Ponies (2025) - wywiad z showrunnerami Davidem Isersonem i Susanną Fogel. "Czasami musisz złamać jakąś zasadę"
Dwie zwyczajne kobiety zostają nagle agentkami CIA w niegościnnej Moskwie. Tak zaczyna się, w telegraficznym skrócie, “Ponies”, nowy serial Davida Isersona i Susanny Fogel, duetu współtworzącego wcześniej hity takie, jak “Mad Men”, “Stewardessa” czy “Mr Robot”. Premiera serialu już za nami. Z tej okazji, mogliśmy zadać twórcom kilka pytań o zdjęcia, obsadę i ich proces twórczy.
Piotrek Kamiński: Na początek, przepraszam, ale naprawdę muszę zadać to pytanie. Czy dobrze wyłapałem nawiązanie do “Gry o Tron” w pierwszym odcinku?
David Iserson: Nie, raczej nie. A co usłyszałeś?
Piotrek: Postać grana przez Emilię Clark jest zestresowana przekazaniem hasła swojemu kontaktowi. Tłumaczą jej, że to będzie coś w stylu „Wiosna jest prawie tutaj”. A ona mruczy: „Nadchodzi wiosna”.
David: Wiesz co? Nie sądzę, żebyśmy umyślnie zrobili nawiązanie do “Gry o Tron”, nawet dla niej. Ale wiesz, to zabawne, jak zdarzają się takie zbiegi okoliczności. Scenariusz istniał, zanim ją obsadziliśmy i nie zmienialiśmy go już później. Ale są takie zrządzenia losu, które po prostu pojawiają się i myślisz sobie: och, to było kiedyś imię mojej postaci lub coś w podobie. Kiedy masz aktora, który ma już swoją historię z publicznością, to wspaniale, gdy można znaleźć z nią takie powiązania.
Piotrek: Powiedzcie mi, bo to bardzo ciekawy pomysł — CIA, agentki operacyjne, lata 70. i do tego Rosja. To dość szalona koncepcja. Jak do tego doszliście?
David: Od zawsze pociągały nas historie o kobietach. Zdecydowanie chcieliśmy opowiedzieć historię z tego okresu. Bardzo interesowały nas opowieści szpiegowskie. Myślę, że wszystko to złożyło się w taką wybuchową mieszankę i kiedy zaczęliśmy czytać o tamtych czasach i o tym, jak CIA funkcjonowała w tym okresie, najbardziej zaskakujące było to, jakim bałaganem było prowadzenie ambasady i stacji w Moskwie. Nie mogli nic zrobić, wszędzie ich śledzono, więc byli gotowi na niekonwencjonalne działania. A nas bardzo pociąga opowiadanie historii o ludziach w nieprawdopodobnych sytuacjach. To była świetna okazja, by opowiedzieć historię o dwóch kobietach w tamtych czasach, które miały bardzo jasną wizję tego, jak będzie wyglądało ich życie, a potem tragedia tę wizję pogrzebała i muszą spróbować odnaleźć dla siebie nowy sens, podejmując się tego ryzykownego zadania. Był to sposób na opowiedzenie osobistej historii za pomocą opowieści szpiegowskiej — i zrobienie tego z perspektywy kobiet.
Piotrek: Czy stworzyliście „Ponies” jako zamkniętą historię, czy raczej jako pierwszy rozdział dłuższej intrygi?
David: Zdecydowanie pierwszy rozdział. Bardzo chcieliśmy ustawić wszystko tak, żeby pod koniec sezonu działo się wystarczająco dużo, by można było całkowicie odwrócić to, kto ma jaki status, kto ma władzę, i żeby drugi sezon był zupełnie świeży, ale z bohaterami, których już się pokochało.
Piotrek: Czyli ludzie będą naprawdę zirytowani, że muszą czekać na drugi sezon. Rozumiem.
David: Wiesz co? „Zirytowani” to nie jest słowo, którego bym użył. Może raczej: zmotywowani albo, wiesz…
Susanna Fogel: Zdesperowani, piszący listy do NBC i Peacocka.
David: Tak, musi być w tym wszystkim pewna równowaga. Widzowie czasem mówią: „Och, ale ja chcę wiedzieć więcej”. Ale jednocześnie chcesz, żeby wrócili po więcej. Tak zawsze działała telewizja, gdy dorastałem. A to, co naprawdę mnie ekscytuje w telewizji, to fakt, że możesz opowiadać coraz dłuższe historie i wciąż zaskakiwać.
Piotrek: Oczywiście, akcja serialu toczy się w Rosji, ale zgaduję, że nie pojechaliście po prostu do Moskwy, żeby kręcić waszą antyradziecką historię?
David: Och, dlaczego? Myślisz, że mieliby z tym problem?
Piotrek: Zgaduję, że mógłby być mały problem.
Susanna: Tak, kręciliśmy serial w Budapeszcie, gdzie wcześniej kręciliśmy też nasz film „Szpieg, który mnie rzucił”, który rozgrywał się w różnych częściach Europy. Znaliśmy więc to miasto i dla nas wiele jego fragmentów wygląda tak, jakby zatrzymały się w czasie w latach 70. Jest tam brutalizm i tego typu architektura, ale jednocześnie jest też dużo przepychu, podobnie jak w Moskwie. Historia Węgier jako artystycznego tygla muzyki, sztuki i literatury jest bardzo bogata i wiele budynków to odzwierciedla. Dzięki temu mogliśmy znaleźć mnóstwo lokacji, które dały nam tę stronę serialu związaną z realizacją marzeń. Nie chcieliśmy, żeby było to tylko ponure miejsce, przy którym myślisz: „Boże, jak tu musi się strasznie żyć”. Chcieliśmy, żeby ludzie oglądali serial, bo podoba im się idea podróży i egzotycznej przygody. Budapeszt nam to zapewnił — w sposób, w jaki wyobrażam sobie, że robi to też Moskwa.
Piotrek: Rozumiem. Sam nigdy nie byłem w Moskwie, ale żyłem w Polsce pod koniec lat 80. i na początku 90., więc trochę rozumiem, o co chodzi. Emilia i Haley mają na ekranie naprawdę świetną chemię, właściwie od pierwszego spotkania. Czy to wyszło naturalnie, czy było zaplanowane w scenariuszu?
David: Są rzeczy, które są w scenariuszu, ale czasem, jeśli pojawiasz się na planie, a aktorzy nie są tacy, jakich w danej chwili potrzebujesz, muszą zniknąć z serialu. Byliśmy więc niesamowicie podekscytowani i zachwyceni, że dziewczyny od razu stały się bratnimi duszami i naprawdę było to czuć w ich grze. To, co jest wspaniałe w historii o prawdziwej przyjaźni, to fakt, że tak naprawdę jest to historia miłosna. To serial o tych dwóch osobach, o ich więzi i relacji. A kiedy są razem, pojawia się piękne napięcie między tymi dwiema siłami. Możemy zapisać tego w scenariuszu, ile chcemy, ale jeśli nie mielibyśmy aktorów, którzy potrafią to udźwignąć — a na szczęście mamy — serial byłby o wiele słabszy.
Piotrek: Na szczęście te dwie aktorki są po prostu idealne. I jeszcze tylko ostatnie pytanie. Kiedy tworzyliście historię, czy w ogóle skupialiście się na tym, żeby była jak najbardziej wiarygodna, czy raczej na zasadzie: „to będzie fajne, nie obchodzi mnie, czy prawdziwe KGB by tak zrobiło”?
David: Trochę tego i trochę tamtego. To trochę rozmowa, a nawet kłótnia. Tak, zależy nam na wiarygodności, bo to ważne. Na przykład Emilia w prawdziwym życiu nie mówi po rosyjsku, ale w serialu już tak. Wiedzieliśmy, że jeśli nie zrobi tego świetnie, to nawet jeśli tylko 0,1% naszych widzów zna biegle rosyjski, to daliby jej straszny wycisk i odbiłoby się to na niej, a my nigdy byśmy na to nie pozwolili — i ona też nie. Dialogi musiały brzmieć prawdziwie i autentycznie. Z drugiej strony czasem chcesz, żeby coś wydarzyło się dramatycznie, masz wiedzę, wiesz, jak to by działało i jak funkcjonuje ten świat, ale musisz złamać jakąś zasadę, żeby było ciekawiej i bardziej dramatycznie. Po prostu nie chcesz łamać ich zbyt często.
Susanna: Tak. Poza tym, ponieważ założeniem serialu jest to, że one nie są wyszkolonymi szpiegami, nie chcieliśmy, żeby wyglądało to tak, jakby nieporadnie się o wszystko potykały. Daliśmy sobie trochę swobody, żeby mogły wchodzić w sytuacje w kreatywny sposób, nie taki, jak zrobiłby to wyszkolony agent. Czytaliśmy książki o zimnej wojnie i o szpiegach wykonujących różne misje, o tym, jak ukrywali się na widoku, zostawiali coś pod ławką dla kogoś innego. Wyobrażaliśmy sobie scenariusze, które mogły się wydarzyć i miały podstawy w przeczytanych książkach, a potem nadawaliśmy im własny charakter — pod te kobiety i tę koncepcję serialu. Więc był to miks obu końców spektrum. Jeśli chodzi o samą działalność szpiegowską, biuro i ludzi, którzy nim kierowali, chcieliśmy, żeby wszystko działało zgodne z literą prawa i z tym, jak naprawdę mogło się to odbywać. Natomiast w przypadku dziewczyn, założeniem było, że potrafią wejść w dane środowisko i ukryć się na widoku, więc mogliśmy być bardziej kreatywni w planowaniu ich działań — jakbyśmy byli ich szefami.
David: Bo nimi jesteśmy!
Piotrek: Dziękuję wam za rozmowę i życzę udanej premiery.
David: Dziękujemy.
Susanna: Dziękujemy.
Recenzja serialu już dziś wieczorem.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych