Sony wciąż wierzy, że sprzeda nam konsolę za cenę używanego auta. Naobiecywali, a wyszło jak zwykle

Sony wciąż wierzy, że sprzeda nam konsolę za cenę używanego auta. Naobiecywali, a wyszło jak zwykle

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 18:00

Kiedyś premiery nowych konsol były świętem graczy. Momentem, w którym technologia przyszłości trafiała pod strzechy za relatywnie rozsądne pieniądze. Dziś premiera sprzętu (i to z dopiskiem „Pro”) przypomina raczej wizytę w salonie używanych „luksusowych” samochodów, gdzie sprzedawca z uśmiechem na ustach oferuje nam pojazd bez kół, twierdząc, że to nowoczesny standard.

Sony, prezentując PlayStation 5 Pro, zdawało się (i raczej od tamtej chwili nic się nie zmieniło) żyć w alternatywnej rzeczywistości, w której przeciętny gracz śpi na pieniądzach, a różnica w cieniowaniu liścia na trzecim planie warta jest wydania równowartości (powiedzmy) przyzwoitego, używanego samochodu. Obiecano nam 4K i 60 klatek na sekundę bez kompromisów, a dostaliśmy lekcję korporacyjnej arogancji i testowanie granic naszej cierpliwości.

Dalsza część tekstu pod wideo

Matematyka absurdu, czyli auto kontra konsola

Zacznijmy od tego, co boli najbardziej, czyli od ceny. Kiedy w sieci pojawiły się pierwsze przecieki, a potem oficjalne ogłoszenie ceny PS5 Pro, w polskim internecie zawrzało. Kwota oscylująca wokół 3500 złotych za samą „gołą” konsolę to dla wielu psychologiczna bariera nie do przeskoczenia. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bo Sony postanowiło zabawić się w sprzedawcę mebli, u którego za każdą śrubkę płaci się oddzielnie. W pudełku z konsolą, która ma być szczytem technologicznych marzeń, nie znajdziemy napędu na płyty. Chcesz grać w gry, które zbierałeś przez lata na półce? Proszę bardzo, dokup napęd za ponad 500 złotych (teraz go znajdziesz, ale w trakcie debiutu spekulanci wykupili zapasy w mgnieniu oka). Chcesz postawić konsolę pionowo, żeby ładnie wyglądała obok telewizora? To będzie kolejne 130 złotych za kawałek plastiku i śrubkę, zwany dumnie „podstawką”.

Gdy zsumujemy te wydatki, szybko przekraczamy barierę 4200 złotych. W polskich warunkach to kwota, za którą można kupić jeżdżącego Volkswagena Golfa IV, Opla Astrę czy leciwą, ale wciąż sprawną Hondę Civic. Porównanie do „używanego auta” nie jest więc tylko publicystyczną przesadą. Oczywiście, samochód za cztery tysiące nie będzie lśnił i pachniał nowością, ale zawiezie nas do pracy i być może na wakacje (zależy jak daleko). Tymczasem PS5 Pro oferuje nam… no właśnie, co? Możliwość zagrania w te same gry, co na zwykłym PS5, które można kupić za połowę tej kwoty. Sony zdaje się zapominać, że konsole zawsze wygrywały z PC stosunkiem ceny do jakości. Tym razem ten argument został brutalnie zdeptany. W cenie kompletnego zestawu PS5 Pro można złożyć bardzo przyzwoity komputer, który nie tylko pozwoli na granie, ale też na pracę, a gry na niego są zazwyczaj tańsze i nie wymagają płacenia abonamentu za możliwość rozgrywki sieciowej. Japoński gigant zachowuje się tak, jakby inflacja dotyczyła tylko jego kosztów produkcji, a portfele graczy były z gumy. To strategia rodem z Apple tyle że w gamingu - płacisz za logo, za poczucie elitarności, a niekoniecznie za ogromny skok jakościowy.

PS5 Pro / Sony / The Last of Us
resize icon

Lupa w zestawie, czyli rewolucja, której nie widać

Drugim filarem marketingu PS5 Pro była obietnica ostatecznego zakończenia odwiecznego dylematu konsolowców: „Tryb Wydajności” czy „Tryb Jakości”? Sony obiecywało, że dzięki magicznej technologii PSSR (PlayStation Spectral Super Resolution) i potężniejszemu układowi graficznemu, nie będziemy musieli już wybierać między płynnymi 60 klatkami na sekundę a ostrym obrazem w 4K. Rzeczywistość zweryfikowała te zapowiedzi w sposób brutalny. Owszem, gry wyglądają lepiej, ale czy jest to różnica warta dopłacenia dwóch tysięcy złotych? Recenzenci i eksperci od analizy obrazu musieli używać 300-krotnego przybliżenia i stopklatek, żeby pokazać nam, gdzie te zmiany faktycznie zaszły. Dla przeciętnego gracza, siedzącego dwa lub trzy metry od telewizora, różnica między przeskalowanym obrazem na bazowym PS5 a tym na wersji Pro jest często na granicy percepcji.

Co gorsza, okazało się, że bebechy nowej konsoli są nierówne. O ile karta graficzna faktycznie dostała zastrzyk mocy, o tyle procesor pozostał ten sam, co w modelu z 2020 roku. To tak, jakby do tego wspomnianego wcześniej Golfa włożyć silnik Ferrari, ale zostawić stare opony i skrzynię biegów. W efekcie, w grach, które mocno obciążają procesor, PS5 Pro wcale nie gwarantuje stałych 60 klatek. Ba, niektóre tytuły wciąż działają w 30 klatkach, tyle że z nieco ładniejszymi odbiciami w kałużach dzięki lepszemu ray tracingowi. Czy o to nam chodziło? Mieliśmy dostać maszynę, która bez zadyszki pociągnie każdą nowość, a dostaliśmy produkt, który świetnie radzi sobie z wygładzaniem krawędzi w grach sprzed czterech lat. To klasyczny przykład przerostu formy nad treścią. Sony próbuje nam wmówić, że potrzebujemy tej mocy, podczas gdy większość deweloperów i tak nie potrafi jej w pełni wykorzystać, bo są ograniczeni koniecznością wydawania gier na słabszą, bazową wersję konsoli (a często nawet jeszcze na Xboksa Series S). Płacimy więc krocie za potencjał, który w większości przypadków pozostanie uśpiony lub widoczny tylko dla osób z lupą w ręku.

PS5 Pro / Sony / Gry
resize icon

Arogancja monopolisty i brak realnej konkurencji

Dlaczego Sony w ogóle zdecydowało się na taki krok? Odpowiedź jest smutna i prosta - bo może. Obecna sytuacja na rynku gier to niemal monopol japońskiej korporacji w segmencie wydajnych konsol. Microsoft ze swoimi Xboksami Series X i S wyraźnie odpuścił walkę na polu sprzedaży sprzętu, skupiając się na usługach i chmurze. Nintendo żyje w swoim własnym świecie ze Switchem. Sony, nie czując na plecach oddechu konkurencji, poczuło się zbyt pewnie. PS5 Pro to produkt stworzony nie dlatego, że rynek go potrzebował, ale dlatego, że korporacja musiała pokazać inwestorom, iż wciąż ma coś „nowego” do sprzedania w połowie cyklu życia generacji. Brak presji ze strony konkurencji sprawia, że firma nie musi walczyć o klienta ceną czy innowacją dostępną dla wszystkich. Zamiast tego, celuje w wąską grupę „wielorybów” - entuzjastów, którzy kupią każdy nowy sprzęt z logiem PlayStation, niezależnie od tego, czy ma to sens ekonomiczny.

Ta arogancja objawia się nie tylko w cenie, ale i w komunikacji. Usuwanie napędu optycznego to jawny zamach na rynek gier używanych i fizyczną własność, co w dłuższej perspektywie uzależni nas całkowicie od cyfrowego sklepu PlayStation Store, gdzie ceny dyktuje wyłącznie Sony. Brak podstawki w zestawie to z kolei policzek wymierzony w estetykę i logikę – kupujesz produkt premium, który bez dodatkowej opłaty musisz położyć płasko jak dekoder telewizji kablowej. To testowanie, jak daleko można się posunąć w wyciąganiu pieniędzy od lojalnych fanów. Jeśli PS5 Pro będzie sprzedawać się dobrze mimo tych wszystkich absurdów, będzie to jasny sygnał dla całej branży: „możecie podnosić ceny, możecie wycinać funkcje, gracze i tak zapłacą”. To niebezpieczny precedens, który może sprawić, że kolejna generacja (PlayStation 6) na start będzie kosztować tyle, co już nie używane, a całkiem nowe auto miejskie - oczywiście o ile dopisałaby nam na tyle inflacja. Sony buduje mur, który oddziela gaming od masowego odbiorcy, zamieniając go w hobby dla elit, co stoi w sprzeczności z historią marki, która wyrosła na dostępności i powszechności.

Podsumowanie

PlayStation 5 Pro to niewątpliwie najpotężniejsza konsola na rynku, inżynieryjny majstersztyk, który potrafi wygenerować przepiękne obrazy. Jednak w kontekście ceny, jaką przychodzi nam za nią zapłacić - zarówno dosłownie w złotówkach, jak i w przenośni, akceptując korporacyjne praktyki - jest to produkt trudny do obrony. Porównanie do ceny używanego samochodu nie jest tylko chwytliwym hasłem. Sony naobiecywało gruszek na wierzbie, konsolę bez kompromisów, a dostarczyło ewolucję pełną gwiazdek, dopisków drobnym drukiem i ukrytych kosztów.

Dla przeciętnego Kowalskiego, który chce po prostu pograć w „Fifę” (obecnie EA Sports FC) czy nowego „Call of Duty” po pracy, PS5 Pro jest wydatkiem całkowicie zbędnym. Bazowy model wciąż radzi sobie świetnie, a różnice wizualne nie uzasadniają wydania dodatkowych dwóch tysięcy złotych. Najmocniejsza obecnie konsola Sony to propozycja dla największych entuzjastów, którzy muszą mieć „najlepsze z najlepszych”, nawet jeśli to „najlepsze” widać tylko na statycznych zrzutach ekranu. Pozostaje nam mieć nadzieję, że w przyszłości rynek boleśnie zweryfikuje te zapędy, a Sony przypomni sobie, że ich sukces zbudowali zwykli gracze, a nie milionerzy szukający kolejnego drogiego gadżetu do salonu. Bo jeśli tak ma wyglądać przyszłość gamingu, to wielu z nas może wkrótce przesiąść się z powrotem na planszówki - są tańsze, nie wymagają prądu i nikt nie każe dokupować do nich osobno pudełka.

Łukasz Musialik Strona autora
cropper