Xbox 360

Zachowanie leciwych gier to droga przez mękę. Cyfra stanowi ten mniejszy problem

gtxxor_OV | Dzisiaj, 16:27
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Zachowanie historii gier to argument, który podnosi wielu entuzjastów branży, walcząc o dostęp do fizycznych kopii. I faktycznie, płyta w szufladzie daje znacznie większą gwarancję długowieczności niż pliki na serwerze. W tle jednak pojawia się inny problem, być może nawet ważniejszy, a mianowicie sprzęt.

Poprzecierany NES, toporne szare kartridże, charakterystyczne 8-bitowe brzdąkanie. Retro można lubić, bądź nie, ale nie byłoby dzisiejszych gier wideo bez ich ponad 40-letniej historii. Historii, której utrzymanie możliwe jest dlatego, że dziesiątki entuzjastów na całym świecie trzymają po szufladach zarówno staromodny sprzęt, jak i dedykowane mu produkcje. Niestety wiele wskazuje, że ten łańcuch pielęgnacyjny nostalgii niebawem zostanie przerwany. Branża nieuchronnie mknie w stronę cyfryzacji, a raczej mało prawdopodobnym jest, by jakakolwiek korporacja z pietyzmem równym entuzjaście trzymała starocie na serwerach.

Dalsza część tekstu pod wideo

Pytanie, czy dystrybucja gier to jedyny problem, bo w mojej ocenie nie i nawet nie jest to największe z wyzwań. Większym, a jakby pomijanym póki co w debacie publicznej, zdaje się być sam sprzęt. Ten w ciągu ostatnich dwóch-trzech dekad, mimo ogromnego postępu w dziedzinie mocy obliczeniowej, zauważalnie stracił na jakości, a co za tym idzie na żywotności. Nie zawsze jest to winą producenta, często tylko kosztem postępu, ale podczas gdy ponad 40-letnie Nintendo dalej może bawić, mało prawdopodobne, by takiej historii doczekało się np. PS3.

Gry mogą być, tylko na czym w nie grać

Xbox 360 falcon
resize icon

Stare konsole to czołgi. Były technicznie dość prymitywne, ale dzięki temu niezawodne. Urządzenia pokroju NES-a czy Mega Drive nie mają ruchomych ani optycznych części, które z biegiem lat ulegają przepracowaniu. Ich procesory, wytwarzane w skali mikro-, a nie nanometrów, dzięki grubym ścieżkom również znacznie lepiej niż dzisiejsze układy potrafią oprzeć się próbie czasu. Do tego dochodzi statystycznie wyższa jakość tworzyw, z plastikami na czele. Dzisiaj to odmienny temat.

Nintendo Entertainment System serio jest nie do zajechania. Nawet jak właściciel nie błyśnie mądrością i schowa konsolę w wilgotnej piwnicy, to wystarczy usunąć śniedź ze slotu na kartridże i można bawić się na nowo. Tymczasem już PlayStation 1 z końcówki 1994 roku ma punkt newralgiczny, otóż laser, a z każdą kolejną generacją wyzwań jedynie przybywało. Szczerze powiedziawszy, będę bardzo zdziwiony, jeśli aktywnie eksploatowane „trójki” dożyją trzydziestki, a powodów jest kilka.

Konsole z generacji PS3/X360 należą do urządzeń generujących zauważalne ilości ciepła, a obecna w nich norma RoHS wymusza stosowanie podatnej na zmiany temperatur cyny bezołowiowej, która w pewnym momencie - od ciągłego nagrzewania i ochładzania - po prostu pęka. Mają też optyczne napędy, mechaniczne dyski, pasty termoprzewodzące. Słowem, komponenty, dla których zużycie stanowi naturalną cechę. A przedsmak mieliśmy już w latach ich świetności, gdy klienci masowo skarżyli się na czerwony pierścień czy żółtą diodę.

Nie wystarczy dbać

Dbając o konsolę poprzez jej regularne czyszczenie i konserwację, można oczywiście żywot sprzętu nieco wydłużyć, ale nawet najlepsze SPA nie usunie błędów konstrukcyjnych. Idąc za przykładem PlayStation 3, warto wiedzieć, że niektóre rewizje tej kultowej konsoli zostały wyposażone w nie najlepsze kondensatory NEC/Tokin, których żywotność w warunkach domowych oszacowano na 5000 godzin. Później tracą właściwości filtrujące, a konsola siłą rzeczy przestaje działać.

Pozornie 5000 godzin to kawał czasu, blisko 7 lat przy regularnej zabawie po 2 godziny dziennie. Na okres generacji powinno wystarczyć. My jednak mówimy nie o sprzęcie nabytym wczoraj, lecz egzemplarzach liczących nawet 20 lat. Tam słabowite kondensatory stanowią już bardzo realny problem, z którym poradzi sobie tylko wykwalifikowany elektronik.

PS3 płyta główna
resize icon

Bo tak, entuzjaści na całym świecie wymieniają wadliwe NEC/Tokiny na nowoczesne zamienniki. Tylko raz, że wymaga to świadomości problemu, a dwa – umiejętności z zakresu elektroniki, ewentualnie opłacenia specjalisty. Jest więc możliwe, ale skomplikowane, w dodatku pociąga za sobą wysokie koszty, które nie każdy maniak retro chce i może ponieść. Ostatecznie utrzymanie starych gier okazuje się hobby dla wybranych. Jeszcze zanim ktokolwiek pomyśli o odebraniu nośników i pełnej cyfryzacji.

Naturalnie PS3 i NEC/Tokiny to nie jest jedyny przykład, raczej ledwie wierzchołek góry lodowej. Wadliwy układ chłodzenia pierwszych Xboksów 360, w którym radiator układu graficznego, upchany pod napędem, ma zbyt małą pojemność cieplną, to już temat powszechnie znany. Tak, jak brak stabilizatorów w napędach, które usunięto, by ograniczyć koszty. A w zamian skazano miliony graczy na porysowane płyty.

Misja dla zaangażowanych (i bogatych)

Oczywiście wokół przedłużania żywota leciwych konsol tworzą się całe społeczności. Są nawet tacy, którzy w pierwszych, grzejących się rewizjach PS3 wymieniają 90-nanometrowe układy graficzne na ich odchudzone warianty z super slimów. Tym bardziej jednak wchodzimy na grunt rosnących kosztów, specjalistycznej wiedzy i działań, które dalece wykraczają poza definicję bycia typowym entuzjastą gier wideo.

Z tej perspektywy na kilka ciepłych słów zasługuje Microsoft, który swoje za uszami wprawdzie ma, ale chociaż stara się zachować odrobinę historii dzięki programowi Wstecznej Kompatybilności. Sony dawno temu temat porzuciło. Nie wspominając już o dziesiątkach firm, które przez lata wpisały się w gamingową historię, a dzisiaj albo w ogóle nie istnieją, albo totalnie zapomniały o swych sprzętowych departamentach. Na koniec dnia zostają chyba tylko dumpy gier i emulacja.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: własne
gtxxor_OV Strona autora
cropper