Polskie produkcje na Netflix. Wstyd czy powód do dumy?

Polskie produkcje na Netflix. Wstyd czy powód do dumy?

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 15:00

Jeszcze dekadę temu polskie kino rozrywkowe kojarzyło nam się głównie z komediami romantycznymi o powtarzalnej fabule, niezrozumiałymi dialogami i wszechogarniającą, jesienną szarością. Kiedy gigant streamingowy, Netflix, zaczął inwestować nad Wisłą, wielu z nas pukało się w czoło, wieszcząc spektakularne porażki i przepalanie budżetów.

Początki bywały rzeczywiście trudne, a niektóre pierwsze tytuły wywoływały raczej uśmiech politowania niż okrzyki zachwytu. Dziś jednak, w 2026 roku, po zapoznaniu się z twardymi danymi o oglądalności, sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Zamiast chować głowę w piasek, coraz częściej wypinamy pierś z dumą. Jak przeszliśmy wyboistą drogę od narodowego kompleksu do globalnych hitów i czy polskie logo na Netfliksie to wciąż powód do wstydu, czy już bezdyskusyjny powód do dumy?

Dalsza część tekstu pod wideo

Netflix / Polskie Seriale i Filmy
resize icon

Trudne początki i „kompleks Hollywood”

Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy na hasło „nowy polski serial” reagowaliśmy ciężkim westchnieniem i panicznym poszukiwaniem pilota, by czym prędzej uciec w bezpieczne objęcia amerykańskich produkcji? Przez lata żyliśmy w głębokim, pokoleniowym wręcz przekonaniu, że rodzima kinematografia cierpi na nieuleczalną chorobę zwaną „kompleksem Hollywood”. Kiedy Netflix ogłosił, że wchodzi do Polski z potężnym kapitałem i zamierza kręcić u nas swoje oryginalne produkcje, w internecie zawrzało. Z jednej strony czuliśmy zrozumiałą ekscytację, z drugiej - paraliżujący strach przed kompromitacją na międzynarodową skalę.

Pierwsze jaskółki, choć ambitne, rzadko czyniły wiosnę. Zdarzało się nam oglądać debiutanckie polskie seriale platformy z wypiekami na twarzy, ale nierzadko był to wyłącznie rumieniec wstydu. Narzekaliśmy niemal na wszystko - od nieco drewnianego aktorstwa, przez sztuczne, nafaszerowane wulgaryzmami dialogi, w których aktorzy brzmieli, jakby czytali z promptera, aż po naszą narodową zmorę, czyli tragiczną jakość udźwiękowienia. W sieci krążyły kąśliwe memy o tym, że polskie produkcje na Netfliksie z zasady trzeba oglądać z włączonymi napisami, bo inaczej nie da się zrozumieć ani słowa.

Produkcje te często cierpiały na grzech główny - brak autentyczności. Zamiast opowiadać o nas i naszych problemach, twórcy na siłę próbowali kopiować amerykańskie schematy z kina akcji czy sci-fi, osadzając je w tekturowych dekoracjach. Ocenialiśmy je przez wysoce pobłażliwy pryzmat, kwitując seans słowami: „no, całkiem niezłe… jak na polskie warunki”. Ten pobłażliwy ton był w istocie maskowanym wstydem. Byliśmy jak ubodzy krewni, którzy zostali wpuszczeni na wielki, światowy salon i bardzo nie chcieli, żeby gospodarz zauważył ich dziurawe skarpetki.

Netflix / Polskie Seriale i Filmy
resize icon

Słowiańska dusza podbija świat

Na całe szczęście ten bolesny okres dojrzewania i poszukiwania tożsamości mamy już zdecydowanie za sobą. Z biegiem czasu, z każdym kolejnym zrealizowanym projektem i z każdym milionem dolarów zainwestowanym nad Wisłą, polscy twórcy nabierali wiatru w żagle, a włodarze Netfliksa zrozumieli kluczową rzecz - globalny widz nie potrzebuje polskiej, tańszej podróbki „House of Cards” czy „Stranger Things”. Świat potrzebuje lokalnych, unikalnych historii, opowiedzianych z naszą wyrazistą, słowiańską wrażliwością. I to był strzał w sam środek tarczy!

Prawdziwy przełom nadszedł w momencie, w którym wreszcie przestaliśmy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Kiedy na ekrany weszła „Wielka Woda”, serial opowiadający o powodzi tysiąclecia z 1997 roku we Wrocławiu, nagle okazało się, że potrafimy tworzyć produkcje z ogromnym rozmachem, świetnymi efektami specjalnymi i niesamowitą głębią psychologiczną, które trzymają w napięciu widzów od Brazylii aż po Japonię. Nasze kompleksy wyparowały jednak ostatecznie w momencie, gdy w naszych domach zagościł Jan Paweł Adamczewski ze swoim olbrzymim sarmackim ego w genialnym serialu „1670”.

Wyśmiewanie naszych narodowych przywar, podane w świeżej formie błyskotliwego mockumentu, stało się potężnym fenomenem popkulturowym. Dodajmy do tego przepiękną, odświeżoną adaptację „Znachora”, która udowodniła, że potrafimy czerpać z klasyki z ogromnym szacunkiem, wyciskając łzy wzruszenia u milionów subskrybentów na całym świecie. Kryminały takie jak „Forst” czy mocny „Napad” pokazały z kolei, że polskie realia mogą być równie mrocznym, angażującym i fascynującym tłem dla zbrodni, co chłodne, skandynawskie fiordy. Nagle uświadomiliśmy sobie, że nasze lokalne brudy, nasze dawne historyczne traumy i nasze specyficzne, ironiczne poczucie humoru to towar eksportowy absolutnie najwyższej jakości. Zamiast dawnego wstydu, zaczęliśmy odczuwać w pełni autentyczną, szczerą dumę z faktu, że to nasze, polskie tytuły nieprzerwanie okupują globalne zestawienia TOP 10 w dziesiątkach krajów.

Netflix / Polskie Seriale i Filmy
resize icon

Złota era i polskie superprodukcje

Dziś, w 2026 roku, nie musimy już absolutnie niczego i nikomu udowadniać, a kalendarz premier Netfliksa pęka w szwach od polskich tytułów, na które z zapartym tchem czekają widzowie nie tylko w kraju, ale i za granicą. Znajdujemy się w samym środku prawdziwej, złotej ery rodzimych produkcji streamingowych. Twórcy idą za ciosem, serwując nam rzemiosło i sztukę na światowym poziomie. Po gigantycznym sukcesie mrocznego kryminału „Kolory zła: Czerwień”, platforma natychmiast poszła za ciosem i niebawem zaoferuje widzom „Kolory zła: Czerń” z doskonałym Jakubem Gierszałem, udowadniając tym samym, że potrafimy budować spójne, wciągające uniwersa. Sukcesy brutalnego, fenomenalnie zrealizowanego serialu akcji „Idź przodem, bracie” raz na zawsze zamknęły usta malkontentom twierdzącym, że w Polsce nie da się nakręcić rasowego kina gatunkowego.

Jednak to, co Netflix przygotował w obecnym sezonie, przechodzi najśmielsze oczekiwania i ostatecznie cementuje pozycję Polski jako potęgi produkcyjnej. Właśnie zadebiutowały wybitnie „Ołowiane dzieci” z Joanną Kulig w roli głównej - to niezwykle poruszająca, oparta na mrocznych faktach z lat 70. historia walki śląskiej lekarki z tajemniczą epidemią wśród najmłodszych. To właśnie tego typu odważne projekty, dotykające bolesnych, autentycznych kart naszej historii, budują największy kapitał u wymagającej widowni.

Monumentalny „Heweliusz” w reżyserii Jana Holoubka - gigantycznej superprodukcji katastroficznej o tragicznych losach polskiego promu, która swoimi innowacyjnymi efektami i wodnym rozmachem przyćmiewa wszystko, co do tej pory nakręcono w Europie Środkowej. Zwieńczeniem tej niezwykłej jakościowej ofensywy będzie nowa adaptacja „Lalki” Bolesława Prusa. Z wyśmienitą obsadą, z Tomaszem Schuchardtem na czele, i budżetem pozwalającym na realistyczne ożywienie XIX-wiecznej Warszawy, serial ten zapowiada się na wydarzenie dekady. Mamy tu do czynienia z produkcjami z segmentu premium, w których najdrobniejszy detal - od misternie uszytego kostiumu, przez realistyczną scenografię, aż po krystalicznie czysty dźwięk (tak, wreszcie doskonale słyszymy każde słowo!) - dopieszczony jest do perfekcji.

Koniec z kompleksami! Czas na seans

Podsumowując i wracając do postawionego w tytule pytania: czy polskie produkcje na Netfliksie to dziś powód do wstydu, czy do dumy? Z perspektywy czasu i setek obejrzanych godzin odpowiedź może być tylko jedna. To bezapelacyjny i bezdyskusyjny powód do wielkiej, narodowej dumy. Jako widzowie i jako branża przeszliśmy fascynującą, choć nierzadko wyboistą i bolesną drogę. Od nieśmiałych, lekko sztucznych początków, naznaczonych ślepym naśladownictwem i technicznymi niedoróbkami, w zaledwie kilka lat wspięliśmy się na sam szczyt streamingowego świata.

Polskie filmy i seriale ostatecznie przestały być traktowane jako swoista egzotyczna ciekawostka lub tania „zapchajdziura” w bibliotece giganta. Stały się pełnoprawnymi, pożądanymi produkcjami, które potrafią na wiele godzin przyciągnąć przed ekrany miliony widzów na niemal wszystkich kontynentach. Zrozumieliśmy, jak wielką siłę ma nasza własna tożsamość. Przestaliśmy się wstydzić samych siebie - naszej zawiłej historii, naszych społecznych wad, prowincjonalnego krajobrazu czy hermetycznych żartów. Zamiast tego nauczyliśmy się przekuwać je w porywające, gęste od emocji opowieści, których uniwersalne przesłanie bez problemu obala granice i bariery językowe.

Netflix okazał się dla polskiego kina nie tylko bardzo hojnym mecenasem, ale potężną trampoliną, która wybiła naszych utalentowanych aktorów, wizjonerskich reżyserów i sprawnych scenarzystów prosto do pierwszej ligi. Oglądając dziś w internecie lśniące zwiastuny najnowszych polskich produkcji, nie czujemy już nawet najmniejszego cienia dawnego skrępowania. Zamiast tego po prostu rozsiadamy się wygodnie w fotelu z pełnym i uzasadnionym przekonaniem, że czeka nas audiowizualna uczta na najwyższym światowym poziomie. I to jest kulturowa zmiana, z której naprawdę wszyscy powinniśmy się cieszyć, mając w ręku miskę z popcornem, trzymając w ręku pilot z wciśniętym przyciskiem PLAY.

Łukasz Musialik Strona autora
cropper