Resident Evil z polskimi napisami, inne nadchodzące hity bez. Role się odwróciły
Przez lata polski gracz wykształcił w sobie specyficzny rodzaj pancerza. Przyzwyczailiśmy się do tego, że wielkie produkcje z Dalekiego Wschodu traktują nasz kraj jak egzotyczną wyspę na mapie Europy - miejsce, gdzie niby kupuje się gry, ale nie na tyle dużo, by opłacało się zatrudnić tłumacza. Dziś jednak, patrząc na listę nadchodzących premier, można odnieść wrażenie, że uczestniczymy w jakimś przedziwnym tańcu pokoleniowym, w którym role nagle i niespodziewanie się odwróciły.
Jeszcze nie tak dawno temu sytuacja była jasna i, niestety, dość ponura. Dwaj giganci z Japonii - Square Enix oraz Capcom - zdawali się ignorować istnienie nadwiślańskiego rynku. Kiedy świat zagrywał się w fenomenalne Resident Evil Village czy nową wersję przygód Leona S. Kennedy’ego w Resident Evil 4 Remake, niektórzy Polacy musieli mierzyć się z barierą językową. Brak oficjalnej polonizacji w tak ogromnych hitach był dla wielu z nas policzkiem, zwłaszcza że mowa o markach, które w naszym kraju mają status niemal kultowy.
To samo działo się w drugim obozie. Forspoken czy wyczekiwany latami Final Fantasy VII Remake debiutowały bez polskiej ścieżki tekstowej. Dla fanów serii, która opiera się na skomplikowanej fabule i setkach dialogów, była to decyzja niezrozumiała. Oczywiście, zawsze mogliśmy liczyć na niezastąpioną społeczność moderską. Fanowskie spolszczenia, działające jednak wyłącznie na PC, były jedynym ratunkiem, by w pełni zrozumieć zawiłości scenariusza. Posiadacze konsol musieli po prostu przeprosić się ze słownikiem.
Nagle jednak coś drgnęło w korporacyjnych strukturach Capcomu. Gigant z Osaki, być może analizując słupki sprzedaży lub słuchając głosów znużonej społeczności, postanowił naprawić błędy przeszłości. Dowodem na tę metamorfozę były aktualizacje do wspomnianych wcześniej RE4 Remake oraz Village, które po czasie wzbogaciły się o polskie napisy. Był to sygnał, że Polska przestała być dla nich rynkiem trzeciej kategorii, a nasze pieniądze mają taką samą wartość jak te z Niemiec czy Francji.
Prawdziwy przełom nastąpił wraz z najnowszymi zapowiedziami. Nadchodzący wielkimi krokami Resident Evil Requiem oraz tajemnicza, futurystyczna Pragmata od pierwszego dnia mają oferować polską wersję językową. To nowa rzeczywistość, w której nie musimy już czekać na łaskę wydawcy miesiącami po premierze. Capcom zrozumiał lekcję, pokazując, że dbanie o lokalnego odbiorcę to nie tylko kwestia wizerunku, ale zwykłego szacunku do klienta, który chce chłonąć grozę w swoim ojczystym języku.
Miało być lepiej, a będzie... gorzej?
Jednak, jak to w świecie gamingu bywa, natura nie znosi próżni. W miejscu, gdzie jeden wydawca wreszcie zapalił zielone światło, inni zaczynają gasić latarnie. Obecnie obserwujemy niepokojący trend „odwracania ról”. Podczas gdy Capcom wychodzi przed szereg, inne wyczekiwane hity zaczynają nas omijać szerokim łukiem. Sytuacja wokół nadchodzących gigantów branży staje się coraz bardziej napięta, a na liście języków wspieranych wciąż brakuje charakterystycznego skrótu „PL”.
Największym ciosem dla fanów przygód archeologów jest niepewność dotycząca Tomb Raider: Lost of Atlantis. To gra, która dla wielu pokoleń była symbolem wirtualnej rozrywki, a Lara Croft w Polsce zawsze mówiła (lub przynajmniej pisała) w naszym języku. Fakt, że do tej pory nie zatwierdzono polskiej lokalizacji, podczas gdy wersje niemiecka, francuska czy włoska są już dawno klepnięte, napawa smutkiem i pewnym rodzajem niedowierzania.
Podobne obawy towarzyszą innym tytułom, na które czekają tysiące graczy. Exodus, zwariowane i piękne Control Resonant, ambitne No Law przypominające rodzimego Cyberpunka czy kosmiczne The Expanse: Osiris Reborn - to produkcje, które mają ambicję zdefiniować 2026/2027 rok. Niestety, obecnie figurują one w katalogach jako gry „bez polskich napisów”. Nadzieja na zmianę tej decyzji maleje z każdym miesiącem, szczególnie gdy widzimy, że priorytetem są rynki Europy Zachodniej, która od zawsze ma zapewnione tłumaczenie niemal z automatu.
Zastanawiające jest, dlaczego w dobie tak ogromnego rozwoju technologii, polonizacja wciąż jest postrzegana jako zbędny wydatek. Przecież nie mówimy tu o pełnym dubbingu z udziałem najdroższych aktorów, ale o napisach, które pozwalają komfortowo śledzić fabułę. To właśnie ta niesprawiedliwość boli najbardziej - poczucie, że dla niektórych wydawców wciąż jesteśmy graczami „gorszego sortu”, których można zmusić do grania w obcym języku.
Drogo czy plucie w twarz "Polakom"?
Wiele mówi się o kosztach lokalizacji, ale czy w 2026 roku są one rzeczywiście tak przytłaczające? Żyjemy w czasach, w których sztuczna inteligencja potrafi w kilka sekund przełożyć gigantyczne bloki tekstu, a rola tłumacza coraz częściej sprowadza się do nadzoru i korekty literackiej, a nie żmudnego przekładu każdego słowa od zera. Przy wsparciu AI koszt przygotowania polskich napisów powinien być ułamkiem budżetu marketingowego, który i tak jest wydawany na promocję gry w naszym regionie.
Warto też spojrzeć na to z czysto biznesowego punktu widzenia. Lokalizacja to inwestycja, która niemal zawsze się zwraca. Gra z polskimi napisami przyciąga osoby, które nie czują się pewnie w języku angielskim, a takich graczy - wbrew pozorom - wciąż jest w naszym kraju mnóstwo. Każdy dodany język to rozszerzenie grupy docelowej i realna szansa na to, że tytuł sprzeda się w kilku, a może kilkunastu tysiącach dodatkowych egzemplarzy. W skali globalnej to może niewiele, ale dla lokalnego oddziału to różnica między sukcesem a porażką.
Historia Capcomu jest tu najlepszym przykładem. Wydawca ten zrozumiał, że oszczędzanie na napisach to krótkowzroczna strategia. Widząc, jak entuzjastycznie polscy fani zareagowali na powrót polszczyzny do serii Resident Evil, trudno nie odnieść wrażenia, że japońska firma wygrała tym ruchem coś więcej niż tylko pieniądze - wygrała lojalność. Lojalność, której nie kupi się żadnym, nawet najdroższym zwiastunem CGI wyświetlanym podczas The Game Awards.
Nie warto nas olewać
Zastanawiające jest również to, jak bardzo nieadekwatne do rzeczywistości jest omijanie Polski w planach wydawniczych. Przecież to właśnie u nas powstają produkcje, którymi zachwyca się cały świat. Polska nie jest już tylko konsumentem, ale przede wszystkim potężnym eksporterem cyfrowej kultury. To nasi twórcy dali światu Wiedźmina 3, który dla wielu pozostaje najlepszym RPG w historii, czy Cyberpunka 2077, który po latach poprawek stał się technicznym majstersztykiem.
Gry takie jak Dying Light, Lords of the Fallen czy hity Bloober Teamu, jak Silent Hill 2 Remake oraz Cronos The New Dawn, to dowody na to, że polska myśl technologiczna i artystyczna dominuje na światowych rynkach. Skoro nasze gry potrafią narzucać standardy globalne, to dlaczego my - jako odbiorcy - wciąż musimy prosić się o podstawową formę lokalizacji w tytułach z zagranicy? To paradoks, który w 2026 roku nie powinien mieć miejsca.
Wspominanie o sukcesach CD Projekt RED czy Techlandu nie jest tu bezpodstawne. Pokazuje to bowiem, że Polska ma ogromną i bardzo świadomą społeczność graczy oraz twórców, którzy doskonale rozumieją wagę słowa pisanego w grach. Jesteśmy narodem, który ceni sobie dobrą historię i chce ją przeżywać bez konieczności ciągłego zerkania do translatora w telefonie - a przy takich grach jak Final Fantasy VII Remake czy Exodus, gdzie znajdziemy zapewne masę notatek i bogaty kwestionariusz, jest to po prostu nieuniknione, jeśli chcemy zrozumieć w 100% dialogi i fabułę.
Pozostaje mieć nadzieję, że nadchodzące „wybryki” wydawnicze, jak brak polonizacji w nowym Tomb Raiderze czy Exodus, to tylko chwilowe turbulencje, a nie stały trend. Być może wydawcy zreflektują się jeszcze przed premierą, widząc presję ze strony polskich mediów i graczy. Przykład Capcomu pokazał, że nigdy nie jest za późno na zmianę zdania i że jedna aktualizacja potrafi całkowicie odmienić postrzeganie firmy w oczach tysięcy ludzi.
Miejmy nadzieję, że zapowiadane hity otrzymają polskie napisy jeśli nie na premierę, to przynajmniej chwilę po niej. Polacy po prostu na to zasługują. Nie jako naród z roszczeniami, ale jako partnerzy w globalnym świecie gamingu, którzy wnieśli do niego niesamowicie dużo. Chcemy czuć się częścią tej wielkiej, światowej premiery, a nie jej ubogim krewnym, który musi czekać na fanowski patch.
Przeczytaj również
Komentarze (67)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych