Naughty Dog - kiedyś pionier PlayStation, dziś król remasterów i remake’ów
Naughty Dog od dekad zajmuje szczególne miejsce w sercach graczy i strukturach Sony. To studio, które zawsze kojarzyło się z przesuwaniem granic - technicznych, narracyjnych i emocjonalnych. Niczym Rockstar Games, ale jego odpowiednik z PlayStation.
Każda ich nowa gra była wydarzeniem, które redefiniowało standardy branży, czyniąc z PlayStation platformę, na której po prostu „trzeba być”. Jednak patrząc na obecny krajobraz 2026 roku, trudno oprzeć się wrażeniu, że ten niegdysiejszy pionier wpadł w pewną bezpieczną, acz nużącą pętlę odświeżania własnych sukcesów.
Początki tej wielkości sięgają ery PlayStation 3, kiedy to „Niegrzeczne Psiaki” porzuciły kolorowe platformówki na rzecz filmowej akcji. Trylogia Uncharted pokazała, że gry mogą konkurować z największymi hitami Hollywood, a finał tej generacji w postaci The Last of Us udowodnił, że potrafią one również opowiadać dojrzałe, bolesne i niezwykle ludzkie historie. Wtedy studio było na fali wznoszącej, a ich ambicja wydawała się nie mieć sufitu.
To właśnie era PlayStation 4 stała się prawdziwym magnum opus kalifornijskiego studia. To był czas, w którym Naughty Dog dostarczało nie tylko jakość, ale i ilość, o której dziś możemy tylko pomarzyć. Otrzymaliśmy perfekcyjne domknięcie losów Nathana Drake’a w Uncharted 4, błyskawiczne i potrzebne odświeżenie pierwszej części przygód Joela i Ellie w wersji Remastered, a na finał generacji - potężne, kontrowersyjne i technicznie oszałamiające The Last of Us Part II. Trzy niesamowite, wielkie historie na jedną generację konsol - to był standard, do którego nas przyzwyczajono.
To gdzie ten szałowy standard?
Dziś jednak, z perspektywy czasu, tamta płodność twórcza wydaje się odległym wspomnieniem. Obecna generacja PlayStation 5, choć technologicznie potężna, w wykonaniu Naughty Dog upływa pod znakiem „bezpiecznego powrotu do przeszłości”. Zamiast nowych światów, otrzymaliśmy remake pierwszej części The Last of Us, potem remaster „dwójki”, a w międzyczasie studio maczało palce przy odświeżeniu pakietu Uncharted: Legacy of Thieves Collection. Naughty Dog stało się niekoronowanym królem remasterów, co dla fanów czekających na nową iskrę jest diagnozą dość gorzką.
Ten trend „odgrzewania kotletów” stał się szczególnie widoczny w obliczu największej porażki wizerunkowej studia ostatnich lat - skasowania projektu Factions. Sieciowe wydanie The Last of Us, które miało być rewolucją w świecie gier usług, po latach prac trafiło do kosza. To wydarzenie zszokowało branżę i pokazało, że studio, które zawsze wiedziało, dokąd zmierza, tym razem zgubiło drogę w gąszczu ambicji i skomplikowanej produkcji gier typu live-service. Takich jak Concord, Marathon czy teraz Horizon Hunters Gauthing.
Skasowanie Frakcji wymusiło na deweloperach powrót do ich najsilniejszej strony: gier dla pojedynczego gracza. Ale cena tego powrotu jest wysoka - czas. Według najnowszych przecieków i planów, najbliżej premiery jest obecnie projekt o roboczym tytule Intergalactic. Ma to być nowa marka, osadzona w klimatach science-fiction, która ma szansę przywrócić studiu miano pionierów. Problem w tym, że po drodze do gwiazd, gracze musieli zadowolić się jedynie nowymi teksturami w grach, które przeszli już wielokrotnie.
Co po strzale w dziesiątkę, a więc Intergalactic?
A co z markami, które zbudowały potęgę studia? Plotki o powstawaniu Uncharted 5 oraz The Last of Us Part III krążą w sieci niemal co miesiąc, ale rzeczywistość jest bezlitosna: do premier tych tytułów jest jeszcze bardzo daleka droga. Produkcja gier o takiej skali zajmuje dziś sześć, siedem lat. Oznacza to, że jeśli prace nad trzecią częścią historii Ellie są w toku, to zagramy w nią prawdopodobnie dopiero po roku czy dwóch od premiery PS6 planowanej na 2027/2028.
Wielu graczy zadaje sobie pytanie: co poszło nie tak? Dlaczego studio, które na PS4 potrafiło wydać trzy wielkie projekty, na PS5 skupia się na polerowaniu starych diamentów? Odpowiedź jest złożona - koszty produkcji, ogromne zespoły i dążenie do fotorealizmu sprawiły, że Naughty Dog stało się więźniem własnej doskonałości. Każdy ich krok musi być perfekcyjny, a to zabija dawną elastyczność i odwagę do eksperymentowania, którą widzieliśmy za czasów Jaka i Daxtera.
Nie można oczywiście odmówić remasterom i remake’om Naughty Dog jakości. The Last of Us Part I na PS5 wygląda obłędnie, a dodatki w remasterze „dwójki” są ciekawe, ale czy to jest to, za co pokochaliśmy to studio? Pionier to ktoś, kto wyznacza nowe szlaki, a nie ktoś, kto dba o to, by stare drogi były gładkie i dobrze oświetlone. Dzisiejsze Naughty Dog bardziej przypomina kustosza muzeum własnej chwały niż odkrywcę nowych lądów.
Istnieje jednak nadzieja, że ten okres stagnacji i „remasterozy” jest tylko ciszą przed prawdziwą burzą. Wspomniane Intergalactic to dla studia być albo nie być w panteonie największych innowatorów. Jeśli ta nowa przygoda w kosmosie okaże się tak przełomowa jak niegdyś Uncharted, gracze wybaczą te lata czekania i dziesiątki ulepszonych edycji. Naughty Dog potrzebuje świeżego startu, by zrzucić z siebie łatkę studia, które boi się ruszyć naprzód bez sprawdzonych marek pod pachą.
Trudno też nie zauważyć, że studio padło ofiarą własnego sukcesu narracyjnego. The Last of Us Part II postawiło poprzeczkę tak wysoko, że napisanie godnej kontynuacji w postaci „trójki” jest zadaniem niemal niemożliwym do udźwignięcia w krótkim czasie. Neil Druckmann i jego zespół wiedzą, że nie mogą zawieść, więc wolą szlifować kod, zamiast ryzykować przedwczesny start. To zrozumiałe, ale bolesne dla kogoś, kto pamięta tempo pracy studia dekadę temu.
W przypadku Uncharted 5 sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Nathan Drake odszedł na zasłużoną emeryturę, a próba pociągnięcia serii bez niego to ogromne ryzyko. Choć Zaginione Dziedzictwo pokazało, że marka ma potencjał bez głównego bohatera, to jednak pełnoprawna piąta część musi zdefiniować serię na nowo. A na to potrzeba wizji, której nie da się wygenerować między jednym a drugim remasterem.
Niemniej - Naughty Dog, najwyższa pora wrócić do bycia pionierem. Branża potrzebuje Waszej odwagi, Waszego podejścia do emocji i Waszej technicznej magii w nowych światach. Remastery to świetny dodatek do portfolio, ale nie mogą one stać się jego esencją
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych