Latarnie (2026) - recenzja, opinia o serialu [HBO max]. Zielony detektyw
John Stewart od najmłodszych lat z podziwem i zazdrością patrzył na Hala Jordana, pierwszego człowieka na świecie, który otrzymał od Strażników Wszechświata pierścień i ładującą go zieloną energią latarnię. Lata później zostaje jego podopiecznym, a szkolenie zaprowadza ich do niewielkiej miejscowości Rushville w stanie Nebraska, gdzie już wkrótce zaczną umierać kolejne osoby.
Podobno, kiedy James Gunn zbierał pomysły na produkcje w swoim nowo budowanym świecie DC, Tom King, ceniony scenarzysta komiksowy, wypalił, że fajnie byłoby zrobić serial o Zielonych Latarniach, ale w klimacie "Detektywa" z Matthew McConaugheyem i Woodym Harrelsonem. Gunnowi nie drgnęła nawet powieka, po czym stwierdził, że to świetny pomysł, zapisał go na tablicy i tak oto, kilka lat po tym wydarzeniu, ma HBO max za moment ląduje pierwszy odcinek serialu "Latarnie", będącego tak jasną i oczywistą wersją "True detective", tyle że z magicznymi mocami i kosmitami, że bardziej już się chyba nie dało. Stołek shoerunnera zgarnął Chris Mundy, odpowiedzialny wcześniej za ostatni sezon wspomnianego serialu, który zaczął się bardzo mocno, po czym skończył... Tak jak się skończył. Nad scenariuszami, obok Toma Kinga, pracował natomiast Damon Lindelof, czyli współtwórca sukcesu "Lost. Zagubieni", serialu, który zaczął się bardzo mocno, po czym skończył... No, rozumiesz.
Nie będzie chyba wielce kontrowersyjne z mojej strony, kiedy napiszę, że trochę martwię się, czy twórcy dzisiejszego serialu dadzą radę dowieźć satysfakcjonujące zakończenie tej historii. W typowym dla dzisiejszych czasów stylu, HBO max udostępniło nam wszystkie odcinki... Prócz finałowego. I tak jak zdecydowanie jest w tej produkcji dużo dobrego - od ciekawie poprowadzonej intrygi, przez interesujące kreacje aktorskie, na regularnych zwrotach akcji kończąc - tak zastanawiam się, czy finalnie uda się wszystkie te napoczęte wątki i zadane pytania satysfakcjonująco spiąć w jedną całość. Przyznam, że przebiłem się przez te odcinki tylko raz i to w raczej szybkim tempie, więc może coś mi umknęło, ale mam wrażenie, że wciąż wisi nad nami kilka pytań, na które odpowiedzi możemy już nie usłyszeć - i mowa o pytaniach postawionych jeszcze w pierwszym odcinku. No ale nie ma co wróżyć z fusów. Porozmawiajmy o tym, co faktycznie udało nam się do tej pory obejrzeć!
Latarnie (2026) - recenzja, opinia o serialu [HBO max]. To nie jest kraj dla starych Latarni
Podoba mi się sposób, w jaki twórcy "Latarni" postanowili poprowadzić fabułę. Ponownie wzorując się na strukturze "Detektywa", oglądamy fabułę w kilku różnych okresach, dynamicznie przecinających się w krytycznych momentach. Zastanawiałem się, czy byłaby ona również ciekawa, gdyby opowiedzieć ją w kolejności chronologicznej i doszedłem do wniosku, że chyba nie, ale nie jest to coś, czym musimy się przejmować. Grunt, że dzięki tej decyzji, kolejne zwroty akcji działają i pobudzają ciekawość widza. Opowiadanie w taki, a nie inny sposób oznacza, że scenarzyści mogą bez trudu manipulować naszymi oczekiwaniami i opiniami. Przykład pierwszy z brzegu - młody John i jego bracia oglądają wywiad z Halem Jordanem (Kyle Chandler). Muszą jednak prędko wyłączać telewizor i stać na baczność, kiedy do domu wraca ich ojciec. Wyglądający na zdenerwowanego, John senior bierze młodego Johna na zewnątrz, kładzie mu jabłko na głowie, pyta młodego, czy ten się boi, po czym zestrzeliwuje jabłko z głowy syna rewolwerem. "Aha, czyli przemocowy świr", myśli sobie widz. Nic bardziej mylnego, ale o tym przekonamy się dopiero kilka odcinków później, ponieważ na ten moment my wiedzieć tylko tyle.
W podobny sposób poznajemy również relację Hala z już dorosłym Johnem (Aaron Pierre) - niejako od środka, z kolejnymi kartami tej złożonej znajomości odkrywanymi tylko wtedy, kiedy jesteśmy już na nie gotowi. A trzeba przyznać, że przyjaźń chłopaków jest głównym motorem napędowym całego serialu. Po latach bycia latarnią, Jordan stał się pozbawionym złudzeń, zapijaczonym egocentrykiem, co kłóci się z bardzo zadaniowym, zwykle stoickim Stewartem. Tak jak ma to zwykle miejsce w tego typu produkcjach, to jednak właśnie ta ich odmienność stanowić będzie klucz do rozwiązania całej sprawy - Hal ze swoim doświadczeniem i uporem potrafi wyciągnąć z podejrzanych więcej, niż przeciętny policjant, podczas gdy naturalny urok i przystępność Johna łatwiej rozwiązuje języki innym ludziom. Doskonała para nie do pary. A później nastaje koniec pierwszego odcinka...
Latarnie (2026) - recenzja, opinia o serialu [HBO max]. Zielona Latarnia i insygnia detektywa
Zdecydowanie widać, że za scenariusze i dialogi poszczególnych odcinków wzięli się znawcy kultury popularnej i jej żywi entuzjaści. Kolejne dialogi aż toną w odniesieniach do komiksów i innych dzieł popkultury. Część z nich jest bardziej oczywista, jak nabijanie się z Guya Gardnera (Nathan Fillion) na długo przed jego pojawieniem się na ekranie, a inne rozbawią tylko konkretne osoby. Ja osobiście byłem zachwycony faktem, że Hal używa "Harry'ego Pottera" do sprawdzenia, czy jego rozmówca jest człowiekiem czy kosmitą, a stojąca za lustrem weneckim pani szeryf Kerry (Kelly Macdonald) przewraca oczami, poirytowana jego dziecinnym zachowaniem. Co w tym śmiesznego? To, że Macdonald grała Helenę Ravenclaw w ostatnim filmie o młodym czarodzieju. I nikt nie wmówi mi, że był to jedynie czysty przypadek.
Biorąc pod uwagę, że twórcy "Latarni" chcą nam opowiedzieć brudną, (względnie) realistyczną, detektywistyczną historię, nie ma co liczyć na nadmiar efektów wizualnych. To przede wszystkim historia o ludziach i ich problemach, a dopiero później produkcja superbohaterska. Kiedy pierwszy raz widzimy, jak Hal używa mocy pierścienia, tworzy on nie broń, nie nowe życie, a... Banknot do szafy grającej. Później widzimy krótki lot, przypalanie papierosa i dopiero dużo później pierwsze zastosowania stricte "magiczne", supebohaterskie. Jasne, praktycznie od samego początku twórcy serialu oswajają nas z ideą pierścienia materializującego czyjąś wyobraźnię, ale musi minąć naprawdę sporo czasu zanim w końcu znajdziemy się na innej planecie, czy stoczymy z kimś porządną walkę. Ale spokojnie! Tego typu sceny zdecydowanie nadejdą w drugiej połowie sezonu, a już sam finał powinien rozgrywać się głównie w bardzo obco wyglądającym otoczeniu.
Nie wszystko jednak robi równie dobre wrażenie. Moim głównym problemem z serialem - poza tymi luźno wiszącymi wątkami, które wciąż pozostają lekką niewiadomą - jest jego antagonista, czy też może jeden z nich. Całkiem szybko okazuje się, że nasi bohaterowie szukają kogoś nie z tego świata (spokojnie, nie będę spoilerował, o kogo dokładnie chodzi) i tak jak samo śledztwo jest logiczne i daje nam po drodze kilka pełnych napięcia scen, tak sama tożsamość rzeczonego kosmity niemalże od samego początku wydawała mi się być bardzo oczywista i... Nie pomyliłem się. Wydaje mi się, że jest to całkiem spory grzech jak na serial o charakterze detektywistycznym, więc warto o nim wspomnieć. Prócz tego, "Latarnie" są jednak po prostu wciągającą, pełną postaci z krwi i kości produkcją, od której ciężko się oderwać. Mam nadzieję, że Chrisowi i ekipie uda się dowieźć mocny finał, a premierowy odcinek można będzie sprawdzić na HBO max już za trzy dni. Wstępnie polecam.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych