Świat według Ludwiczka jako mikrokosmos polskiego dubbingu lat 90.

Świat według Ludwiczka jako mikrokosmos polskiego dubbingu lat 90.

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 10:00

"Świat według Ludwiczka" był kultowym serialem dla wszystkich dzieci urodzonych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Specyficzny humor leniwego Ludiego, ożywionego u nas za sprawą niezastąpionego Januarego Brunova, trafiał zarówno do dzieci, jak i rodziców. Kolejne odcinki bawiły pokolenia, przemycając po drodze ważne, uniwersalne lekcje, które pozostają aktualne i dzisiaj. Dlatego postanowiłem odświeżyć sobie tę wyjątkową produkcję do spółki z synem. I zauważyłem kilka... Ciekawostek.

Ludi Anderson był już uznanym komikiem, kiedy w 1994 roku Fox postanowił zrealizować serial oparty na jego wspomnieniach. W tamtych czasach, zbijanie kasy na znanych nazwiskach nie było niczym nadzwyczajnym. Jedną z pierwszych tego typu produkcji był "Seinfeld", po którym dostaliśmy jeszcze "Bajera w Bel-Air" (kocham miłością szczerą), "Drew Carey Show", "Ellen" i "Wszyscy kochają Raymonda". Wszystkie te seriale charakteryzowały się tym, że ich głównymi bohaterami byli prawdziwi ludzie, ale już ich poszczególne przygody zostały skrojone pod widownię, tylko szczątkowo zahaczając o prawdziwe wspomnienia zainteresowanych. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Nie inny był i Ludi Anderson! Jasne, chłopak wychował się w niewielkiej, środkowo-wschodniej miejscowości, miał tyle rodzeństwa, że z samego 800+ kosiłby więcej, niż połowa Polaków miesięcznie zarabia, a jego rodzice byli... Specyficznymi ludźmi, Ale to tylko z wierzchu. Czy istniał prawdziwy Glen Glenn? Tego nie wiemy. Na pewno istniał Andy, choć w rzeczywistości nazywał się Louis Anderson. Zmienili mu imię, żeby nie myliło się z głównym bohaterem, ale na tym zmiany wcale się nie skończyły. Kiedy się o tym dowiedziałem, złamało mi to serce, ale prawdziwy Andy nie był głośnym, dobrodusznym tatą. Był agresywnym alkoholikiem, dręczonym wspomnieniami wojny. Mama, Ora, została przeniesiona mniej więcej jeden do jednego, rodzeństwo Ludwiczka zdecydowanie było wzorowane na jego prawdziwej, bardzo licznej rodzinie. W szczególności młodszy brat, Tommy, z którym Ludi był bardzo blisko, a który zmarł niespodziewanie dziesięć lat temu we śnie. Przyjaciele i sąsiedzi to już natomiast amalgamat prawdziwych osób i stereotypów epoki.

Ludi i jego postacie
resize icon

Ludi Anderson i postacie mówiące jego głosem

Nie będzie chyba przesadą, kiedy napiszę, że absolutnie uwielbiam ten serial. Oglądałem go zawsze, kiedy leciał w telewizji na przełomie wieków, już dwa razy obejrzałem wszystkie odcinki z synem (są wszystkie na YouTube albo można pokusić się o zakup ekstremalnie już dzisiaj drogich edycji DVD, wydanych i nas przez Best Film). Ale nie tylko dlatego, że to po prostu bardzo dobry, pięknie zanimowany materiał, ale również ze względu na naszą, polską wersję językową, przygotowaną przez Master Film, w reżyserii pani Ewy Markowskiej. To właśnie ten dubbing jest dla mnie niesamowitym mikrokosmosem sztuki dubbingu lat dziewięćdziesiątych.

Miesza się tutaj wszystko, co mamy najlepsze z wszystkim - chyba - najgorszym. Przede wszystkim, mieliśmy świetną obsadę. January Brunov, ze swoim gęstym, ciepłym głosem, był idealnym Ludwiczkiem, dając polskim widzom to, czego nie mieli nawet ci anglojęzyczni - postać wyważoną, pełną humoru, serca, niuansu i, tak, również nieskrępowanego lenistwa. Śmiem twierdzić, że oryginalny Ludi, choć na pewno bliższy oryginału, zważywszy na to, że dosłownie był oryginałem, nie był aż tak ciekawą postacią, jak nasza wersja. Co więcej, w naszej wersji, Andy to nie był jedynie podkręcony głos tego samego aktora, co Ludi, a kompletnie nowe struny głosowe Wojciecha Paszkowskiego, prawdopodobnie najbardziej ikonicznej postaci w całym serialu. I tu akurat trzeba przyznać, że zmiana ta była absolutnie konieczna, ponieważ tak jak bardziej stonowany Ludi zgrabnie zaokrągla postać (sic), tak Andy po prostu musi być głośny i skrzekliwy, czego Brunov zwyczajnie nie byłby w stanie zrobić. Na pewnym, niezamierzonym, meta poziomie jest to również ciekawy komentarz rozbieżności między oboma panami, gdzie oryginał sugerował większe podobieństwo. W pozostałych rolach też same VIPy - sama Markowska była mamą Ludiego, Glen Glena robił Cezary Kwieciński, którego dosłownie wczoraj oglądałem w "SpongeBob: Klątwa pirata" i który od tamtych czasów zagrał chyba we wszystkim, co się dało. Przeważnie były to raczej niewielkie, drugoplanowe role, ale były ich dosłownie setki. No i nie zapominajmy o szlachcie - w rolę Grunwalda wcielił się nie kto inny, a Piotr Adamczyk (dzikie to były czasy). Przynajmniej przez jakiś czas. 

January Brunov
resize icon

January Brunov - polski głos Ludwiczka

Pierwszym punktem zwrotnym, który zauważyłem jeszcze jako dziecko, była zmiana głosów niektórych postaci. Niby nic takiego, zdarza się każdego dnia, w wielu serialach, ale tutaj, być może ze względu na charakter czasów, w jakich żyliśmy, gdzie Fox Kids (później Jetix) puszczało sobie te odcinki w takiej kolejności, w jakiej im się podobało, nie potrafiłem tego zaakceptować. Jarek Boberek jest jedną z najważniejszych postaci dzisiejszego dubbingu, ale kiedy trzy dekady temu zastąpił Adamczyka w roli Grunwalda, nie potrafiłem i nawet nie chciałem tego zaakceptować. Postać zaczęła brzmieć zupełnie inaczej, gubiąc gdzieś po drodze cały swój charakter. Najgorszy pod tym względem był jednak Tico, czy raczej Russell - mieszkaniec okolicznego sierocińca i kolega Ludiego z zajęć sportowych. Pojawiał się w dwóch odcieniach, z których pierwszy był u nas emitowany jako część pierwszej partii odcinków, gdzie głos podkładał mu Jacek Bończyk, tworząc absolutnie genialną postać, podczas gdy już trzy odcinki później zastąpiła go Miriam Aleksandrowicz i tak jak mam do niej ogromny szacunek za to, co zrobiła dla polskiego dubbingu, tak tutaj... Jest beznadziejna. Wyszła jej jakaś skrzecząca żaba, a nie fajny, wysportowany chłopak, który imponuje głównemu bohaterowi. Nietrafionych zmian było więcej, lecz nie były one już aż tak ważne, nawet jeśli wciąż bolały. 

Najbardziej interesujące były jednak "kwiatki" w tłumaczeniu. Już jako dziecko nie rozumiałem dlaczego, kiedy Ludi ma otrzymać zastrzyk na uczulenie, wyimaginowany Grunwald krzyczy mu "strzelaj", czyli zapewne "take the shot". Pisklęciem będąc, byłem przekonany, że to po prostu mieszają mu się różne elementy rzeczywistości. Dzisiaj już wiemy że po prostu tłumacz nie wiedział, co tłumaczy. I tego typu przykładów jest w całym serialu cała masa. Kolejnym? Tommy komentuje fakt, że założyli mu garnek na głowę żeby ochronić go przed tornadem. Mówi: "Rondel?! Czy ja jestem, zupa?!", na co Andy odpowiada mu: "Ej, wyzwoliłem Francję mając tylko durszlak". Niby wszystko byłoby spoko, gdyby akcent padł na "wyzwoliłem Francję". Widz usłyszałby wtedy, że Andy dokonał czegoś konkretnego. Zamiast tego usłyszeliśmy, że zrobił to mając 'tylko' durszlak. Bardzo spoko, ale o tym konkretnym przedmiocie jeszcze nie rozmawialiśmy. To całkiem niewielki błąd, zapewne wynikający z braku materiału video przy tłumaczeniu dialogów, ale jest tego więcej. W odcinku o szachach, Ludi okazuje się być dobrym szachistą. Tak o. Pomijając już fakt, że nie wydaje mi się aby było to możliwe, dorosły Ludi komentuje z offu dokonania swojej młodszej wersji: "Po raz pierwszy w życiu byłem naturalny". Rozumiem, że jest to bezpośrednie przełożenie frazy "I was a natural". Rzecz w tym, że u nas się tak nie mówi. Co gorsza, pani reżyser miała na tę kwestię tyle czasu, ile tylko chciała, bo nawet nie trzeba było dopasowywać jej do ruchu ust postaci. Może właśnie stąd wzięło się to nieudane tłumaczenie - bo po prostu nie przywiązała zbyt wielkiej wagi do tekstu narratora, który nie musi być przecież dopasowany pod kłapy (ruch ust) danej postaci. A może to po prostu kwestia tego, że tłumaczone były same listy dialogowe, bez podglądu video, co mogło wpływać na pracę tłumacza. Wystosowałem zapytanie do kilku osób, jak to wtedy wyglądało. Jeśli ktoś mi odpisze, zrobimy z tego dodatkowy materiał. 

Oczywiście, prócz specyficznych tłumaczeń, w serialu znalazła się też cała masa niezapomnianych tekstów, świadczących o rzetelnym podejściu do tematu. Dialogi płynęły, była w nich lekkość i naturalność, dzięki którym część z nich siedzi w głowach widzów po dziś dzień. "Z bizona spadłeś?!" nigdy nie przestanie być zabawne, a nasze "szafa gra" jest nieskończenie lepsze od oryginalnego "all right". Taki to był serial - łączący różne skrajności w czasach, kiedy wcale nie było to takie oczywiste. A nasza polska wersja dokładała jeszcze do tej huśtawki skrajnościami kolejną cegiełkę. I nie zamieniłbym jej na żadną inną. 

Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper