Prawdopodobnie najlepsze anime w historii. Fani czekali całe lata

Prawdopodobnie najlepsze anime w historii. Fani czekali całe lata

Jan Piekutowski | Dzisiaj, 17:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Nigdy nie byłem fanem ani mang, ani anime. W tych produkcjach zawsze znajdowało się coś, co mnie odstraszało. Ekspresja japońskich aktorów głosowych, bezmyślne epatowanie nagością, rozwleczenie na kilkanaście sezonów i kilkaset odcinków lub urwanie w połowie zdania. A później trafiłem na “Atak tytanów”.

Dostępność do tego tytułu w Polsce to żart. Anime, razem z dodatkami, znajduje się wprawdzie w ofercie wciąż mało popularnego Crunchyroll, ale do świata nie da się łatwo wejść. Na platformie brakuje pierwszego sezonu, tak po prostu, co najpewniej wynika ze względów licencyjnych, wszak proces powstawania “Ataku tytanów” był wieloletni, złożony, za produkcję odpowiadały dwa studia. Pierwszy sezon, bez którego nie ma nawet sensu podchodzić do tego tytułu, trzeba więc odnaleźć na własną rękę. Trzeba, bo to dzieło kultury w pełnym znaczeniu tego zwrotu. Coś, z czym po prostu warto się zapoznać.

Dalsza część tekstu pod wideo

Mnie “Atak tytanów” przede wszystkim otworzył oczy na anime, paradoksalnie również dlatego, że nie jest sztandarowym przykładem swojego gatunku. Ta seria, zaczęta jeszcze w 2013 roku i ukazująca się z długimi przerwami aż do 2023, skłoniła do bardziej przychylnego spojrzenia na anime. Zarazem w moim przekonaniu pozostaje najlepszym, co ma do zaoferowania.

Nie chcę wchodzić w spoilery. Ta historia ma tyle spektakularnych zwrotów akcji, że naprawdę szkoda by było, gdybyście dowiedzieli się o nich z tego miejsca. Spróbuję więc w inny sposób przekonać do dania szansy “Atakowi tytanów”, czy właściwie “Shingeki no Kyojin”. Hajime Isayama, twórca anime, oraz studia Wit i MAPPA zwyczajnie na to zasługują.

Fabuła

Screeen 1
resize icon

“Atak tytanów” rozpoczyna się od trzęsienia ziemi i to niemal dosłownego. Anime nie bawi się z widzami, od razu wrzuca ich w świat okrutny, bezwzględny. Jeśli ktoś myślał, że bohaterowie będą chronieni płaszczem fabularnym, grubo się mylił. Na starcie ginie matka głównego bohatera Erena Jaegera, sam chłopiec i jego przyjaciele cudem uchodzą z życiem. Kolejne odcinki wcale nie odpuszczają, monstrualne tytany sieją zniszczenie wśród ludności cywilnej, dochodzi do zakłady kilkuset tysięcy osób. Spory teren za Marią - jednego z trzech murów chroniących ludzkość - zostaje zajęty przez tytanów. Eren, Mikasa Ackermann oraz Armin Arlelt postanawiają dołączyć do zwiadowców, wyspecjalizowanej grupy zdolnej do zabijania tytanów. Rozpoczyna się walka o przetrwanie ludzkości, a dla Erena o zemstę.

To krótki zarys tego, co czeka na samym początku “Ataku tytanów”, później jest… tylko lepiej. Seria nieprzypadkowo cieszy się opinią jednej z nielicznych, które zyskują w kolejnych sezonach. Początek stanowi bardzo mocne wprowadzenie, nie boi się wyprowadzić ciosów. Kolejne wchodzą jednak na zupełnie inny poziom zniuansowania, światotwórstwa, a przede wszystkim zaskakiwania. Siłą “Ataku tytanów” niewątpliwie są konstrukcje bohaterów. Charakterologicznie różni, ale bez bohaterów napisanych płasko, palcem po wodzie. Nikt też nie sili się na nagość, to naprawdę jedno z nielicznych anime, w których uniknięto przedmiotowej seksualizacji kobiet! Jeśli zaś chodzi o dialogi, to ich kunszt najlepiej oddają początkowo niepozorne rozmowy, które odkrywają prawdę szokującą i zmieniającą postrzeganie rzeczywistości przedstawionej. Dawni przyjaciele w mgnieniu oka zmieniają strony, twisty fabularne wydają się tak poważne, że aż przerysowane. Później jednak “Atak tytanów” wszystko tłumaczy. Nie pozostawia nas z wieloma pytaniami dotyczącymi motywacji, zachowań, wydarzeń, bo scenariuszowi trudno odmówić logiki. Jednocześnie “Atak tytanów” skłania do refleksji bardziej niż wiele tekstów kultury wyniesionych na piedestał.

Zwięzłość

Screen 2
resize icon

Anime nierozerwalnie kojarzy mi się z seriami, które ciągną się bez końca. Spójrzmy tylko na świetne przecież “One Piece”. Toei Animation robi serial od 1999 roku i skończyć nie może, bo sama manga jeszcze nie dobiła do końca. W efekcie odcinków wyszło ponad 1000. W tym momencie do świata animowanego “One Piece” nie da się wejść, uwagę trzeba raczej skierować na udaną skądinąd wersję aktorską na Netflixie. Z podobnym problemem zmagają się “Detektyw Conan”, “Doraemon”, “Naruto” i “Bleach”. W najlepszym przypadku to ponad 300 odcinków, w najgorszym… 1200, a liczba rośnie, bo “Detektyw Conan”, podobnie jak “One Piece”, jeszcze się nie zakończył.

Po drugiej stronie znajduje się “Berserk”. O nowym anime nie będę mówił, to rzecz kompletnie nie warta uwagi. Co innego z oryginalną serią z 1997 roku. Składa się z 25 odcinków, stoi na bardzo wysokim poziomie, dobrze adaptuje w moim przekonaniu najlepszy łuk fabularny z mangi. A na koniec zostawia widza z poczuciem pożerającego od środka niedosytu. Końcówka “Berserka” to rzecz tak szokująca, że aż domaga się odkrycia kolejnych kart. Tego jednak w anime nie dostaliśmy. Gdyby “Atak tytanów” skończył się w połowie zdania, też wszyscy byliby zawiedzeni.

Z “Shingeki no Kyojin” jest na szczęście inaczej. I manga, i anime postawiły swoje kropki. Seria Isayamy liczy 34 tomy, serial podzielono na cztery sezony, które łącznie dają 87 odcinków. Dla bardzo wytrwałych i zaangażowanych da się z tym uwinąć w dwa, może trzy tygodnie. Sprzyja temu definitywne zakończenie serii, nie otrzymamy nagle kolejnego odcinka. Nie musimy też już męczyć się z czekaniem, w przeciwieństwie do tych, którzy wyruszyli w tę podróż od samego początku. Jeśli ktoś wkręcił się w “Atak tytanów” jako osiemnastolatek, finał mógł oglądać jako głowa rodziny. Anime bezwzględnie przetestowało cierpliwość odbiorców - dwa pierwsze sezony dzieliły cztery lata, sezon ostatni ukazywał się przez… trzy lata. Z tego też względu długo biernie patrzyłem na “Atak…”, wiedziałem, że zwariowałbym przy tym tempie produkcyjnym. Przyznaję, przyszedłem na gotowe. I dobrze zrobiłem.

Jakość

Screeen3
resize icon

Z obranej perspektywy łatwiej zrozumieć mi tak nieprzyzwoity proces produkcyjny. Gdybym miał czekać latami, podejście z pewnością byłoby inne. Teraz jednak widzę, że “Shingeki no Kyojin” potrzebowało czasu nie tylko ze względu na drobne kłopoty i przekazanie MAPPIE ostatniego sezonu, ale też pieczołowitość, z jaką zostało przygotowane. Trudno na coś narzekać.

Walki z tytanami, transformacje w tytanów, akrobacje powietrzne zwiadowców i unikalne projekty postaci robią wrażenie. Animacja jest dynamiczna, ale akcja pozostaje czytelna. Na ekranie często dzieje się bardzo dużo, lecz nie mamy problemu z odnalezieniem się. W sezonie czwartym anime wchodzi na swoje wyżyny, bo MAPPA najpierw dość drastycznie zmienia styl (kompletnie zmienia się też fabuła, przynajmniej na początku), a później radzi sobie tak sprawnie, że zostawia widza z przekonaniem o słuszności podjętej decyzji. Wszystko zaś wzbogaca kapitalna ścieżka dźwiękowa autorstwa  

Hiroyuki Sawano oraz Kohty Yamamoto. Utwór otwierający stał się wręcz kultowy, nie bez powodu organizowane są koncerty symfoniczne z melodiami stworzonymi przez Japończyków.

Dubbing

SDcreen4
resize icon

Na koniec rzecz może najbardziej trywialna ze wszystkich, ale dla mnie kluczowa. Nie mam wątpliwości, że “Atak tytanów” oceniłbym gorzej, gdybym oglądał go z oryginalnym dubbingiem. Po setkach odcinków anime dalej mam awersję do japońskiej ekspresji. Nie trafia do mnie, często irytuje. Nie potrafię tego przeskoczyć.

Z drugiej strony dubbing angielski, polski lub lektor często woła o pomstę do nieba. Polska ścieżka dźwiękowa jest na ten przykład naprawdę słaba, głos lektora często zlewa się z głosami postaci, brakuje też ekspresji. Angielska lokalizacja wygląda po stokroć lepiej. Bryce Papenbrook doskonale oddał Erena, na duże docenienie zasłużyli też Trina Nishimura (Mikasa), J. Michael Tatum (Erwin Smith) czy Bryn Apprill (Historia Reiss). 

Oglądajcie więc “Shingeki no Kyojin”, słuchajcie i zachwycajcie się; wierzę, że nie będziecie zawiedzeni. Tylko przez przypadek nie włączajcie filmu z 2015 roku. Zrobicie sobie nieodwracalną krzywdę. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: Opracowanie własne
Jan Piekutowski Strona autora
Popkulturę pochłania masowo, łapczywie. Od dziecka, od kiedy zakatował DVD z "Królewną Śnieżką". Nie ma serialu, którego nie obejrzy. Nie ma filmu, na który nie pójdzie do kina. Nie ma komiksu, którego nie przeczyta. We wszystkim stara się znaleźć jakiś pozytyw, bo przecież pewnego dnia smutek się skończy.
cropper