Czy era wielkich uniwersów właśnie się kończy?
Przez ostatnią dekadę wielkie uniwersa były absolutnym fundamentem popkultury. Kino, seriale i gry coraz częściej opierały się na rozbudowanych światach, wspólnych osiach fabularnych i obietnicy, że „to dopiero początek”. Widzowie nauczyli się śledzić premiery jak kolejne rozdziały jednej, niekończącej się historii, a marki rosły szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Dziś jednak coraz częściej słychać głosy zmęczenia tym modelem.
Bo im większe stało się uniwersum, tym trudniej było je utrzymać w ryzach. Nadmiar produkcji, brak wyraźnego kierunku i konieczność bycia „na bieżąco” zaczęły działać na niekorzyść nawet największych marek. Zamiast ekscytacji pojawiło się znużenie, a kolejne zapowiedzi nie zawsze budzą już takie emocje jak kiedyś. I właśnie dlatego coraz częściej pojawia się pytanie, czy złota era wielkich uniwersów nie zbliża się przypadkiem do swojego końca.
Era uniwersów
Przez lata budowanie uniwersów było jednym z najbardziej kuszących modeli w popkulturze. MCU stało się tu punktem odniesienia - wzorem tego, jak z pojedynczych historii stworzyć spójną, wieloletnią narrację, która przyciąga widzów do kin i przed ekrany seriali. Każdy film był kolejnym elementem układanki, a świadomość, że wszystko zmierza do większego finału, działała jak magnes.
Problem w tym, że sukces Marvela bardzo szybko zaczął być kopiowany. Uniwersa miały powstawać wszędzie - w kinie superbohaterskim to jedno, ale rodziły się też w fantasy, science fiction, a nawet w gatunkach, które wcześniej radziły sobie świetnie bez takiej struktury. Zamiast jednego, dobrze zaplanowanego świata, zaczęliśmy dostawać próby jego naśladowania, często bez cierpliwości i długofalowej wizji. Budowanie uniwersum stało się celem, a nie środkiem do celu.
Na początku działało to świetnie, bo widzowie lubią poczucie ciągłości i nagrody za zaangażowanie. Znajome postacie powracające w kolejnych produkcjach, drobne nawiązania, sceny po napisach - wszystko to budowało poczucie uczestniczenia w czymś większym. Z czasem jednak ta struktura zaczęła coraz bardziej przypominać obowiązek.
I tu dochodzimy do momentu przesilenia. Gdy uniwersum staje się zbyt rozległe, zaczyna zjadać samo siebie. Historie tracą samodzielność, nowe produkcje przestają być przystępne, a twórcy coraz częściej grają bezpiecznie, bo każda decyzja może mieć konsekwencje dla całej marki. Zamiast świeżości pojawia się zachowawczość, a zamiast ekscytacji to znienawidzone zmęczenie.
Czy to koniec?
I pewnie dlatego dziś coraz częściej mówi się o końcu tej ery. Spadające zainteresowanie kolejnymi odsłonami dużych marek, słabsze wyniki finansowe i chłodniejsze reakcje widzów nie biorą się znikąd. Publiczność daje sygnał, że nie chce już śledzić wszystkiego „od deski do deski”, a wielkie uniwersa przestają być gwarancją sukcesu. Przynajmniej w dotychczasowej formie.
Ale to nie znaczy, że wszystko jest stracone. Raczej że model wymaga korekty. Coraz większą popularność zyskują historie bardziej zamknięte, skupione na jednym bohaterze lub jednym wątku, które da się obejrzeć bez studiowania całej osi fabularnej. Paradoksalnie to może być ratunek także dla samych uniwersów.
Widać, że twórcy zaczynają reagować. Pojawiają się próby resetów, zmian tonu, a nawet świadomego zmniejszania skali. Zamiast kolejnego crossovera jest kameralna opowieść, a zamiast wielkiej zapowiedzi przyszłych dziesięciu projektów - jeden dopracowany projekt. I wydaje się, że to ma obecnie więcej sensu. Bo świat po pandemii uległ zmianie.
Era wielkich uniwersów być może faktycznie dobiega końca w swojej najbardziej agresywnej, masowej formie. Ale same uniwersa nie znikną. Zmienią się. Przetrwają te, które będą miały coś do powiedzenia tu i teraz, a nie tylko obietnicę „czegoś większego w przyszłości”. Te największe dalej będą żyć, ale tych mniejszych będzie pewnie mniej.
Konkluzja
Wielkie uniwersa nie znikną z dnia na dzień, ale coraz wyraźniej widać, że ich dotychczasowy model się wyczerpuje. Publiczność nie chce już być zmuszana do śledzenia dziesiątek powiązanych ze sobą historii, żeby czerpać satysfakcję z jednej produkcji. Zamiast tego rośnie potrzeba opowieści, które bronią się same - z wyraźnym początkiem, środkiem i końcem, bez konieczności odrabiania „pracy domowej”.
Tak więc, to nie musi być koniec ery uniwersów, a raczej moment ich dojrzewania. Jeśli twórcy wyciągną wnioski i postawią znowu na jakość, odwagę i samodzielne historie, wspólne światy wciąż mogą mieć sens. Pytanie brzmi tylko, czy branża zdecyduje się na ten krok świadomie, czy dalej będzie próbowała rozciągać formułę, która coraz częściej przestaje działać.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych