziom pozwalający pokazać obrzydliwe szczegóły w sposób niezwykle przekonujący. Wystarczy porównać “Muchę” Neumanna z wersją Cronenberga. W pierwszym filmie człowiek stosunkowo szybko otrzymuje głowę muchy. W 1986 roku możemy obserwować miesiącami postępującą degenerację organizmu – wypadające zęby, zmiany skóry, deformacje, utratę kończyn i ostateczną transformację.
Obraz z dnia na dzień rozpadającego się na oczach widzów Setha Brundle’a musiał przywołać skojarzenia z epidemią wirusa HIV, której apogeum przypadło właśnie na połowę lat 80. XX wieku. Sam Cronenberg mówił jednak w wywiadach, że odczytanie jego filmu w ten sposób mocno go zdziwiło, a wręcz przestrzegał przed przed traktowaniem filmu jako prostej metafory AIDS, traktując swoje dzieło raczej jako generalną refleksję nad sytuacją, w której własne ciało - za sprawą poważnej choroby - stopniowo zaczyna nas zawodzić. Nieprzypadkowo czuć w nim również podejrzliwość wobec eksperymentów naukowych, które w czasie gwałtownego rozwoju biologii molekularnej, genetyki i biotechnologii stała się źródłem coraz większego lęku o to do czego ostatecznie może doprowadzić.
Ówczesne lęki ciekawie kontrastują z dzisiejszym odbiorem filmu, który ze względu na zastosowanie mocno archaicznych — z dzisiejszej perspektywy — środków wyrazu bywa przez współczesnych widzów odbierany po prostu jako śmieszny. Sam kilka lat temu, oglądając film Cronenberga na dużym ekranie podczas gdyńskiego festiwalu Octopus, byłem mocno zaskoczony salwami śmiechu, którymi publiczność kwitowała niektóre sceny. Dotyczyło to nie tylko sekwencji pokazujących stopniową przemianę Brundle’a, lecz także jego wcześniejszego zachowania. Oczywiście trudno oczekiwać, by film z lat 80., mocno zakorzeniony w ówczesnych lękach, działał w identyczny sposób na współczesną widownię. Co ciekawe, można w nim jednak znaleźć zaskakująco aktualne tropy. „Mucha” z dzisiejszej perspektywy opowiada bowiem o straszliwych skutkach pracy w home office: połączeniu osobistych frustracji, izolacji i zbyt dużej ilości alkoholu, które w sytuacji zatarcia granicy między życiem zawodowym a prywatnym prowadzi do tragedii. David Cronenberg po raz kolejny okazuje się więc twórcą, który nie tylko trafnie diagnozuje własną epokę, ale potrafi również wyprzedzić ją o całe dekady.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych