Czy nowy Rambo to na pewno dobra droga?

Czy nowy Rambo to na pewno dobra droga?

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30

Powroty wielkich marek niemal zawsze rozpalają wyobraźnię. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o bohatera, który przez lata urósł do rangi symbolu kina akcji i dla wielu widzów dawno przestał być wyłącznie postacią z ekranu. Rambo należy właśnie do tego grona. To nie tylko twardziel z nożem i opaską na czole, ale też kawał bardzo konkretnej filmowej epoki, którą dziś wspomina się z mieszanką sentymentu i fascynacji. I właśnie dlatego każda próba ponownego sięgnięcia po tę markę od razu prowokuje pytanie, czy faktycznie da się jeszcze wycisnąć z niej coś wartościowego…

Nie chodzi przy tym o prostą niechęć do odświeżania klasyków, bo kino już nieraz pokazywało, że powrót po latach potrafi mieć sens. Problem zaczyna się wtedy, gdy za wielkim tytułem nie idzie równie dobry pomysł. W przypadku Rambo to ryzyko wydaje się wyjątkowo duże, bo mówimy o marce mocno osadzonej w swoim czasie, konkretnym klimacie i bohaterze, którego nie da się tak po prostu przepisać na nowe realia bez utraty czegoś po drodze. A kiedy w grę wchodzi tak charakterystyczne nazwisko, warto zadać sobie jedno bardzo konkretne pytanie - czy nowy Rambo to rzeczywiście dobra droga?

Dalsza część tekstu pod wideo

Co wiemy? 

To, co dziś wiemy o nowym Rambo, brzmi dość jasno - nie będzie to kolejna późna kontynuacja z podstarzałym bohaterem, tylko prequel zatytułowany John Rambo, cofający się do czasów przed First Blood i pokazujący młodego Rambo jeszcze na etapie wojny w Wietnamie. Za kamerą stoi Jalmari Helander, czyli twórca Sisu, a scenariusz napisali Rory Haines i Sohrab Noshirvani. Już sam ten kierunek sporo mówi o intencjach twórców - zamiast odcinać kupony od znanego nazwiska, próbują wrócić do momentu, w którym ta legenda dopiero zaczynała się rodzić.

Jeszcze ciekawiej robi się przy obsadzie, bo nową twarzą Johna Rambo został Noah Centineo. To właśnie on ma wziąć na barki projekt, który dla wielu widzów będzie czymś więcej niż zwykłym akcyjniakiem. Obok niego pojawi się David Harbour jako major Trautman, a więc postać absolutnie kluczowa dla całego mitu Rambo. Do tego film ma już też konkretne zaplecze produkcyjne - zdjęcia ruszyły w styczniu w Bangkoku, a obsada została uzupełniona o kolejne nazwiska, więc to nie jest już mglista zapowiedź, tylko projekt, który naprawdę nabrał kształtu.

Najbardziej wymowne jest chyba jednak to, że ten nowy Rambo coraz wyraźniej przestaje być tylko branżową ciekawostką. W marcu do filmu jako producent wykonawczy dołączył Sylvester Stallone, co samo w sobie wygląda jak symboliczne przekazanie pałeczki, a według najnowszych relacji Noah Centineo potwierdził już na CinemaCon, że zdjęcia zostały zakończone. Innymi słowy - ten pociąg naprawdę ruszył i teraz najciekawsze pytanie nie brzmi już, czy film powstanie, ale czy twórcom uda się zrobić coś więcej niż sprawny origin story obudowany wielkim nazwiskiem. 

Czy to dobry pomysł?

Na papierze to może być całkiem sensowna droga. Twórcy nie próbują przecież po raz kolejny ciągnąć marki na sentymencie do Sylvestra Stallone’a, tylko cofają się do czasów młodego Johna Rambo i stawiają na prequel, w którym główną rolę gra ktoś inny. I to jasno pokazuje, że choć dalej będziemy w pewnym schemacie, to jednak wyjdziemy poza “bezpieczną bańkę”.

Problem w tym, że Rambo to marka dużo trudniejsza, niż może się wydawać ludziom patrzącym na nią wyłącznie przez pryzmat noża, muskułów i wojennej rozwałki. Pierwszy film nie był przecież zwykłą akcją, tylko historią o człowieku zniszczonym przez wojnę, zagubionym, wściekłym i zwyczajnie pękniętym. I przez to prequel brzmi jednocześnie obiecująco i niebezpiecznie. Obiecująco, bo pozwala zajrzeć do momentu, w którym ten mit dopiero się rodził. Niebezpiecznie, bo bardzo łatwo zamienić taką opowieść w prosty origin story, który wyjaśni za dużo.

Trochę nadziei daje jednak to, że projekt nie wygląda już dziś jak luźny pomysł rzucony na branżowym rynku. Zdjęcia ruszyły w styczniu w Bangkoku, film został już nakręcony, do obsady dołączył David Harbour jako Trautman, a Stallone wszedł do projektu jako producent wykonawczy. To nie gwarantuje jakości, ale pokazuje, że nie mówimy o marce reaktywowanej naprędce tylko dlatego, że ktoś przypomniał sobie znane nazwisko. Widać tu próbę zbudowania czegoś z konkretnym zapleczem. A to zazwyczaj dobrze wróży. 

Czy to więc dobra droga? Może być, ale wyłącznie pod jednym warunkiem - że twórcy naprawdę zrozumieją, iż Rambo nie potrzebuje dziś młodszej twarzy, tylko nowego sensu. Sam prequel nie załatwia sprawy, podobnie jak samo nazwisko w tytule nie gwarantuje emocji. Jeśli z tego filmu wyjdzie cięższa, bardziej gorzka opowieść o człowieku, który dopiero zmierza ku katastrofie, wtedy taki ruch może mieć sens. Jeśli jednak skończy się na kolejnym „tak narodziła się legenda”, nowy Rambo bardzo szybko udowodni, że nie każda ikona potrzebuje cofania zegara. A na pewno nie taka. 

Podsumowanie

Być może właśnie w tym tkwi cały problem z nowym Rambo - to projekt, który z jednej strony potrafi wzbudzić ciekawość, a z drugiej od razu uruchamia naturalny sceptycyzm. Trudno się temu dziwić, bo mówimy o marce, która dawno temu przestała być po prostu serią filmów akcji. To kawał kina z bardzo konkretnym ciężarem, klimatem i bohaterem, którego nie da się bezkarnie sprowadzić do kolejnej historii o narodzinach legendy. 

Na tym etapie trudno więc mówić o pełnym przekonaniu, ale równie trudno całkowicie taki ruch skreślać. W teorii da się z tego wyciągnąć coś interesującego, może nawet zaskakująco dobrego, tylko że Rambo to nie jest marka, która wybacza bylejakość. Potrzebna jest świadomość, czym ten bohater był dla widzów i dlaczego zapisał się w historii mocniej niż wielu innych ekranowych twardzieli. Jeśli twórcy to poczują, być może nowy Rambo okaże się czymś, co “reaktywuje” fenomen oryginału. 

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper