Telewizory 8K to największy skok na kasę tej dekady. Nie dajcie sobie wmówić, że tego potrzebujecie

Telewizory 8K to największy skok na kasę tej dekady. Nie dajcie sobie wmówić, że tego potrzebujecie

Maciej Zabłocki | Dzisiaj, 22:00

Cykl życia produktu w branży RTV jest bezlitosny, a inżynieria popytu nie znosi próżni. W momencie, gdy rynek nasycił się panelami 4K, a ceny tych odbiorników spadły do poziomu dostępnego dla przeciętnego gospodarstwa domowego, producenci tacy jak Samsung, Sony czy LG stanęli przed ścianą. Marże zaczęły topnieć, a argumenty za wymianą dwuletniego telewizora na nowy wyczerpały się. W laboratoriach R&D zapadła więc decyzja o ucieczce w stronę 33 milionów pikseli. Tak narodził się standard 8K. Technologia, która w 2026 roku jest podręcznikowym przykładem rozwiązania nieistniejącego problemu. 

Mamy tu do czynienia z klasycznym prawem malejących przychodów (to wytwór ekonomii). O ile przeskok z formatu SD na HD był rewolucją cywilizacyjną, a tranzycja z Full HD na 4K przyniosła zauważalny skok w gęstości obrazu i reprodukcji detali (zwłaszcza przy wsparciu HDR), tak wdrożenie 8K jest ruchem czysto marketingowym. Przypomina to niesławną erę telewizorów 3D czy zakrzywionych ekranów - innowacji, które nie wynikały z realnych potrzeb konsumenta, lecz z konieczności utrzymania wysokiej średniej ceny sprzedaży. Zanim jednak wydacie równowartość używanego samochodu na naklejkę „8K” na pudełku, warto skonfrontować obietnice producentów z twardą biologią.

Dalsza część tekstu pod wideo

Najpotężniejszym argumentem przeciwko sensowności zakupu telewizora 8K do typowego salonu nie jest brak treści (do czego przejdziemy później), lecz anatomia ludzkiego oka. Nasz narząd wzroku ma określoną zdolność rozdzielczą, definiowaną przez tzw. ostrość wzroku. W okulistyce przyjmuje się, że zdrowe oko jest w stanie rozróżnić detale o wielkości jednej minuty kątowej (1/60 stopnia). To fizyczna bariera, której nie przeskoczy żaden procesor obrazu ani marketingowy slogan. W branży wideo kluczowym pojęciem jest tzw. „odległość Lechnera” - termin określający optymalny dystans, w którym oko widzi pełnię detali danej rozdzielczości, ale nie dostrzega pojedynczych pikseli. Dla typowego telewizora o przekątnej 65 cali (najpopularniejszy obecnie rozmiar w segmencie premium), granica percepcji dla rozdzielczości 4K wynosi około 1,2-1,5 metra. Oznacza to, że siedząc w odległości 2,5–3 metrów od ekranu - co jest standardem w polskich mieszkaniach - obraz 4K jest już dla naszej siatkówki obrazem idealnie gładkim. Osiągnęliśmy efekt, który Apple lata temu zdefiniowało jako „Retina”, czyli dalsze zagęszczanie pikseli przestaje być rejestrowane przez mózg.

Aby realnie dostrzec przewagę matrycy 8K (przypomnę, że to szalona rozdzielczość 7680x4320 pikseli) nad 4K na ekranie 65-calowym, musielibyśmy usiąść w odległości około 60-70 centymetrów od wyświetlacza. W normalnych warunkach salonowych różnica ta jest biologicznie niedostrzegalna. Piksele w 8K są tak małe i gęsto upakowane, że z perspektywy kanapy zlewają się w jedną całość dokładnie tak samo, jak piksele z matrycy 4K. Płacenie za cztery razy większą rozdzielczość w tym scenariuszu jest ekonomicznym odpowiednikiem kupowania systemu audiofilskiego do słuchania muzyki w zatłoczonym metrze - parametry są wyższe, ale receptor (w tym przypadku oko) i tak nie jest w stanie ich przetworzyć.

Cyfrowa pustynia i matematyczna fikcja skalowania

Telewizor_8K_1
resize icon

Decydując się na zakup telewizora o rozdzielczości 8K, konsument staje przed fundamentalnym problemem: brakiem materiałów, które mogłyby wykorzystać potencjał takiej matrycy. Mimo że od premiery pierwszych ekranów tego typu minęło już kilka lat, rynek dystrybucji treści wideo nie wykonał kroku w tę stronę. Stowarzyszenie BDA, odpowiedzialne za standardy płyt Blu-ray, do dziś nie wprowadziło nośnika optycznego obsługującego 8K i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Fizyczne wydania filmów, gwarantujące najwyższą jakość obrazu, zatrzymały się na etapie Ultra HD Blu-ray, a więc 4K.

W świecie streamingu sytuacja wygląda równie blado. Serwisy takie jak Netflix, Disney+ czy HBO Max borykają się z wyzwaniami infrastrukturalnymi przy przesyłaniu sygnału 4K o wysokiej jakości. Wprowadzenie standardu 8K wymagałoby czterokrotnego zwiększenia przepustowości łączy, co przy obecnym stanie globalnej sieci jest ekonomicznie i technologicznie nieuzasadnione. W efekcie, posiadacz telewizora za kilkanaście tysięcy złotych skazany jest na oglądanie dem technologicznych na YouTube, które prezentują statyczne ujęcia przyrody, a nie pełnometrażowe produkcje kinowe. 

Tutaj dochodzimy do kluczowego parametru, który w marketingu jest często pomijany: przepływności danych, czyli bitrate'u. W inżynierii obrazu panuje żelazna zasada: lepiej mieć niższą rozdzielczość z wysoką przepływnością, niż wyższą rozdzielczość zduszoną przez agresywną kompresję. Obraz Full HD z płyty Blu-ray, o przepływności rzędu 40 megabitów na sekundę, będzie wyglądał korzystniej - będzie ostrzejszy, pozbawiony bloków kompresyjnych i płynniejszy w gradacji kolorów - niż strumieniowany materiał "8K" z niskim bitrate’em. Rozdzielczość to tylko siatka pikseli, a to przepływność decyduje o tym, jakiej jakości informacją te piksele zostaną wypełnione.

Producenci próbują maskować ten brak treści agresywną promocją procesorów wykorzystujących sztuczną inteligencję do skalowania obrazu. Obiecują, że algorytmy "dorobią" brakujące detale, zamieniając sygnał HD lub 4K w krystaliczne 8K. Z punktu widzenia matematyki jest to jednak zgadywanka. Skalowanie sygnału telewizyjnego (nadawanego w Polsce często w 1080i lub 720p) do rozdzielczości 8K wymaga wygenerowania ponad 30 milionów pikseli na podstawie zaledwie 1 lub 2 milionów pikseli źródłowych. Nawet najbardziej zaawansowane sieci neuronowe nie są w stanie odtworzyć informacji, której nie ma w sygnale wejściowym. Efektem jest często obraz nienaturalnie wygładzony, pozbawiony charakterystycznego dla taśmy filmowej ziarna, lub obarczony cyfrowymi zniekształceniami, które zamiast poprawiać, psują immersję.

Gaming w 8K? Matematyka wydajności

Gaming 8K
resize icon

W narracji producentów telewizorów standard 8K jest często pozycjonowany jako przyszłość gamingu. Jest to jednak obietnica bez pokrycia w krzemowej rzeczywistości. Aby zrozumieć absurd tego założenia, wystarczy spojrzeć na liczby. Wygenerowanie pojedynczej klatki obrazu w rozdzielczości 4K wymaga od karty graficznej przetworzenia około 8,3 miliona pikseli. W przypadku 8K liczba ta rośnie do oszałamiających 33 milionów. To czterokrotny wzrost obciążenia obliczeniowego. Nawet najpotężniejsze układy graficzne dostępne dzisiaj na rynku, kosztujące tyle co solidny samochód używany, dławią się przy próbie natywnego renderowania nowoczesnych gier w tej rozdzielczości.

Aby w ogóle umożliwić rozgrywkę na takich ekranach, deweloperzy i producenci kart graficznych muszą uciekać się do sztuczek w postaci agresywnych technik skalowania obrazu, takich jak DLSS czy FSR w trybach nastawionych na maksymalną wydajność. W praktyce oznacza to, że silnik gry renderuje obraz w rozdzielczości 1080p lub co najwyżej 1440p, a następnie algorytmy rozciągają go do pełnego formatu matrycy. Dochodzimy tu do paradoksu: konsument kupuje ekran 8K, by grać na nim w gry generowane w znacznie niższej rozdzielczości. Zysk wizualny względem natywnego 4K jest w tym scenariuszu marginalny lub żaden, a koszt sprzętowy potrzebny do „nakarmienia” takiego wyświetlacza - gigantyczny. Do tego dochodzi problem przepustowości złącza HDMI 2.1, które przy sygnale 8K w 60 klatkach na sekundę z włączonym trybem HDR pracuje na granicy swoich fizycznych możliwości, co często wymusza stosowanie stratnej kompresji strumienia wideo.

Jest jeszcze jeden techniczny aspekt o którym należy pamięci - mianowicie pamięć wideo (VRAM). Rozdzielczość 8K to nie tylko czterokrotnie więcej pikseli do wyrenderowania, to także gigantyczny wzrost wagi tekstur. Gry w natywnym 8K pożerają pamięć karty graficznej w tempie wykładniczym. W 2025 roku standardem w topowych GPU jest 16 GB VRAM. To ilość, która dławi się już przy rozdzielczości 4K, a co dopiero mówić o czterokrotnie większej liczbie pikseli, jeszcze z włączonymi efektami. Gdy brakuje VRAM, gra zaczyna korzystać z wolniejszej pamięci RAM komputera, co kończy się dramatycznym „chrupaniem” animacji (widzimy tzw. stuttering). Konsole, posiadające współdzieloną pamięć na poziomie 16 GB, fizycznie nie mają bufora, by pomieścić tekstury takiej jakości bez drastycznej kompresji, która zabija sens posiadania ekranu 8K. Ale są przecież gry, które działają w rozdzielczości 8K na PS5 Pro, prawda? No... nie do końca. 

Obecność trybu 8K w takim Gran Turismo 7 na PS5 Pro nie jest triumfem surowej rasteryzacji, lecz inżynieryjnym kompromisem opartym na uczeniu maszynowym. Analizy techniczne wykazują, że silnik Polyphony Digital w tym trybie operuje na wewnętrznej rozdzielczości renderowania wynoszącej natywne 4K (3840x2160 pikseli). Finalny sygnał wyjściowy w 8K jest uzyskiwany wyłącznie dzięki technologii PSSR, która wykorzystuje dedykowane bloki AI do rekonstrukcji obrazu i upsamplingu. Choć elementy interfejsu renderowane są natywnie w 8K, to geometria świata i mapowanie tekstur pozostają ograniczone do standardu 4K. Wynika to z "wąskiego gardła" w postaci 16 GB pamięci VRAM, która fizycznie uniemożliwia załadowanie asetów o wyższej gęstości. W rezultacie otrzymujemy obraz o krystalicznej czystości krawędzi, ale bez przyrostu rzeczywistej szczegółowości powierzchni względem standardowego PS5 - to "8K geometryczne", a nie teksturowe.

Casus The Touryst, czyli jak wygenerować 33 miliony pikseli bez zadyszki

Przypadek gry The Touryst od studia Shin'en Multimedia to absolutny ewenement i dowód na to, że natywne 8K przy 60 klatkach na sekundę jest na PS5 Pro osiągalne, ale wymaga specyficznego podejścia do potoku renderującego. Jak to możliwe, że ta gra nie używa skalowania PSSR, a renderuje obraz w stosunku 1:1 do pikseli matrycy? Sekret tkwi w przesunięciu ciężaru obliczeniowego. Większość współczesnych gier AAA dławi się w wysokich rozdzielczościach przez przepustowość pamięci potrzebną do przesyłania gigabajtów fotorealistycznych tekstur i map normalnych. The Touryst omija to wąskie gardło, stosując estetykę wokselową (czyli tzw. sześciany).

Silnik gry nie musi wczytywać ciężkich tekstur 4K/8K dla każdej powierzchni. Zamiast tego opiera się na surowej geometrii i kolorach materiałów. Dzięki temu pamięć VRAM jest odciążona, a GPU może wykorzystać cały swój potencjał na tzw. pixel fill-rate (szybkość wypełniania pikseli) oraz jednostek ROP. Inżynierowie ze Shin'en wykorzystali fakt, że PS5 Pro ma potężny zapas mocy w zakresie samej rasteryzacji prostych brył. W efekcie konsola nie musi „domyślać się” obrazu za pomocą AI - ona fizycznie jest w stanie narysować każdą klatkę w rozdzielczości 7680x4320 w czasie poniżej 16,6 milisekundy, ponieważ każda z tych klatek jest matematycznie prosta w strukturze, mimo że absurdalnie gęsta w pikselach. To czyste 8K, wolne od artefaktów kompresji i aliasingu, ale możliwe tylko dzięki stylistyce retro.

W przypadku gier dążących do fotorealizmu (jak seria F1), wyłączenie ray-tracingu to zaledwie wierzchołek góry lodowej bagażnika kompromisów. Tryby "8K" wymuszają na deweloperach drastyczne cięcia w mniej oczywistych, ale kluczowych dla immersji aspektach grafiki, aby zwolnić cykle zegara GPU. Analizy ramek wykazują, że w takich trybach często obniżana jest precyzja cieni kaskadowych - cienie w oddali stają się poszarpane lub znikają szybciej. Kolejną ofiarą jest Level of Detail (tzw. LOD) - obiekty takie jak trawa, kamienie czy elementy architektury wczytują się w wyższej jakości znacznie bliżej gracza, co powoduje zauważalny "pop-in". Co więcej, efekty post-procesowe, takie jak głębia ostrości, rozmycie w ruchu (Motion Blur) czy efekty wolumetryczne (mgła, dym), w trybach 8K są niemal zawsze renderowane w wewnętrznej, znacznie niższej rozdzielczości (często 1080p lub jeszcze niższej), a następnie nakładane na ostry obraz. W rezultacie otrzymujemy hybrydę: ultra-ostre krawędzie budynków czy elementów toru, ale przykryte warstwą niższej jakości efektów cząsteczkowych. To cena, którą płacimy za marketingową cyferkę na pudełku.

A co z ekologią i rachunkami za prąd? 

ecology
resize icon

Decyzja o zakupie telewizora 8K ma również wymierne skutki dla domowego budżetu w kontekście zużycia energii, co wynika bezpośrednio z budowy samej matrycy. Mamy tu do czynienia z prostą fizyką, której nie da się oszukać. Upakowanie 33 milionów pikseli na tej samej powierzchni, co w przypadku panelu 4K, oznacza drastyczne zmniejszenie rozmiaru pojedynczego piksela. Gęstsza siatka tranzystorów i ścieżek sterujących sprawia, że sama struktura panelu przepuszcza znacznie mniej światła.

Aby uzyskać jasność obrazu na poziomie akceptowalnym dla standardów HDR, system podświetlenia telewizora 8K musi pracować ze znacznie wyższą mocą niż jego odpowiednik w 4K. W rezultacie urządzenia te charakteryzują się skokowo wyższym poborem prądu i generują znacznie więcej ciepła - w małym salonie mogą wręcz pełnić funkcję dodatkowego grzejnika. Nie bez powodu Unia Europejska wprowadziła rygorystyczne dyrektywy energetyczne, które w pewnym momencie postawiły pod znakiem zapytania legalność sprzedaży niektórych modeli 8K na starym kontynencie. Producenci musieli stosować programowe sztuczki z domyślnymi trybami eko, by w ogóle dopuścić sprzęt do obrotu. Płacimy więcej za sprzęt, który zużywa więcej energii, by zaoferować jasność, którą konkurencja w 4K osiąga przy znacznie mniejszym wysiłku układu zasilania.

Głos adwokata diabła - kiedy 8K przestaje być fanaberią?

Zdjecie
resize icon

Aby zachować rzetelność dziennikarską, musimy oddać technologii 8K sprawiedliwość w jednym, bardzo specyficznym scenariuszu: gigantomanii. Omawiane wcześniej ograniczenia ludzkiego oka i odległości od ekranu przestają obowiązywać w momencie, gdy przekroczymy barierę 85 lub 100 cali. Przy tak monstrualnych przekątnych, zagęszczenie pikseli w standardzie 4K zaczyna drastycznie spadać. Piksele stają się fizycznie duże, a obraz traci na spójności, jeśli nie siedzimy w drugim końcu sali kinowej. W takich warunkach – w dedykowanych salach projekcyjnych czy luksusowych kinach domowych wielkości garażu - matryca 8K faktycznie pokazuje pazur, oferując gęstość obrazu niezbędną do zachowania iluzji rzeczywistości.

Sensowność standardu 8K staje się bezdyskusyjna dopiero wtedy, gdy przestajemy traktować ekran jako okno do konsumpcji Netflixa, a zaczynamy omawiać te technologię pod kątem zastosowań profesjonalnych. Dla montażysty wideo, kolorysty czy inżyniera CAD, monitor 8K (np. choćby ze znakomitej serii Dell UltraSharp) to Święty Graal produktywności, wynikający z czystej matematyki powierzchni roboczej. Wyobraźmy sobie pracę w środowisku DaVinci Resolve czy Adobe Premiere Pro nad materiałem 4K. Na monitorze 8K możemy wyświetlić podgląd edytowanego wideo w pełnej, natywnej rozdzielczości. Zajmuje on wtedy dokładnie 25% powierzchni matrycy. Pozostałe 75% ekranu - czyli ekwiwalent trzech monitorów 4K - pozostaje do dyspozycji na timeline, miksery audio, skomplikowane węzły korekcji barwnej i paski narzędzi. Eliminuje to konieczność stosowania setupów wielomonitorowych, które wprowadzają ergonomiczny chaos (ramki, różnice w kalibracji kolorów między panelami). Tutaj mamy jedną, spójną taflę szkła, która mieści całe studio.

Dell 8K
resize icon

Podobnie wygląda sytuacja w diagnostyce medycznej, gdzie termin "wysoka rozdzielczość" to kwestia życia i śmierci. W mammografii cyfrowej czy radiologii, standardem są obrazy o rozdzielczościach rzędu 5–10 megapikseli. Monitor 8K (33 megapiksele) pozwala lekarzowi wyświetlić kilka zdjęć rentgenowskich obok siebie w pełnych detalach, bez konieczności ciągłego zoomowania i przesuwania obrazu, co drastycznie skraca czas diagnozy i zmniejsza ryzyko przeoczenia mikrozmian nowotworowych.

Jedyną technologią, która w przyszłości może uratować honor 8K w domowym salonie, jest MicroLED. W przeciwieństwie do OLED-a, nie wykorzystuje on związków organicznych (które degradują się z czasem), lecz mikroskopijne, nieorganiczne diody LED - po jednej na każdy subpiksel. W ekranie 8K oznacza to konieczność precyzyjnego osadzenia na płycie głównej blisko 100 milionów mikrodiod (33 miliony pikseli x 3 subpiksele RGB). Dlaczego to tyle kosztuje? Problemem jest proces tzw. masowego transferu. Przeniesienie milionów diod cieńszych od ludzkiego włosa na panel bez uszkodzenia choćby promila z nich to inżynieryjny koszmar. Przy obecnych metodach produkcji, uzyskanie matrycy 8K bez "martwych pikseli" generuje ogromny odpad produkcyjny, co winduje ceny do absurdalnych wartości.

Jednak gra jest warta świeczki. Telewizor MicroLED 8K (taki jak flagowe warianty Samsunga The Wall) oferuje jasność szczytową rzędu 5000 nitów (OLED-y z trudem dobijają do 2000 w stabilnych warunkach), nieskończony kontrast i całkowity brak ryzyka wypalenia. Można powiedzieć, że to taki ekran "ostateczny". Niestety, aktualnie koszt produkcji 110-calowego panelu tego typu wciąż oscyluje w granicach 400 tysięcy złotych. To cena 30-metrowej kawalerki we Wrocławiu. Dopóki inżynierowie nie opracują metody taniego i bezbłędnego transferu diod, MicroLED 8K pozostanie technologicznym odpowiednikiem Bugatti Chiron - wiemy, że istnieje i jest wspaniały, ale zobaczymy go tylko na targach lub w willi miliardera.

Ewolucja, która wyprzedziła swoje czasy

Obrazek_FOTO
resize icon

Patrząc na rynek RTV u progu tego roku, wniosek nasuwa się sam: zakup telewizora 8K do typowego salonu to obecnie forma technologicznego snobizmu bez pokrycia w użyteczności. Mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem niedojrzałej ewolucji, gdzie możliwości sprzętowe wyprzedziły infrastrukturę sieciową, standardy nośników oraz wydajność kart graficznych o całą dekadę. To technologia imponująca na papierze i w warunkach laboratoryjnych, ale bezradna w zderzeniu z fizjologią oka i brakiem treści.

Rekomendacja dla świadomego gracza i kinomana jest prosta: zamiast dopłacać krocie do liczby pikseli, lepiej zainwestować w ich jakość. W bezpośrednim starciu, wysokiej klasy panel 4K wykonany w technologii OLED lub QD-OLED, oferujący nieskończony kontrast, idealną czerń i precyzyjny HDR, zawsze zapewni lepsze wrażenia wizualne niż przeciętny ekran 8K LCD, który musi walczyć z problemami podświetlenia i zużyciem energii. Dopóki światłowody o przepustowości 10 gigabitów nie staną się standardem, a kodeki kompresji nie przejdą rewolucji, 8K pozostanie ciekawostką dla milionerów. Nie dajcie sobie wmówić, że potrzebujecie lupy, by cieszyć się jakimś filmem. Potrzebujecie dobrego obrazu, a ten wciąż definiowany jest przez kontrast i kolor, a nie przez suchą liczbę punktów na matrycy.

Źródło: Opracowanie własne
Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper