O GTA Online znów jest głośno. Rockstar od lat traktuje graczy jak bankomat, a teraz robi to coraz bezczelniej
W Los Santos od lat nie brakuje wybuchów, pościgów i spektakularnych napadów, które od zawsze były wizytówką serii. Prawdziwym powodem narastającej fali oburzenia nie są jednak wirtualne przestępstwa - są nimi wirtualne ceny.
Miliony graczy, którzy od ponad dekady spędzają wieczory na ulicach cyfrowego Los Angeles, coraz głośniej zadają jedno pytanie - czy Rockstar Games, zapraszając nas do tej piaskownicy bez granic, postanowił przy okazji zaserwować nam bezlitosny symulator kryzysu finansowego? Okazuje się, że to całkiem możliwe.
Wirtualna inflacja i astronomiczne kwoty za cyfrowe piksele
Kiedy GTA Online debiutowało w 2013 roku razem z Grand Theft Auto V, kilkadziesiąt tysięcy dolarów w grze wystarczyło, aby poczuć się królem Los Santos. Dziś to prehistoria. Aktualizacje z ostatnich lat wywindowały ceny nowych pojazdów, nieruchomości i baz operacyjnych do poziomów, które budzą szczery podziw - i równie szczere oburzenie. Agencja detektywistyczna niezbędna do pewnych misji? Od 2 do 4 milionów dolarów. Podwodna baza Kosatka, bez której nie ma dostępu do jednego z najbardziej opłacalnych napadów w historii gry? Bulisz około 3 milionów. Latający motocykl Oppressor Mk II to najpopularniejsze narzędzie w rękach tzw. grieferów? Prawie 8 milionów. Poza tym ceny z dnia na dzień są coraz wyższe. Fora internetowe, na czele z Redditem, płoną od wyliczeń, bo aby zebrać wszystko, co gra oferuje w aktualnym stanie, trzeba zainwestować dziesiątki milionów wirtualnych dolarów. A te nie biorą się z powietrza, jak można by przypuszczać.
Rockstar wyjście z tej sytuacji widzi jedno, czyli słynne Shark Cardy, które pełnią funkcję pakietów gotówki kupowanych za prawdziwe pieniądze. Ceny są następujące: Tiger Shark to GTA$250 tysięcy za 5 dolców, natomiast na szczycie stoi Megalodon Shark Card - GTA$10 milionów za blisko 100 dolarów. Brzmi jak dużo? Nawet 100 dolarów wydane na Megalodon Shark Card może nie wystarczyć na dwa większe zakupy, biorąc pod uwagę aktualną inflację cen w grze. Społeczność słusznie i głośno zauważa, że to, co miało być przyjemną formą wieczornego relaksu, stało się wyczerpującym obowiązkiem. Gracze mają więc wybór - albo setki godzin monotonnego grindu, albo wyciąganie prawdziwej karty kredytowej.
Czy ten luksus w ogóle ma sens?
Rozgoryczenie weteranów serii jest tym większe, gdy przyjrzymy się sprawie od strony czysto praktycznej. Ceny nowych dodatków w GTA Online wahają się między 3 a 6 milionami dolarów, co zmusza graczy do wielogodzinnego, żmudnego powtarzania tych samych czynności. Najbardziej dochodowy napad w grze - Cayo Perico - przy optymalnym wykonaniu przynosi co najwyżej 4,5 miliona. Na papierze wygląda znośnie. W praktyce oznacza to godziny identycznych sekwencji, powtarzanych w kółko jak praca na akord, i to zanim kupimy choćby jeden pojazd z wyższej półki.
Na początku istnienia GTA Online proste misje, wyścigi i potyczki przynosiły kilkadziesiąt tysięcy dolarów - wystarczająco dużo, aby regularnie pozwolić sobie na zakup nowego samochodu. Dziś te same nagrody są praktycznie bezwartościowe wobec rosnących cen. Rockstar próbuje łagodzić krytykę abonamentem GTA+, który w zamian za comiesięczną opłatę oferuje garść bonusów i zniżek. Jednak łączenie płatnej subskrypcji z Shark Cardami, aby jakoś uzasadnić ich wartość, jest dla graczy jednym z najbardziej irytujących aspektów całego ekosystemu. Płacimy za pięknie wyglądające wille z widokiem na Ocean - tyle że nikt po tych podłogach nie chodzi, bo wszyscy są zbyt zajęci zarabianiem kolejnych milionów, żeby kupić następny must-have z kolejnej aktualizacji.
Chciwość twórców czy bezlitosne lustro branży?
Zjawiska tego nie da się oderwać od szerszego kontekstu tego, co dzieje się w całej branży. GTA Online istnieje od ponad jedenastu lat i wciąż jest jednym z najlepiej zarabiających produktów na rynku - nie dlatego, że Rockstar regularnie serwuje rewolucyjne doświadczenia, lecz dlatego, że z chirurgiczną precyzją projektuje ekonomię uzależnienia.
Shark Cardy promują element pay-to-win, a możliwość natychmiastowego zakupu latających pojazdów i najlepszego uzbrojenia daje realną przewagę nad graczami, którzy nie wydają prawdziwych pieniędzy. To nie przypadek ani niedopatrzenie - to strategia. Gry z serii GTA od zawsze słynęły jako krzywe zwierciadło kapitalizmu i ślepego konsumpcjonizmu. Tym razem Rockstar poszedł o krok za daleko, ponieważ stworzył produkt, w którym sam stał się ucieleśnieniem dokładnie tej korporacyjnej chciwości, którą przez lata z taką satysfakcją wyśmiewał w scenariuszach.
Podsumowanie
GTA Online to wciąż technologiczne arcydzieło - żywy, gęsty, nieprzewidywalny świat, obok którego trudno przejść obojętnie. Niestety, to lśniące opakowanie skrywa mechanizmy biznesowe, które każą coraz głośniej pytać o granicę między monetyzacją a wyzyskiem. Obecna sytuacja - celowo napędzana wirtualna inflacja, Shark Cardy wyceniane jak gry AAA i abonament dokładający cegiełkę do i tak wysokich kosztów - to nie jest zbieg okoliczności.
To model wypracowany przez lata, testowany na milionach lojalnych graczy. Największy paradoks polega na tym, że w grze, która zawsze pozwalała nam być panami własnego losu, staliśmy się zakładnikami ekonomii zaprojektowanej przez jej twórców. Złota klatka rzadko kiedy bywa wygodna, a ta z logo Rockstar kosztuje nas wszystkich zdecydowanie za dużo.
Przeczytaj również
Komentarze (8)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych