Ten film z 1996 roku wypożyczałem na okrągło. I do dziś mi się nie nudzi
Wszyscy oglądaliśmy kiedyś takie filmy, które nie kończą się razem z napisami. Zostają gdzieś z tyłu głowy, wracają przy byle okazji i po latach potrafią odpalić w człowieku bardzo konkretny obraz - półkę w wypożyczalni, znajomą okładkę, to krótkie zawahanie, po którym i tak wiadomo, co zaraz wyląduje pod pachą. Dziś trudno to odtworzyć jeden do jednego, bo samo wypożyczanie filmów należy już raczej do innej epoki, ale właśnie dlatego podobne wspomnienia mają w sobie coś wyjątkowego.
I taki przypadek chciałbym Wam dziś przedstawić. Film z 1996 roku, który swego czasu wypożyczałem tak często, że niektóre dialogi potrafiłem recytować z pamięci. Wiele rzeczy z dzieciństwa wspomina się lepiej, niż wypadają przy ponownym spotkaniu, ale ten nadal bawi, nadal ma tempo i nadal przypomina mi, że pewne filmy po prostu się nie starzeją. A przynajmniej nie w taki sposób, w jaki bardzo chciałby tego czas.
Kosmiczny Mecz
Kosmiczny Mecz z 1996 roku to jeden z tych filmów, które bardzo mocno wyrastają z konkretnego momentu w popkulturze, a jednocześnie do dziś są natychmiast rozpoznawalne. Punkt wyjścia był zresztą prosty i zarazem wyjątkowo chwytliwy - połączyć świat Looney Tunes z największą gwiazdą koszykówki tamtych czasów, czyli Michaelem Jordanem, i zrobić z tego pełnoprawne familijne widowisko. Dziś podobne crossoverowe pomysły nikogo już szczególnie nie dziwią, ale wtedy sam koncept wrzucenia Królika Bugsa, Kaczora Daffy’ego i reszty zwariowanej ekipy do jednego filmu z Jordanem miał w sobie coś naprawdę świeżego.
Fabularnie całość opiera się na bardzo czytelnym schemacie. Grupa kosmicznych przybyszów chce przejąć Looney Tunes, więc bohaterowie wymuszają na nich nietypowy pojedynek - mecz koszykówki, od którego zależą ich dalsze losy. Problem polega oczywiście na tym, że przeciwnicy kradną talent największym gwiazdom NBA i nagle z pozornie zabawnego starcia robi się coś znacznie trudniejszego.
Ważne jest też to, jak Kosmiczny Mecz został zrobiony. To film z epoki, w której hybryda aktorów i animacji nadal miała w sobie aurę czegoś specjalnego, bo nie była jeszcze codziennym widokiem. Michael Jordan funkcjonował tu jako centralna postać całego widowiska, ale równie istotne były same Looney Tunes, które nie zostały zepchnięte do roli ozdobników. Każdy z tych bohaterów zachował własny charakter, własny rytm i własne miejsce w tej historii. Dzięki temu film nie wyglądał jak sportowy produkt z doklejoną animacją.
Magia Jordana i kreskówek
A dlaczego tak dobrze mi się to oglądało? Bo Kosmiczny Mecz od początku wiedział, czym chce być. Nie próbował udawać kina większego, mądrzejszego czy bardziej wzniosłego, niż był w rzeczywistości. Dawał prostą, bardzo czytelną rozrywkę, ale robił to z takim wyczuciem tempa i takim urokiem, że człowiek po prostu kupował ten świat bez większego oporu. Był tu humor, był ruch, były wyraziste postacie i to przyjemne poczucie, że film ani przez chwilę nie stoi w miejscu.
Ogromną robotę robiło też samo połączenie Jordana z Looney Tunes. Na papierze to brzmi jak pomysł lekko absurdalny, ale właśnie w tym tkwił jego cały urok. Michael Jordan wnosił do filmu swoją aurę legendy, a kreskówkowa ekipa dorzucała energię, przesadę i ten rodzaj chaosu, którego nie da się pomylić z niczym innym.
Po latach najbardziej zaskakuje mnie jednak to, że ten film nadal ogląda się tak gładko. Bardzo wiele rzeczy z tamtej epoki działa dziś głównie jako ciekawostka albo sentymentalny eksponat z wypożyczalni VHS. Kosmiczny Mecz ma w sobie coś więcej. Nadal ma rytm, nadal ma sceny, które pamięta się bez wysiłku, nadal ma ten specyficzny luz, dzięki któremu nie czuje się przy nim zmęczenia.
To nadal bardzo sprawne, bardzo wdzięczne widowisko, które nie potrzebuje wielkich zwrotów akcji ani emocjonalnej przesady, żeby dawać frajdę. Wkładasz ten film do odtwarzacza, siadasz i po chwili znowu wszystko wskakuje na swoje miejsce. A to jednak jest cecha tych tytułów, które naprawdę się nie nudzą.
Konkluzja
Najlepiej o Kosmicznym Meczu świadczy chyba to, że po latach wcale nie ogląda się go jak zakurzonej pamiątki z dzieciństwa. Nie ma tu tego typowego zgrzytu, kiedy wspomnienie okazuje się ładniejsze od samego filmu. Zamiast tego wraca dokładnie to, co wracać powinno - lekkość, tempo, ten bezczelnie prosty, ale piekielnie skuteczny pomysł, by wrzucić Michaela Jordana do świata Looney Tunes i zrobić z tego widowisko, które ani przez chwilę nie udaje czegoś bardziej „ważnego”, niż jest w rzeczywistości.
W gruncie rzeczy to jeden z tych filmów, które bronią się najuczciwiej ze wszystkich - czystą przyjemnością oglądania. Bez konieczności dopisywania im wielkości po latach, bez ratowania ich samym sentymentem, bez tłumaczenia, że „trzeba patrzeć przez pryzmat epoki”. Kosmiczny Mecz nadal ma w sobie energię, której wiele nowszych familijnych hitów mogłoby mu zwyczajnie pozazdrościć. I chyba dlatego tak łatwo zrozumieć, czemu kiedyś wypożyczałem się go na okrągło.
Przeczytaj również
Komentarze (8)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych