A jednak! Nawet i ja wpadłem w pętle Marathonu od PlayStation
Przyznaję to z pewnym trudem, a może nawet z odrobiną pokory: stało się coś, czego jeszcze rok temu bym nie przewidział.
Ja, zagorzały zwolennik wielkich przygód dla jednego gracza, człowiek, który na hasło„live-service reaguje instynktownym szukaniem przycisku „odinstaluj”, powoli daję się wciągnąć w orbitę Marathonu. Ta gra od samego początku była dla mnie projektem niezrozumiałym, niepotrzebnym i - co tu dużo mówić - po prostu brzydkim.
Moja niechęć do nowej produkcji Bungie nie brała się z próżni. Od lat PlayStation Studios budowało swój prestiż na fundamencie gier single-player, które definiowały całe generacje. Kiedy myślę o PS5, przed oczami mam emocjonalną głębię The Last of Us, epicką skalę God of War czy estetyczną perfekcję Ghost of Tsushima. To są produkcje, których oczekuję jako posiadacz tej konsoli - gier z duszą, zakończeniem i jasno nakreśloną narracją.
Dlaczego Marathon mnie odrzucał?
Pierwsze zapowiedzi Marathonu uderzyły w tony, które kompletnie do mnie nie trafiały. Gatunek extraction shooter kojarzył mi się dotychczas z frustracją i barierami nie do przejścia dla kogoś, kto nie chce spędzać w grze dziesięciu godzin dziennie. Do głównych wad tego typu rozgrywki zawsze zaliczałem:
- Paniczny strach przed utratą ekwipunku, który zdobywało się godzinami.
- Puste przeloty, czyli długie minuty nudnego marszu, przerywane nagłą śmiercią od kuli snajpera, którego nawet nie widzieliśmy.
- Brak progresu, a więc poczucie, że jedna nieudana akcja cofa nas do punktu wyjścia, marnując nasz prywatny czas.
Również klimat rozgrywki wydawał mi się kompletnie nietrafiony. Początkowy styl graficzny był dla mnie zbyt agresywny w swojej jaskrawości. Wyglądał wręcz kreskówkowo, jak gra kierowana do dzieci, a nie do dojrzałego odbiorcy, który chciałby zatopić się w skomplikowanym świecie science-fiction. Porównując to do hitu końcówki 2025 roku, Arc Raiders, gdzie design wydawał się brudniejszy, bardziej namacalny i sugerujący zrozumienie złożonych mechanik, Marathon wypadał po prostu blado i niepoważnie.
Bungie to jednak Bungie
Jednak w branży gier, podobnie jak w życiu, warto czasem poczekać na drugi akt. Bungie to ekipa, która mimo licznych zawirowań, ma w swoim DNA gen przetrwania. To twórcy, którzy nie poddają się przy pierwszej fali krytyki i konsekwentnie realizują swoją wizję. Choć porównania do porażki Concordu były bolesne i ciągnęły się za projektem jak cień, twórcy Marathonu wierzyli, że robią coś naprawdę fajnego i ryzykownego.
Z każdym kolejnym pokazem, z każdą kolejną aktualizacją, gra zaczęła ewoluować w moich oczach. Deweloperzy ewidentnie nałożyli na produkcję kilka elementów, które nadały jej bardziej poważny i dojrzały ton, nie rezygnując przy tym z pierwotnych założeń artystycznych. Ten nietypowy styl graficzny, który wcześniej mnie odpychał, teraz zaczyna jawić się jako największy atut gry - coś, co pozwoli Marathonowi wyróżnić się w morzu identycznych, szaroburych strzelanek.
Joseph Cross, były dyrektor artystyczny projektu, wspominał, że nad grą pracowały setki ludzi przez ponad sześć lat. To ogromna skala, która pozwala wierzyć, że pod kolorową powłoką kryje się głębia, jakiej brakowało wielu innym produkcjom live-service. Zauważyłem, że moje nastawienie zmieniło się z "dlaczego to w ogóle powstaje" na "ciekawe, jak to faktycznie działa w ruchu".
Głód wielkich premier
Nie bez znaczenia jest tu fakt, że obecnie jako gracz cierpię na potężny głód wielkiej premiery. Od listopada 2025 roku nie dostaliśmy w segmencie AAA niczego, co naprawdę rzuciłoby mnie na kolana. Styczeń 2026 roku mija pod znakiem oczekiwania i to właśnie ten marazm sprawił, że zacząłem łaskawszym okiem spoglądać na produkcje, które wcześniej skreśliłem.
Oczywiście, luty ma być miesiącem przełomu. Pod koniec przyszłego miesiąca wszyscy usiądziemy do Resident Evil Requiem, które zapowiada się na niesamowitego „szpila” i powrót do korzeni horroru w najlepszym wydaniu. Jednak tuż obok na horyzoncie majaczy Marathon i ku mojemu własnemu zaskoczeniu, planuję go przetestować zaraz po napisach końcowych w nowym Residentcie.
To ogromny progres w mojej głowie. Wcześniej twardo obiecałem sobie, że nie zagram w tę grę, uznając ją za symbol złego kierunku, w którym idzie Sony. Dziś chcę dać jej szansę. Chcę wejść w ten świat, poczuć ten specyficzny model strzelania, z którego słynie Bungie, i dopiero po przynajmniej kilkunastu godzinach wydać finalny werdykt.
Pytanie o miliardy dolarów
W tle moich osobistych rozważań pozostaje jednak wielkie pytanie o sens inwestycji Sony w Bungie. Wydanie 3,6 miliarda dolarów i finansowanie projektu przez tyle lat, który pochłonął setki milionów dolarów w ciemno, to gigantyczny hazard. Czy Marathon okaże się kurą znoszącą złote jajka, czy może kolejnym dowodem na to, że budowanie gier-usług to stąpanie po bardzo cienkim ludzie?
Patrząc na to, jak Joseph Cross opisuje proces twórczy - jako poczucie, że „coś nam uchodzi na sucho” w kwestii odwagi artystycznej - czuję nutkę ekscytacji. Jeśli Bungie faktycznie udało się przemycić ambitną sztukę do komercyjnego formatu extraction shootera, możemy być świadkami narodzin nowej legendy. Albo spektakularnej katastrofy, o której będziemy pisać latami.
Niezależnie od wyniku, fakt, że Marathon zmusił mnie do zmiany zdania jeszcze przed premierą, świadczy o sile jego marketingu i ewolucji wizji artystycznej. Finalnie, zamierzam sprawdzić, czy Sony dobrze ulokowało swoje pieniądze. Może się okazać, że pętla Marathonu, w którą rzekomo wpadłem, to po prostu solidny kawał kodu, który wypełni lukę między wielkimi hitami single-player.
Przeczytaj również
Komentarze (34)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych